Gala: Chciałem się z Panią umówić rano, ale...

Elżbieta Zapendowska: To byłoby, proszę pana, niemożliwe,  bo ja wstaję dopiero około południa!

Luksus!

Ano luksus. Nocami gram w karty,  kładę się dopiero około trzeciej lub czwartej, więc muszę się wyspać.

W karty? Z kim?

Jest portal w internecie, w którym  grasują karciarze.

Od czego zaczyna Pani dzień?

Od kawy, papierosa i czytania w internecie wiadomości. Lokalnych, krajowych oraz kulturalnych. Lubię też  wywiady Jarosława Kuźniara.

A plotki?

Plotek staram się unikać, chyba że znajdę coś, co dotyczy mnie, chociaż zazwyczaj są to kłamstwa.

A co najzabawniejszego przeczytała Pani o sobie?

Kilka lat temu przeczytałam, że Adamowi Sztabie przeszkadza to, że palę, co było nieprawdą. Bo przy nim raczej nie palę. Albo że wdałam się w bójkę  z Korą... Ja, pacyfistka, w bójkę...

Panią to irytuje?

Raczej śmieszy. Nauczyłam się nie przejmować plotkami, bo widzę, jakie bzdury piszą dziennikarze o ludziach, których znam. Kiedyś tych bzdur było więcej niż teraz – przywalano się do mojej ślepoty, starości, czyli do tego wszystkiego, z czego ja sobie robię żarty. Byłam też ubeczką, Żydówką, esesmanką, ruską.

Grzmotem, hitlerówą i kilerem...

I sam pan widzi.

To akurat Pani słowa.

Naprawdę? Czasem powiem coś żartem, bo to moja tajna broń. Wykorzystuję ją, gdy rozmówca nie ma poczucia humoru, czyli czegoś, co najbardziej cenię u ludzi. Celowo wpuszczam niektórych w maliny i gadam takie bzdury,  a potem muszę się tłumaczyć! (śmiech)

Na co dzień jest Pani spokojna, miła?

Czasami zdarza mi się wybuchać.

Co Panią wyprowadza z równowagi?

Przede wszystkim ludzka głupota  oraz to, co dzisiaj się dzieje w Polsce.

Cieszę się, że ze względu na mój wiek wiele rzeczy, takich jak na przykład prawa kobiet, zaostrzenie prawa do aborcji, mnie już nie dotyczy. Współczuję tylko młodym ludziom, którzy muszą żyć w tak nieprzyjaznym kraju. Opowiadam się po stronie „totalnej” opozycji.

Żyje Pani w zgodzie ze swoim  wiekiem?

Czasami lubię siebie. Wiek doskwiera mi tylko wtedy, gdy na przykład wysiada mi noga i nie mogę przejść pięciu metrów. Dokuczliwa jest też niewątpliwie moja postępująca ślepota. Ale  z tym zmagam się od lat, więc trochę się przyzwyczaiłam.

W tym roku skończy Pani 71 lat. Wiele kobiet w Pani wieku obsesyjnie walczy z przemijaniem – poddaje się operacjom, katuje dietami.

Tacy ludzie nie radzą sobie przede wszystkim ze sobą. Jeżeli jednak im to pomaga, niech sobie wstrzykują botoks, zmniejszają, zwiększają, co się tylko da. Przed biologią człowiek i tak nie ucieknie. Podchodzę do tego z dużym dystansem, bo uważam, że pogodzenie się ze starością to coś normalnego. Każdy wiek ma swoje potworne, ale też piękne strony.

Jakie? 

Przede wszystkim człowiek starszy bywa o wiele mądrzejszy dzięki doświadczeniu.

To wszystko?

70-letnia babcia może sobie robić różne kulinarne przyjemności, nie obawiając się, że utyje tu i ówdzie. A 40-letnia pani katuje się dietami,  by lepiej wyglądać. Nie lubię czuć, że coś mnie ogranicza.

Myślałem, że jest Pani wobec siebie bardzo surowa i wymagająca.

Już nie. Każdy człowiek popełnia błędy, ja również kilka z nich popełniłam. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Nie myślę zbyt wiele o sobie, raczej o innych. Krytyczna jestem w stosunku do ludzi, którzy udają, że są artystami. Tymczasem to tylko słabi piosenkarze.

A jak Pani to rozróżnia?

Kwestia kreatywności i osobowości.  Jeśli człowiek ma coś do powiedzenia  w dziedzinie, w której chce zaistnieć, powinien też mieć klasę. Być oryginalny, niepowtarzalny. Tymczasem wie pan, co słyszę najczęściej? „To druga Britney Spears”, „dobry jak Michael Jackson”.

Pani nie znosi porównań.

Świat jest piękny, bo każdy z nas jest inny. Nie ma drugiej Britney Spears czy Jennifer Lopez.

Pani swoim uczniom zawsze mówi to, co o nich myśli?

Oczywiście. Nigdy nie owijam w bawełnę, to mój sposób na życie. Kiedyś ktoś powiedział, że jestem taka surowa na potrzeby telewizji.

