Północ już dawno minęła, a sesja się właśnie rozkręca. Edyta wpadła na nią po całym dniu spędzonym na planach. Najpierw zdjęcia do reklamy. Potem, nie bagatela, nakręciła dwanaście scen do serialu. Sama nie wie, kiedy nauczyła się tekstu. Może we śnie? Tylko czy ona w ogóle sypia? Bo ten szalony dzień nie różnił się od poprzedniego. Jak ona to robi, że nie widać po niej zmęczenia? „Jeszcze dwa dni i wyśpię się w samolocie”– żartuje. To będzie krótka chwila, nie leci na urlop, tylko znów do pracy. Na warsztaty aktorskie do Bernarda Hillera – prawdziwej sławy w filmowym świecie. Nauczyciela gwiazd. To o nim piszą, że wypromował Cameron Diaz i Michelle Pfeiffer.

Czas na Edytę?

Kiedy parę lat temu mówiła: „Będę aktorką”, słyszała, że porywa się z motyką na słońce. Gdy pojawiała się na planie, za jej plecami szeptano: „No, to niech teraz ta mała pokaże, co potrafi . Niech nam coś udowodni”. A ona konsekwentnie udowadnia, że nie boi się ciężkiej pracy ani złośliwych szeptów za plecami. Te zresztą milkną. Dziś śmieje się też z innej burzy, która przetoczyła się przez media. „Mezalians”, taką łatkę przyklejono na jej związku z Mariuszem Trelińskim. Światowej sławy reżyser i młodsza o 19 lat tancerka. Poznali się podczas pracy nad „Traviatą”, wzajemnie zauroczyli. „Zawsze podniecały mnie kontrasty. To niezwykle odświeżające uczucie” – przyznał Mariusz Treliński w jednym z wywiadów. Od roku są nierozłączni, mieszkają razem. Przy Mariuszu Edyta rozwija swoje pasje, rozwija skrzydła. Ta dziewczyna jeszcze wiele pokaże.

GALA: Czujesz, że to jest Twój czas? Spakowałaś się już do Hollywood?

EDYTA HERBUŚ: Do „Hollywood”, powiadasz?… (śmiech). Pewnie masz na myśli mój wyjazd do Los Angeles, na warsztaty aktorskie do Bernarda Hillera. Tak, nie mogę się już doczekać. Od powrotu z Londynu tęsknię za energią tych ludzi. Te spotkania bardzo mnie uskrzydlają. Chcę więcej.

GALA: Chcę więcej! Dobre motto na życie.

EDYTA HERBUŚ: To dla mnie wyjątkowy czas. Nauki, zmian, zaglądania w siebie. Uwalniam się od ciężarów przeszłości, co pozwala mi odzyskać dostęp do najdelikatniejszych przestrzeni i emocji. Ten proces jest bardzo ważny dla mnie jako kobiety i potrzebny w aktorstwie. Bo właśnie na tym ono przecież polega – na pokazywaniu prawdy o człowieku. Jeśli nie mamy dostępu do prawdy o sobie, nie znajdziemy jej w swojej postaci. Tego również uczyłam się na warsztatach u Bernarda. W Łodzi, Londynie i Rzymie, a dziś pakuję walizkę na podróż do Miasta Aniołów.

GALA: Będziesz widziała z okien wzgórze z napisem: Hollywood?

EDYTA HERBUŚ: Nie to jest dla mnie istotne. Potrafię znaleźć inspirację w tak wielu rzeczach, że o widok z okna się nie martwię (śmiech). To, co ostatnio dzieje się w moim życiu, to istna rewolucja.

GALA: Śpisz spokojnie?

EDYTA HERBUŚ: Jestem podekscytowana. Kiedy ukaże się ten numer „Gali”, będę już na pierwszych zajęciach. Po warsztatach grupowych mam zamiar pracować z Bernardem indywidualnie. Takie intensywne lekcje zaczęłam już w Anglii. Chcę też pójść na zajęcia z innymi nauczycielami do szkoły Lee Strasberga, na zajęcia taneczne i kurs językowy. Nudzić się raczej nie będę (śmiech).

GALA: Będziesz pracować „po angielsku”? Jak sobie radzisz z językiem?

