"Zwariowałem na jej punkcie. Była dziewczyną wyjątkowej urody, ale nieśmiałą, więc nie zdawała sobie sprawy z tego, jaka jest piękna. Do tego inteligentna. Instynktownie czułem, że Elżbieta będzie dla mnie idealną partnerką", mówił Krzysztof Penderecki o żonie kilka lat temu. Dla niego to była miłość od pierwszego wejrzenia. Gdy się poznali, ona miała 16 lat (urodziła się w 1947 roku w Krakowie). On był przed trzydziestką, po rozwodzie, miał małą córkę (Beata jest dziś dziennikarką radiową). Bon vivant – mówiono o nim. Ale wybitny. Już wtedy, na początku lat 60., po premierowych wykonaniach utworów "Strofa”, "Emanacje" oraz "Psalmy Dawida" na festiwalu Warszawska Jesień, uchodził za najzdolniejszego kompozytora swojego pokolenia.

Ja się z tobą ożenię

Połączyło ich przeznaczenie. Elżbieta też kochała muzykę. Przed laty sama grała na fortepianie, zresztą jej nauczycielką, przez przypadek zresztą, była pierwsza żona Krzysztofa. Z pianistką Barbarą, poznaną w szkole muzycznej, Krzysztof wziął ślub w 1954 roku, gdy miał zaledwie 21 lat. Rozstali się kilka lat później. W 1957 roku Penderecki poznał ojca Elżbiety. Leon Solecki, prawnik i wiolonczelista, przez 48 lat był koncertmistrzem w Filharmonii Krakowskiej. Na swoje niedzielne koncerty do filharmonii zabierał 10-letnią córkę. Siadała za kontrabasami i słuchała. To właśnie tam po raz pierwszy usłyszała Krzysztofa. Zaimponował jej wczesnymi kompozycjami i po jednym z koncertów z bukiecikiem kwiatów poszła mu pogratulować. Ich rodziny szybko się zaprzyjaźniły i zaczęły razem spędzać wakacje w Dziwnowie, Penderecki z pierwszą żoną i córką, nastoletnia Elżbieta z rodzicami. Podczas jednego z wakacyjnych spacerów Krzysztof zaskoczył ją wyznaniem: "Ja się z tobą ożenię”. Przerażona uciekła, ale on był uparty. Gdy jechała autobusem do Krynicy na ferie, pojechał za nią samochodem. Pewnego razu przysłał jej kwiaty, ale bez kompilmentki. Domyśliła się, od kogo są, i chciała je wyrzucić. 

Nie planowała małżeństwa w tak młodym wieku. Jako jedynaczka wychowana w krakowskiej kamienicy po dziadkach, w dzieciństwie uczyła się francuskiego, słuchała muzyki, zdobywała uznanie jako najzdolniejsza uczennica liceum. Pracowita, punktualna, zdecydowana – perfekcjonizm wpoiła jej babcia, z pochodzenia Austriaczka. Uczyła ją dobrych manier. Uważała, że młoda dziewczyna powinna utrzymywać prostą postawę, więc codziennie musiała chodzić z kijkiem na plecach. Była zdolniejsza niż jej rówieśnicy. Zanim skończyła 18 lat, studiowała fizykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przyszłość chciała związać z nauką. Planowała dalsze studia, na paryskiej Sorbonie. Miał jej to sfinansować mieszkający w Argentynie wuj. Ale z czasem Krzysztof ujął ją determinacją, talentem i tym, że był dżentelmenem. "Wydawał mi się kimś bardzo młodym, z dużym poczuciem humoru i odpowiedzialnym. Zafascynowało mnie, że był wielką indywidualnością nie tylko w muzyce, również w stylu bycia. Pamiętam, jak przyszli teściowie, gdy się poznaliśmy, od razu poprosili mnie, bym zapanowała nad jego oryginalnym stylem. Usłyszałam, że mam wyrzucić z garderoby ubrania w kolorze ceglastym. Co z tego, skoro potem pojawiły się zielone spodnie i fioletowy sweter”, wspominała po latach z czułym uśmiechem.