Uważam, że chwalenie przeciętnych wokalistów nie jest dobre, raczej krzywdzące. Bo potem okazuje się beztalenciem i co wtedy? Lepiej, gdy taki przeświadczony o swojej wyjątkowości „artysta” wcześniej pozna prawdę o sobie, bo potem poziom rozczarowania będzie mniejszy.

Nie boi się Pani, że popełni błąd  w ocenie innych?

Pomylić się można zawsze! Emocje czasem zakłócają obiektywizm. Właśnie dlatego tak ważny jest dystans. By wydać rzetelną ocenę, trzeba zapomnieć o czynnikach zewnętrznych, które nie mają wpływu na to, jak ktoś śpiewa. Epatowanie urodą, wdziękiem czy litością ma czasem zgubne skutki. Na przykład wtedy, gdy w „Idolu” marząca o karierze dziewczynka opowiadała o swojej zmarłej babci czy mamie  i starała się w ten sposób wywrzeć na mnie emocjonalną presję.

Dlatego często robiła Pani testy na osobowość. Pamiętam, jak pytania w stylu „Co czytasz?”, „Co cię wzrusza?” niektórych paraliżowały.

Zdarzali się uczestnicy fenomenalnie zdolni muzycznie, natomiast osobowościowo i scenicznie beznadziejni. Jeśli ktoś nawet najpiękniejszym głosem śpiewa bzdury albo, co gorsza, nie wie, o czym śpiewa, czuję, że się tylko popisuje.

Można mieć doskonałe warunki głosowe, a artystą nie zostanie się nigdy. Potrzebne są po prostu inteligencja, osobowość, intrygująca powierzchowność, co nie zawsze oznacza urodę, no i... szczęście.

Ale są brzydcy piosenkarze, którzy odnoszą wielki sukces.

Bo umieją wzruszać. Bardzo brzydkie kobiety też przeszły do historii muzyki.

Uczy Pani śpiewać innych, bo sama nie zrobiła kariery?

Nigdy nie marzyłam o zrobieniu jakiejkolwiek kariery! Chciałam tylko lubić swoją pracę. No i lubię. Skończyłam Akademię Muzyczną i przez kilka lat pracowałam jako nauczycielka gry na fortepianie. Jeszcze na studiach skomponowałam zaledwie kilka utworów, ale szybko zrozumiałam, że żadna ze mnie artystka. Żeby nią być, trzeba mieć w sobie pewnego rodzaju przebojowość, charyzmę. A ja nie lubię być  w centrum uwagi, najlepiej czuję się na trzecim planie. Moja obecność  w telewizji, oprócz zalet, ma też wady. Jedną z nich jest popularność. To, że nie mogę spokojnie zapalić na ulicy  papierosa, bo od razu słyszę: „Patrz! Zapendowska pali fajkę”.

Publiczne ocenianie innych jest trudniejsze?

Od lat zajmuję się ocenianiem śpiewu. Dla mnie nie ma większego znaczenia, czy robię to przed kamerami, czy nie. Pomaga mi trochę w tym moja ślepota, bo ja tych kamer nie widzę... (uśmiech)

Ile trzeba Pani zapłacić, by z beztalencia wyszlifowała diament?

Pieniądze nigdy nie były i nie będą dla mnie wielką wartością. Nikt nie może mi zarzucić, że brałam kasę za promowanie miernot. Mierni wokaliści strasznie mnie nudzą! Nie jestem masochistką. Uczę śpiewu, bo kocham  to robić. Kiedy ktoś proponował mi  kosmiczne sumy za wykonanie jakiejś pracy, zawsze podejrzewałam zdradę.

W życiu kieruję się zasadą prawdomówności. Mówię to, co myślę, tak,  by nie ranić innych. Gdy na przykład widzę, że ktoś jest nieutalentowany,  ale wrażliwy, staram się mu wytłumaczyć, że może wybrał złą drogę, bo  na pewno ma inne ukryte talenty.

Doprowadziła Pani kiedyś kogoś  do łez?

Pewnie, zdarzało się.

Kogo?

Nie powiem!

Co Pani wtedy czuje?

Czasem robię to świadomie.

Ale po co?

Kiedy ludzie są zamknięci w sobie, trzeba w nich wywołać emocje. Mogą być one skrajne – bardzo pozytywne, ale też negatywne. Wściekłość, żal, smutek są równie twórcze jak euforia.  Zdarza się, że po tym, jak ktoś trzaśnie drzwiami, rozpłacze się albo na mnie zwyczajnie nawrzeszczy, wraca i zupełnie inaczej zachowuje się na scenie.

Pani zwyczajnie manipuluje ludźmi.

(śmiech) Ale w imię dobrej sprawy...

Przyjaźni się Pani ze swoimi uczniami?

Różnie to bywa. Z niektórymi jestem  w kontakcie od lat, niektórzy się w ogóle do mnie nie przyznają.

Od tych, którzy dzięki Pani osiągnęli sukces, oczekuje Pani wdzięczności?

