Wasze drugie dziecko na 50. urodziny. Lepszego prezentu nie mógł Pan sobie... zrobić.

CEZARY PAZURA: To  prawda. Już z  pierwszym dzieckiem – Amelią – próbowaliśmy trafić również na moje urodziny, ale córce nie spieszyło się na świat i urodziła się dwa tygodnie po nich.

EDYTA PAZURA: Naprawdę bardzo się starałam, aby Amelia przyszła na świat w dniu urodzin Cezarego, ale – jak się okazało – najmniej w tej kwestii zależy od nas. Amelia miała inne plany (śmiech).

CEZARY: Tym razem termin porodu wyznaczono na lipiec... (Cezary się zamyśla). Dobrze, że latem. Nie trzeba dziecka w te grube ciuszki ubierać...

EDYTA: I tak pewnie uciekniemy na działkę, na Mazury...

CEZARY: Cisza, spokój, komary.

50 lat, 50 toastów – gorzkich, słodkich, cierpkich, jakich?

CEZARY: Nie zdawałem sobie sprawy, że ludzie tak długo żyją (śmiech). Ja w ogóle nie czuję się na 30, co dopiero na 50.

To kto w Panu siedzi? Zdziecinniały mężczyzna czy chłopak, który nie chce dojrzeć?

CEZARY: Kim ja właściwie teraz jestem? Zawsze byłem taki sam. Rodzice, koledzy mówili na mnie „Czaruś” i tak dokładnie było. Robiłem swoje, nie krzywdziłem ludzi – powinienem zostać lekarzem, bo moją zasadą jest łacińska sentencja: primum non nocere – przede wszystkim nie szkodzić. Zresztą artyści są lekarzami dusz. Aktor komediowy na przykład – jak ja – leczy śmiechem. Dzisiaj, z perspektywy 25 lat na scenie uważam, że mi się to udaje. Póki mogę, to będę „leczył”.

Nieraz miał Pan dosyć tej ,,gęby” błazna.

CEZARY: Kiedyś zastanawiałem się, czy warto kontynuować zawód aktora komediowego. Przecież być aktorem refleksyjnym jest dużo prościej. Tym bardziej w trudnych czasach. Można się po prostu poddać temu, co gnębi nas każdego dnia. A aktor komediowy musi walczyć! Rozśmieszyć, kiedy nawet jemu samemu nie jest do śmiechu. „Dlaczego nie gra pan innych ról”? – pytają. „Bo ta droga się też trochę sama wybrała” – odpowiadam. Moja działalność kabaretowa, która zdarzyła się przypadkiem, dzisiaj jest tą najbardziej wydeptaną ścieżką, po której idę...

Bez końca?

CEZARY: Nie, nie. Trzeba będzie wrócić to tzw. normalnego aktorstwa – przestać odmawiać ról w serialach, może jakiś scenariusz upolować i się w nim „zadomowić”. Związać się z którymś z warszawskich teatrów… Gram 160 spektakli kabaretowych rocznie. Jeżeli człowiek z tyloma spektaklami jeździ po Polsce, to zaczyna się robić niebezpiecznie. Przemierzam naprawdę sporo kilometrów po niebezpiecznych drogach. Hamlet mówi w jednym z monologów, że „świadomość czyni nas tchórzami”. I coś w tym jest, bo coraz częściej, kiedy mam wyjechać z domu, jest mi trudniej – ogarnia mnie zwyczajny lęk... Z wiekiem szanuję każdy dzień swojego życia (aktor zaczyna nucić): „Daj mi raz jeszcze od początku iść, daj mi szansę jeszcze raz”.

To ,,Modlitwa” Tadeusza Nalepy.

CEZARY: Znałem go i szalenie ceniłem. Życie zdarzyło mi się jeszcze raz – po wszystkich perypetiach – kiedy spotkałem Edytę. Wtedy zacząłem je od nowa. Wyzerowałem licznik. Tak jak robią to w samochodach, żeby drożej je potem sprzedać. Ja „wyzerowałem się” dla Edyty, aby pomyślała, że kupuje nowy samochód. Wiem – to nielegalne. Nie wolno takich rzeczy robić. Ale ten punkt zero jest dla mnie początkiem – od momentu jak się poznawaliśmy, zakochiwaliśmy, budowaliśmy rodzinę. Reszta jest z innego świata.

Zanim wyzerował Pan licznik, były dwa nieudane małżeństwa i samotne wychowywanie najstarszej córki. Można było ,,zapiec” silnik przy tym wszystkim – jak już przy samochodach jesteśmy.