Mało czasu dla dzieci

Pobrali się w 1965 roku w Dębicy, rodzinnym mieście kompozytora, gdy Elżbieta skończyła 18 lat. W tajemnicy przed jej rodzicami, którzy sceptycznie podchodzili do małżeństwa córki w tak młodym wieku. Zaraz potem nowożeńcy wyjechali do Essen w Zagłębiu Ruhry, gdzie kompozytor dostał pierwszą w życiu profesurę. Elżbieta zaczęła prowadzić jego sekretariat. Zdjęła z niego to wszystko, czym sam nie znosił się zajmować, jak choćby odpisywaniem na setki listów z propozycjami występów, prowadzeniem kalendarza czy pakowaniem walizek, co zresztą robiła przez całą jego karierę. "Mam wygodę ze swoją żoną. Jak czegoś nie wiem, to ona pamięta wszystko: terminy, daty, nazwiska. Nie znoszę odpisywania na listy, żona robi to znakomicie. Jestem bardzo szczęśliwy, że nie muszę prowadzić żadnej korespondencji. Pomaga mi też z pakowaniem walizek, z którym zwlekam zawsze do ostatniej chwili, bo tego nie znoszę. Wydaje mi się, że Elżbieta to uwielbia, jest bardzo systematyczna. Wszystko poukłada, przełoży folią albo papierem, żeby się nie pogniotło”, mówił Penderecki przed laty.

Zresztą znana jest anegdota o tym, jak inny wybitny kompozytor, Witold Lutosławski, patrząc z uznaniem na to, jak ogromnym wsparciem dla Krzysztofa jest Elżbieta, wzdychał: "Ach, gdybym miał taką żonę jak Penderecki...”. Ale Elżbieta nigdy nie była wyłącznie jego asystentką. Ani tylko muzą lub tylko żoną. Była równoprawną partnerką przedsiębiorstwa muzycznego o nazwie "Krzysztof Penderecki". Jako pierwsza recenzowała utwory męża, a z czasem zaczęła reprezentować w świecie nie tylko jego, lecz także polską muzykę poważną i Polskę. Rok po ślubie, w 1966 roku, doczekali się syna Łukasza, który imię dostał na cześć "Pasji według św. Łukasza" , utworu napisanego przez Krzysztofa z okazji 700-lecia katedry w Münster, który zrewolucjonizował muzykę XX wieku. Pięć lat później urodziła się Dominika. Żadne z dzieci nie poszło w ślady ojca. Łukasz skończył cztery kierunki studiów: medycynę, psychologię, zarządzanie i polonistykę, praktykował jako psychiatra, pracował też w bankowości. Dominika studiowała italianistykę.

O dzieciach Elżbieta mówi rzadko, chroni ich prywatność. Przyznaje jednak, że życie u boku wielkiego artysty sprawiało, że często musiała dokonywać wyboru: praca albo rodzina. Gdy mieli wyjechać do Essen, komunistyczne władze odmówiły wydania paszportu dla maleńkiego wówczas Łukasza. Chłopiec został z dziadkami w Krakowie, dla władz był "gwarantem", że Krzysztof Penderecki z żoną nie zostaną na stałe za granicą. Przez ponad rok jeździli ponad 1000 kilometrów z Niemiec do Krakowa, żeby spędzić z synem weekend i – jak mówi Elżbieta – "ukoić rozłąkę". "Gdy dzieci były małe, miałam wspaniałych rodziców, jeszcze wtedy bardzo młodych, i byli oni moim ogromnym wsparciem. Moja mama uważała, że dzieci mają dziadków, więc ja powinnam wszędzie towarzyszyć mężowi, bo to on potrzebuje mojego wsparcia. Dzieci do dziś mówią: "Mamo, nie miałaś nigdy wiele czasu dla nas", mówi szczerze Elżbieta Penderecka.

Szalone tempo

Po narodzinach Dominiki podróżowali już po świecie całą rodziną. Piękne wspomnienia przywieźli
z Berlina. "Mieszkaliśmy w zjawiskowej dzielnicy Zehlendorf. Pamiętam wycieczki Zbyszka Herberta
z naszym synem na łódce. Cudowne wieczory i długie rozmowy, to był wspaniały okres, który nas wszystkich bardzo zbliżył”, opowiadała. Dziś wielką radość Elżbiecie dają wnuczki: córka Łukasza, Melania, i córka Dominiki, 19-letnia dziś Marysia, baletnica, która odziedziczyła po dziadku talent muzyczny. Na 60. urodziny swojej babci napisała dla niej utwór. Penderecka mówiła, że to był najpiękniejszy prezent, jaki mogła dostać. Przez wszystkie lata spędzone u boku Krzysztofa Elżbieta nigdy nie narzekała na szalone tempo życia. Zawsze dotrzymywała mu kroku. "Brak spokoju mam zapisany w genach. Siostra mojego ojca miała 86 lat, kiedy odbyła podróż statkiem z Argentyny do Polski. Gdybym nie wyznaczała sobie celów, byłabym nieszczęśliwa. Od lat żyję w napięciu. Mam mnóstwo obowiązków, pomysłów, co tydzień jestem w innym miejscu, wokół nowe twarze”, mówiła "Gali" przed laty.