Ależ ja jestem tylko małym epizodem w ich życiu! Też spotkałam na swojej drodze ludzi, którzy mi pomogli. Mam ich w pamięci, ale nigdy nie padałam przed nimi na kolana.

Co Pani czuje, gdy uczniowie z potencjałem go marnują?

Myślę wtedy, że tak miało być. Każdy z nas jest reżyserem własnego życia. Istnieją też inne przyczyny porażki, na które nie mamy wpływu.

Kiedy dzisiaj obserwuję to, co dzieje się na polskiej scenie muzycznej, jestem głęboko rozczarowana. Muzyka rozrywkowa jest potwornie nudna. Popowych talentów nie ma prawie w ogóle. Ci, których piosenki słyszymy w radiu, to po prostu dobrze wyćwiczeni rzemieślnicy, poprawnie śpiewający i tańczący. Najciekawsze rzeczy dzieją się na scenie alternatywnej, która, mam nadzieję, kiedyś eksploduje.

Zawsze była Pani taka niepokorna?

Oj, tak. Nauczyciele w podstawówce mówili o mnie: diabeł wcielony. Nie ciągnęło mnie do zła, tylko do szaleństwa. Tak nabroiłam kiedyś w szkole, że zostałam z niej wyrzucona! Potem tata pozwalał mi wychodzić tylko pod opieką starszego brata i kuzynów. Nie spodziewał się, że z ich pomocą podrobię legitymację, by udawać starszą i móc sobie wyrobić kartę autostopowicza...

Rodzice byli źli?

Oni chcieli mnie wychować na grzeczną dziewczynkę. Mama, w przeciwieństwie do mnie, była piękną kobietą. Bardzo dbała o wygląd, strój, całą swoją zewnętrzność. Zależało jej, bym podzielała jej zainteresowania, co od razu rodziło mój bunt.

Kiedy dostała Pani od życia pierwszą lekcję pokory?

To było jeszcze w czasach, gdy mieszkałam w Opolu. Cieszyłam się dużą  renomą, przyjeżdżali do mnie ludzie  z całej Polski, bym uczyła ich śpiewać. Pewnego dnia wokaliści, których przygotowywałam do jednego z festiwali, wrócili i powiedzieli, że jury uznało, że wszyscy śpiewają tak samo. Pomyślałam: „Może rzeczywiście coś w tym jest?”. Ja mam w sobie dużo bezczelności, ale umiem też słuchać innych.

Czego pozbawiła Panią szczerość?

Chyba niczego. Chciałam powiedzieć: przyjaciół, ale przecież tych ma się  tylko paru.

Jakim człowiekiem trzeba być, by się z Panią móc zaprzyjaźnić?

Na pewno trzeba mieć poczucie humoru. Bo ja ze swoimi przyjaciółmi przerzucam się codziennie złośliwościami. Wykpiwamy swoje wady, dogryzamy sobie. To jest dla nas najlepsza zabawa!

Podobno przyjaźni się Pani przede wszystkim z mężczyznami.

To nie jest prawda, mam wokół siebie kilka fajnych kobiet. Chociaż nie wiem, czy się z nimi przyjaźnię, raczej są to relacje koleżeńskie.

Opowiada im Pani o problemach?

Nie znoszę marudzenia. Z problemami staram się radzić sobie sama.

Tęskni Pani za młodością?

Otaczam się na co dzień młodymi  ludźmi. Mówię im: „Macie teraz prawo do popełniania błędów i robienia głupot, bo potem nie będzie na to czasu”. Czy tęsknię? Nie, każdy wiek ma swoje zalety.

Długo musieliśmy umawiać się  na spotkanie, bo w mieście bywa Pani raz w tygodniu. Dlaczego przeprowadziła się Pani na wieś?

Miałam dość zgiełku. I, co chyba jest domeną starości, tęskniłam za naturą. Za śpiewem ptaków, zapachem kwiatów, trawy...

Pielęgnuje Pani ogródek?

Z litości dla przyrody nie, słabo widzę i nie odróżniłabym chwastów od jakiegoś szlachetnego kwiatka...

Ale w domu lubi Pani porządek, jest Pani bardzo pedantyczna – wszystko ułożone od do...

Tak, od bałaganu do bałaganu. (śmiech) Na szczęście w prowadzeniu domu  ktoś mi pomaga, więc jakoś to wszystko wygląda.

Co robi Pani teraz, na co wcześniej brakowało Pani czasu?

Chciałabym móc czytać, ale ze względu na problemy ze wzrokiem ograniczam się do audiobooków albo czekam aż ktoś mi poczyta... Na przykład moja przyjaciółka, z zawodu pielęgniarka, która często odwiedza mnie na wsi.  Ma wspaniały głos, mogła by być lektorką. Ostatnio najlepiej jednak czuję się sama. Mogę sobie wtedy pomyśleć, podumać. Gotuję, krzątam się po domu, coś tam sprawdzam w komputerze.

Czego Pani oczekuje od życia?

Jak to czego? Świętego spokoju!