EDYTA HERBUŚ: Ostatnio wciąż używam tego języka, rozmawiam, piszę, słucham. W domu włączam BBC, nawet żeby choć tylko dźwięczało mi w uszach. Mówię do siebie, powtarzam, co przed chwilą usłyszałam. Każdego dnia mam zajęcia z native speakerem. Wiem, że kiedy myśli się poważnie o tym, żeby pracować w obcym języku, trzeba używać go bez zastanowienia.

GALA: Uda się. Musi. Twoje plany w jakiś cudowny sposób się spełniają. Z tego, że zostaniesz aktorką, podśmiewano się, a ty konsekwentnie pokazujesz, że na coraz więcej Cię stać.

EDYTA HERBUŚ: Już dawno zakończyłam w moim życiu etap, w którym to powinnam się z czegoś tłumaczyć. Jestem w momencie, kiedy słowa wcześniej wypowiedziane zamieniam w czyny, więc witaj LA…;)

GALA: Nie będziesz przepraszać za błędy.

EDYTA HERBUŚ: Już nie boję się ich popełniać. Nie wstydzę się mówić: „Nie wiem”. Mam wiele wątpliwości. Ale szukam. Z pasją i bez poczucia winy. Wiem, że to właściwa ścieżka. Aktorstwo to magiczny zawód. Niekończąca się podróż w głąb siebie.

GALA: Żałujesz czegoś? Pamiętam, jak straciłaś rolę w serialu amerykańskim, bo chciałaś zastrzec w kontrakcie, że na ekranie nie migną Twoje piersi czy pośladki.

EDYTA HERBUŚ: Tak było parę lat temu. Ale rozmawiamy dziś. A dziś największą siłą jest dla mnie wiarygodność. Więc i nagość. Zawód aktora wymaga też pogodzenia się z tym, że ciało jest instrumentem pracy. Jeśli aktor nie pozwala sobie na to, żeby wyglądać brzydko, to jest kukiełką. A ja nie jestem lalką. Przyznaję – wciąż nie przepadam za oglądaniem siebie na ekranie. Ale muszę się z tym konfrontować. Bernard mówił: „Dlaczego ja mam na ciebie patrzeć, skoro ty sama nie możesz? Jeśli nie masz z tego przyjemności, to inni mają ją mieć? Zmień zawód”. O nie, wolę zmienić to w sobie!

 

GALA: Niekończąca się podróż… oby było tak, jak mówisz. A jednak niektórzy się w jej trakcie wypalają.

EDYTA HERBUŚ: Bo się zatrzymują, przestają się rozwijać. Ja tak nie chcę. Idę dalej. Pierwsze warsztaty, w których brałam udział, odbywały się w Łodzi. Przypominały zbiorową psychoterapię. Byłam trochę zawiedziona, że za mało czasu zostało nam na pracę nad scenami, monologiem. Rozmawiałam o tym później z Bernardem i usłyszałam: „Wyobraź sobie, że idziesz na zajęcia taneczne z nową grupą. Pojawiasz się i widzisz, że wszyscy są bez nóg”. Mocne słowa, ale takie było jego zderzenie z Polską i z aktorami. To przykre, że jesteśmy tak pozamykani. Powiedział: „Przekazałem wam jakiś jeden procent mojej wiedzy, bo nie miałem do was dostępu”. Musiał nas otworzyć, jednego po drugim.

GALA: I miał na to receptę? Na czym to polegało?

EDYTA HERBUŚ: Na zaglądaniu w głąb siebie, odnajdywaniu traum z przeszłości i konfrontowaniu się z nimi. Dzięki temu pozbywaliśmy się blokad. Wchodzenie w te skrajne stany emocjonalne było oczyszczające.

GALA: Emocje to uniwersalny język.

EDYTA HERBUŚ: Naszym wspólnym językiem była pasja. A konfrontowanie się z różnicami było rozwijające. To, że każde warsztaty odbywały się w innym kraju i aktorzy w każdym z nich mieli inne temperamenty, mentalność, inaczej reagowali, było świetną nauką. Bardzo inspirującym zderzeniem.

GALA: Mówisz: „Każdy miał coś do przepracowania”. A Ty? Z czym się musiałaś uporać?