Miłość do męża połączona z potrzebą niezależności sprawiła, że z czasem zaczęła pracować na własny
rachunek. Gdy na początku lat 90. kompozytor został dyrektorem artystycznym Festiwalu im. Pablo Casalsa w San Juan w Portoryko, pomagała mu w kwestiach organizacyjnych, zdobywając w ten sposób doświadczenie. Przełomowy w jej zawodowym życiu okazał się rok 1997. To wtedy Elżbieta Penderecka postanowiła połączyć swój menedżerski talent ze świetnymi kontaktami z najwybitniejszymi artystami, które nawiązała, zajmując się przez lata karierą męża. Najpierw zorganizowała koncert charytatywny na rzecz powodzian z udziałem Sinfonii Varsovii, Yehudiego Menuhina i Chóru Filharmonii Narodowej. Później zainicjowała cykl "Koncerty Wielkich Mistrzów – Elżbieta Penderecka zaprasza” z udziałem m.in. Mścisława Rostropowicza i Krystiana Zimermana. W końcu stworzyła Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena, dziś jedno z najważniejszych wydarzeń kulturalnych w naszym kraju. Nazwisko Elżbiety Pendereckiej jest gwarantem najwyższej jakości, sprawia, że propozycje występów na festiwalu przyjmują najwybitniejsi artyści, jak skrzypaczka Anne-Sophie Mutter, dyrygent Mścisław Rostropowicz czy tenorzy Piotr Beczała i Placido Domingo. "Dziś już nikt się nie boi zaprosić do Polski nieznanych, ale utalentowanych artystów, bo wyrobiona publiczność zawsze ich doceni", mówi Penderecka.

Zostawić coś po sobie

Penderecka była zawsze tytanem pracy. "Życie u boku artysty uczy wewnętrznej dyscypliny”, mówiła. Rozwijając swoją karierę, nie przestawała czuwać nad twórczością męża. A on pracował cały czas. Zaczynał o szóstej rano, jeszcze w piżamie. Chociaż zdarzały mu się momenty, gdy pozwalał sobie na lenistwo – zwłaszcza wiosną, gdy ważniejsza była dla niego przyroda. Wtedy wkraczała żona, która radziła, by nie zaniedbywał obowiązków. Chociaż nigdy nie ukrywała, że jej też zdarzają się chwile, kiedy po prostu musi odpocząć. "Artur Rubinstein wyznał mi kiedyś, że przed każdym koncertem dla rozluźnienia ogląda western. Ja też po całym dniu pracy włączam telewizor. Filmy pomagają mi odłączyć się od pracy, tego szalonego tempa, w którym żyję”, zwierzała się.

Choć ich małżeństwo było harmonijne, Elżbieta nigdy nie kryła, że życie z wielkim artystą bywa trudne. Przyznawała, że mąż w domu bywa dyktatorem, a zaakceptowanie tak silnej osobowości wymagało od niej kompromisu. Tak jak on zawsze podkreślał jej kluczową rolę w swojej pracy, tak ona opowiadała, że miała dzięki Krzysztofowi wspaniałe życie – pełne wrażeń i podróży po świecie. Dom stworzyli w Krakowie, ale ich miejscem na ziemi były Lusławice. Ta miejscowość pod Tarnowem stała się centrum ich życia, prywatnego i zawodowego. Gdy w 1974 roku kupili tam XVIII-wieczny dworek, w którym kiedyś tworzył Jacek Malczewski, kompozytor odkrył w sobie drugą wielką pasję – ogrodnictwo. Stworzył 32-hektarowy park i ogród, w których rośnie dziś 1800 gatunków drzew i krzewów. To prawdopodobnie największe arboretum w tej części Europy. "Mieszkaliśmy w różnych miejscach i właściwie gdyby nie Lusławice, zostałbym gdzieś na świecie. Byłem profesorem w Yale, mogłem tam wieść spokojne życie. Z powodu Lusławic wróciłem do Polski. To mój azyl”, wspominał. 

Oczkiem w głowie Pendereckich było też Europejskie Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego. To obiekt na światowym poziomie: z salą koncertową, pokojami do nauki i biblioteką. Kształcą się w nim młodzi, zdolni instrumentaliści i wokaliści – Krzysztof chciał "zostawić coś po sobie na tej ziemi”. Od kilku lat zmagał się z ciężką chorobą, Elżbieta obiecała, że będzie z nim do ostatniej chwili. Gdy jego stan zdrowia się pogorszył, nie pozwoliła zabrać go do szpitala. Chciał być w domu, a ona przy nim czuwała. Zmarł na jej rękach. Miał 86 lat. Byli razem 55 lat. Zakochani do ostatniego wejrzenia.