CEZARY: Jak widać – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jestem żywym dowodem.

EDYTA: Cezary jest niezwykle wrażliwy. Przez to, co przeżył, nie było mu łatwo znów zaufać kobiecie. Na początku każda nasza wymiana zdań oznaczała dla niego koniec. Bał się, że ja będę kolejną, która go zostawi.

CEZARY: Bo kobiety mają taką konstrukcję, że jak coś się nie uda, to zabierają walizki i wychodzą… Tak mi się przynajmniej wtedy zdawało.

EDYTA: Nasze początki były trudne. Minęły cztery lata, odkąd jesteśmy razem, i mam nadzieję, że ten strach znikł bezpowrotnie.

CEZARY: Generalnie jesteśmy podszyci lękiem. Jak psa kopną, to już nie podejdzie, a człowiek jest taki, że podejdzie drugi i trzeci raz. Będzie sprawdzał. Byłem wychowany w przekonaniu, że ludzie są dobrzy. Tak uczono mnie w szkole, w domu i kościele. Dlatego staram się wierzyć, że czasami tylko błądzimy.

Kiedy związał się Pan z Edytą, ona miała 20 lat. ,,Pobłądził biedak” – mówili o Panu, a później szybko zajęli się Łapickimi.

CEZARY: Czy chodzi o różnicę wieku? Przecież to kiedyś było naturalne. Dopiero po II wojnie w związki małżeńskie zaczęli wchodzić ze sobą rówieśnicy. Takie czasy. Najbardziej gnębiło nas to, że zostaliśmy postawieni w złym świetle – jako para naganna.

EDYTA: W oczach wielu ludzi byłam „tą złą”, która rozbiła małżeństwo… Komuś bardzo zależało, żebyśmy byli negatywnymi bohaterami prasy bulwarowej.

CEZARY: A poza tym, czy w miłości jest coś nagannego? To jakiś absurd. Zakochałem się, będąc wolnym człowiekiem.

Edyto, jesteś żoną swojego męża?

 

EDYTA: Jestem przede wszystkim kobietą – mamą, żoną, studentką. Jestem młoda i całe życie przede mną. Teraz skupiam się na pisaniu pracy magisterskiej i studiach z zarządzania i marketingu. W przyszłym roku chciałabym spróbować rozpocząć następne studia; może dziennikarstwo lub bezpieczeństwo narodowe na Akademii Obrony Narodowej. Zakochałam się w tańcu, ćwiczę balet i mimo krótkiej przerwy mam nadzieję, że już za tydzień wrócę na zajęcia. Czarek absolutnie nie zamyka mi drogi rozwoju. A decyzja o założeniu rodziny to był mój własny wybór, owoc naszej miłości.

CEZARY: Edyta powinna spróbować wielu rzeczy. Ja w jej wieku byłem kelnerem, grałem w orkiestrze na wiejskich weselach, pracowałem „na zmywaku”, rozładowywałem węgiel. Znam smak ciężko zarobionych pieniędzy. Teraz jestem aktorem. I jako mąż mam obowiązek wspierać Edytę w jej wyborach i ułatwić jej sięganie po różne możliwości. Co to za facet i mąż, który by żonie czegoś zabraniał? Mogę jej doradzać i służyć pomocą. Tylko raz dostałem po łapach, kiedy ją namawiałem, wbrew jej woli, żeby zagrała w moim filmie „Weekend”. Wyszło nam to bokiem, bo „Pazura zatrudnia żonę”, a nikt nie zauważył, że zatrudniłem w tym filmie wielu znajomych (śmiech).

Znajomi: Linda, Lubaszenko, Milowicz, Józefowicz – to im dał Pan pracę w ,,Sztosie 2”, który Pan wyprodukował i który właśnie wszedł do kin. A dostaje Pan propozycje od innych? Dzwoni Pasikowski, Machulski, Koterski, Ślesicki – reżyserzy, u których zagrał Pan najlepsze role?

CEZARY: Jeśli chodzi o filmy fabularne, to nie mam wielu propozycji, które by mnie interesowały. Może się do mnie zrazili, bo do niedawna odrzucałem wszystko. Zaczęło się jakieś sześć, siedem lat temu.

Dlaczego Pan tak reagował?