EDYTA HERBUŚ: Byłam zaskoczona tym, jak wielki wpływ ma na mnie środowisko, w którym funkcjonuję. Trudno jest przetrwać ten, chyba użyję mocnego słowa, atak z zewnątrz i nie odczuć tego dotkliwie. Media tworzą wokół nas wirtualny świat. W dużym stopniu nieautentyczny. Wydawało mi się, że wystarczy powtarzać sobie: „Mam dystans. To mnie nie dotyka”. A jednak okazuje się, że jest inaczej. Konieczność siłowania się ze światem sprawia, że możemy nie dostrzec momentu, kiedy zaczynamy siłować się z samym sobą. Żeby przetrwać. Lekcja, którą przerobiłam, pomogła mi znów poczuć komfort bycia sobą. To najpiękniejszy stan. Niezmącony chęcią sprostania czyimś wymaganiom, bez potrzeby udowadniania innym czegokolwiek. Odzyskałam siłę, pewność siebie.

GALA: Brakowało Ci pewności siebie? Z tyloma sukcesami na koncie? One nie uskrzydlają?

EDYTA HERBUŚ: Sukcesy zawsze były dla mnie napędem do dalszej pracy. Ale silna ambicja, chęć bycia jeszcze lepszą powodowały, że często zamiast się nimi cieszyć, byłam już gdzieś w przyszłości. Nie dając sobie momentu na radość. Dziś staram się zatrzymywać jak najczęściej, cieszyć z każdej chwili. Bo przecież ona już nigdy nie wróci. Będą inne, też ważne, ale ta minie nieodwracalnie. I chcę ją wykorzystać jak najlepiej. Jak każdemu zdarzają mi się gorsze dni. Ale jestem zahartowana przez taniec. Dwadzieścia lat na parkiecie kształtuje osobowość. Uczy determinacji w dążeniu do celu. Dziś myślę: „Różnimy się i każdy z nas jest idealny w swojej oryginalności”. Jak pisał Oskar Wilde: „Bądź sobą, wszyscy inni są już zajęci”.

GALA: Ta zmiana poszła Ci jak z płatka?

EDYTA HERBUŚ: O nie. Pracowałam nad samoświadomością. To ciężka praca, której nikt nie zrobi za ciebie. Dobry nauczyciel powinien pomagać otwierać niektóre drzwi, ale wejść do środka musiałam już sama. Jak Alicja na drugą stronę lustra. Niektórymi odkryciami nie chcę się dzielić z nikim. Zostawiam te sfery tylko dla siebie.

GALA: O co dziś jesteś mądrzejsza?

EDYTA HERBUŚ: Zgodzisz się ze mną, że nie da się przejść obojętnie obok kogoś, kto emanuje wewnętrznym pięknem? Widziałaś, jak wtedy błyszczy? Poczucie pewności daje największą siłę. Kiedy lubisz siebie, akceptujesz, jesteś najpiękniejszą osobą na świecie. Gdyby każdy potrafił tak żyć… świat zapełniliby szczęśliwi ludzie. Wiem, że to umysł jest często naszym największym wrogiem. Nie musimy ingerować we wszystko. Potrzeba kontroli wynika ze strachu, a on jest destrukcyjny. To najgorszy doradca. Pozwólmy, żeby życie nas zaskakiwało, bądźmy gotowi na najpiękniejsze rzeczy. Wtedy pojawią się natychmiast.

GALA: Nie będę nawet słuchać zaprzeczeń, że to uczucie tak Cię dziś uskrzydla. Czy Mariusz Treliński onieśmielał Cię, kiedy się poznaliście?

EDYTA HERBUŚ: Tak. Przecież to był „ten wybitny pan reżyser Treliński”. Ale pomógł mi szybko uporać się z tym onieśmieleniem. Tak często się do mnie zwracał, dbał o mnie, co chwilę zadawał jakieś pytanie. Pomyślałam sobie nawet: „Jak w tym Teatrze Narodowym jest miło. Pan dyrektor tak mocno dba nawet o samopoczucie tancerzy, którzy nie grają wcale pierwszego planu”.

GALA: A jemu chodziło o Ciebie. Szczęściara.

EDYTA HERBUŚ: Masz rację, jestem szczęściarą. Praca z wybitnym twórcą to ogromne wyróżnienie.

GALA: Bardzo się różnicie?

EDYTA HERBUŚ: Ciekawie jest obcować z ludźmi, od których można się tak wiele nauczyć, którzy żyją zupełnie inaczej i mają odmienną perspektywę. Ciekawie jest móc spojrzeć na świat innymi oczyma. Fascynują mnie ci, którzy – podobnie jak ja – mają w sobie niepokój, ciągle szukają i nie boją się ryzykować. Mariusz jest właśnie taki.

GALA: Mówi się: artystyczna dusza. Takiej trzeba więcej wybaczyć. Co trzeba wybaczać Tobie?

 

EDYTA HERBUŚ: Nadwrażliwość, chwile, kiedy chcę pobyć sama ze sobą, bronię swojej przestrzeni jak niepodległości. No i chyba czasem za bardzo się rządzę (śmiech). Bardzo wcześnie musiałam się w życiu usamodzielnić i do dziś lubię, jak jest „po mojemu”. Ale pracuję nad poskromieniem w sobie złośnicy. W imię miłości.

GALA: A co Ty wybaczasz Mariuszowi?

EDYTA HERBUŚ: Mojemu ukochanemu? Przecież on jest idealny!

GALA: Bywa, że związek dwojga artystów, to jak dwoje na huśtawce?

EDYTA HERBUŚ: Nie musi tak być. Oboje mamy dużą wrażliwość, potrafimy uszanować to, co ze sobą niesie. Patrzymy na siebie, rozumiejąc te wszystkie emocjonalne wzloty i chwilowe zachwiania. Odczuwanie świata mocniej, głębiej, bardziej – to nas z Mariuszem łączy. To duża siła naszego związku. Wcześniej zdarzało się, że od swoich partnerów słyszałam, że jestem przewrażliwiona albo przesadzam, bo jestem babą. Po prostu mnie nie rozumieli. Mężczyźni często mówią i myślą o emocjach jako o słabości, czymś, co przynależy wyłącznie do świata kobiet. Ja tak nie uważam. A to, że ktoś nie chce lub nie potrafi przyznać się do własnej wrażliwości tylko dlatego, że nosi spodnie, nie znaczy, że jej nie ma.

GALA: Powiedz mi, kiedy się tak lekko rozhuśtasz emocjonalnie, co Cię wycisza?

EDYTA HERBUŚ: Wiesz co, już dziś tego rozbujania w sobie nie wyciszam. Polubiłam je i szanuję to, co się we mnie dzieje.

GALA: Mariusza to urzeka, Ciebie – jak rozumiem – rozbraja. I wraca spokój, harmonia.

EDYTA HERBUŚ: Ale się zrobiło romantycznie. Pamiętam, jak kiedyś mocno przemówił do mnie swoją prozą Fiodor Dostojewski. To było bardzo burzliwe spotkanie. Opowiedział mi o miłości niemożliwej i o zakochanych, którzy sami niszczą swoje szczęście... To smutne. Trudno jest się z tym pogodzić, że czasami miłość nie wystarcza. Ludzie często kreują rzeczywistość według własnych scenariuszy, nie próbując odgadnąć zagadki partnera. A przecież związek to budowanie wspólnego świata.

GALA: Budujesz go. Gonisz marzenia. Inaczej – doganiasz je.

EDYTA HERBUŚ: Kiedyś w trudnym momencie obiecałam sobie, że nie pozwolę, żeby ktokolwiek zabił we mnie marzenia. I wiesz co… dotrzymam słowa. A doświadczenie nauczyło mnie, że im częściej słyszę, że mój pomysł jest głupi, a to, co robię, wywołuje nieuzasadnioną złość, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to właściwa droga. Ludzie chcieli mnie już zmieniać w imię miłości, przyjaźni czy rozsądku. To odbierało mi pewność siebie. Już się na to nie zgadzam. Nie da się zadowolić wszystkich dookoła, nie ma sensu nawet próbować, bo wtedy to nie jest prawda o nas. Wierzę, że moje serce wie, jak żyć.