CEZARY: Bo ciągle dostawałem te same propozycje: musiałbym się wygłupiać, robić miny. Jedyna rola, i to nie filmowa, ale teatralna, którą przyjąłem, to był Błazen w „Królu Learze”. Znałem ten tekst i wiedziałem, że Błazen jest perełką w tej sztuce. Z aktorami jest jak z modą – jedna się kończy, inna zaczyna. My sami jesteśmy też zapatrzeni na innych, zawsze chcemy coś robić na wzór, patrzymy na to jako na produkt, a nie sztukę. Konsumujemy. Obawiam się, że już nie doczekamy się pokolenia takich aktorów, których będzie się wspominać, jak choćby jednego z moich najważniejszych – Gregory’ego Pecka. Nie dziwmy się, że nie ma na ekranie Lindy czy Pazury.

Pogodził się Pan z tym?

CEZARY: Oczywiście, że nie. To jest po prostu nie do pogodzenia. Wiem, że poza show-biznesem nie ma dla mnie miejsca. Wiem jednak, co potrafię robić i po co Bóg mnie stworzył. Moje powołanie wypełniałem i zamierzam wypełniać jak najlepiej. Jestem gotów, by znów grać – stanąć przed kamerą na planie, usłyszeć magiczne słowo „akcja” czy stanąć na deskach teatru. Życie jest przecież sinusoidą.

EDYTA: To potwierdza, że Czarek ciągle idzie do przodu, że chce się rozwijać w każdym ze swoich zawodowych wcieleń – jako aktor, producent, reżyser czy artysta kabaretowy.

CEZARY: Czasami tyłem, ale do przodu.

EDYTA: Teraz zbiera fundusze na kolejny film, który chce reżyserować. Wspieram go w tym i mam nadzieję, że będę znowu pomagać mu przy projekcie i zdobywać nowe doświadczenia.

Pan często ryzykuje.

CEZARY: Bo tak rozumiem rozwój.

Pańskie zdanie: ,,Jestem w wieku Brada Pitta i Johnny’ego Deppa. Oni są zasypywani propozycjami”. A Pan nie.

CEZARY: Między 45. a 55. rokiem życia mężczyzna ma swój najlepszy czas – zawodowo i życiowo. Jeśli facet jest w formie. Gorzej wyglądać nie będzie, bo już nie wygląda na młokosa, a jeszcze nie jest stary, a dojrzały. Kobiety takich lubią, prawda, Edytko?

EDYTA: Chyba tak. Ja takich lubię...

CEZARY: Aktorzy, o których mówiłem, są w stanie sprostać każdej roli. W tym wieku i z takim doświadczeniem jest się partnerem dla reżysera sprawnym aktorsko w 100 procentach. Kiedy byłem młodszy, nie mogłem sobie na to pozwolić, bo za mało umiałem. Poza tym wciąż się spieszyłem, walczyłem o rodzinę – chciałem ją utrzymać za wszelką cenę, na dużo rzeczy się zgadzałem, szedłem na wiele kompromisów. Ale gdybym nie zagrał tylu ról, to nie byłbym „tym Pazurą”. Zawsze jest jakieś „ale”. Na tym polega paradoks roli Hamleta – wtedy, kiedy człowiek powinien zagrać Hamleta, to nie może, bo jest za młody, a kiedy już może, bo dojrzał, to nie powinien, bo jest za stary (śmiech)...

Zna Pan dowcipy na swój temat? Opowiada je ludziom podczas kabaretonów?

CEZARY: ,,Szanowni Państwo, wszyscy jesteście wariatami, ze mną na czele!” – tak brzmi moja dewiza, którą zresztą wygłaszam podczas moich występów kabaretowych. Nikogo nie obrażam, a pozwalam pokazać, że wszyscy jesteśmy śmieszni.

EDYTA: „Jak się nazywa szczyt naiwności? Cezary Pazura” – jeden z krążących dowcipów o moim mężu.

Na co ostrzy Pan dzisiaj pazury?

CEZARY: Teraz na życie. Chcę się nażyć, bo kiedyś zupełnie nie mogłem sobie na to pozwolić. Kiedy grałem najlepsze role, nie było czasu pobrylować, pobywać, pojechać na festiwale. Do tej pory, w takim małym pudełku, leżą nietknięte bilety do Hongkongu, do Kairu, do San Sebastian, gdzieś jeszcze. Nie byłem na żadnym festiwalu, na którym pokazywano filmy z moim udziałem. Nie miałem nie tylko czasu, ale i pieniędzy, żeby na takim festiwalu czuć się jak człowiek. Dzisiaj zamierzam być prawdziwym „konsumentem” swojego życia i jego przyjemności. A jest naprawdę smaczne.