Gdy sprzedaż opowieści o miłości niewinnej dziewicy Anastazji Steele i nieprzyzwoicie bogatego biznesmena Christiana Greya przekroczyła 40 mln sztuk, mówiono o cudzie. A za chwilę przyszła wiadomość, że powieść pokonała barierę 50 mln egzemplarzy i to nie jest koniec. Hollywood już myśli o ekranizacji. Nic dziwnego, że autorka Erika Leonard (książki wydaje pod pseudonimem E.L. James) jest roześmiana i szczęśliwa, choć spotykamy się w mglisty jesienny poranek, a londyński deszcz bębni w szyby starej kamienicy przy Charlotte Street, wciśniętej pomiędzy sklep rybny a japoński bar sushi.

Stworzyła pani potwora. Christian Grey to postać, którą znienawidzi każdy mężczyzna na ziemi.

Dlaczego?

Bo jest uosobieniem kobiecych marzeń. Przystojny 27-latek, nieprzytomnie bogaty, gra na fortepianie, pilotuje samolot, uprawia sportywalki, ma niewyczerpane możliwości seksualne, dzikie fantazje erotyczne i mroczną tajemnicę z przeszłości. Jest ideałem. Żaden prawdziwy facet mu nie dorówna.

Nie miałam zamiaru podsuwać kobietom Christiana Greya jako modelu mężczyzny, którego należy poszukać i poślubić. Uosabia wiele męskich cech, które kobiety podziwiają. Ale zauważyłam jedną ciekawą prawidłowość: czytelniczki z Europy kontynentalnej wychowane na „Kopciuszku” czy „Pięknej i bestii” uważają Greya za księcia z bajki. Patrzą na niego pozytywnie. Brytyjki są bardziej sceptyczne i częściej dostrzegają jego ciemne strony i emocjonalną niedojrzałość.

A kim jest dla pani?

Jedynie wytworem mojej wyobraźni. Stworzyłam go dla zabawy. I gdy zaczęłam pisać książkę, nie wiedziałam o nim nic. Ta postać ewoluowała. Z rozdziału na rozdział zmieniała się, odsłaniała coraz więcej. Przyjęłam taką zasadę, by nie zastanawiać się, co będzie później, nie planować. Każdy nowy rozdział był dla mnie niespodzianką. Z czasem to stawało się coraz trudniejsze, bo wiedziałam, że muszę poprowadzić swoich bohaterów w taki sposób, by cała opowieść była wiarygodna. Chociaż pisałam bajkę dla dorosłych, to czytelniczka nie powinna odnieść wrażenia, że to wszystko jest fikcją.

Nie ukrywa  pani źródła swojej inspiracji. To była powieść Stephenie Meyer.

Wszystko zaczęło się od filmu „Zmierzch”. Wróciłam z kina zauroczona i natychmiast przez internet zamówiłam wszystkie książki Stephenie Meyer. Przeczytałam je kilkanaście razy z rzędu. To fantastyczne love story. Potem usiadłam przy komputerze i w trzy tygodnie napisałam opowiadanie inspirowane „Zmierzchem”. Umieściłam je na stronach fanklubu autorki sagi o wampirach.

Internauci nie byli zachwyceni.

Spotkałam się z różnymi opiniami, to prawda.

Chodziło o seks?

Relacja Edwarda i Belli w „Zmierzchu” jest przesycona erotyzmem, ale nic nie jest dopowiedziane. Ja rzeczywiście poszłam dwa kroki dalej. Swoje własne fantazje wprowadziłam w świat postaci z sagi Stephenie Meyer. Wielu osobom się to spodobało. I to do tego stopnia, że zaczęły kopiować moje teksty. Wtedy wycofałam się ze stron fanklubu Stephenie Meyer, zmieniłam realia, imiona postaci i zaczęłam pisać „Czterdzieści twarzy Greya”.

Chyba „Pięćdziesiąt”...

Na początku miało być tylko czterdzieści. (śmiech) Potem zmieniłam tytuł, bo „pięćdziesiąt” brzmi trochę mocniej. Nie spodziewałam się, że to się kiedykolwiek ukaże. Choćby z powodu mocnych scen BDSM.

Wiązanie, przemoc, relacja sadomasochistyczna... Naprawdę to pociąga kobiety?

Fantazjować można o wszystkim. A wyniki sprzedaży mówią same za siebie.

Opisuje Pani to tak dokładnie, że...

Wątpi pan w moją wyobraźnię? Zgadzam się. Nie wszystko mogłam wymyślić. Musiałam wiedzieć, co czuje kobieta związana, która uprawia seks z odrobiną przemocy. Poprosiłam o pomoc mojego męża Nialla. O Boże! Jesteśmy dorosłymi ludźmi i mamy prawo robić to, co nam się podoba!

A jemu się to podobało?

Parę razy go zaskoczyłam i musiał się upewnić, że dobrze usłyszał i że nie żartuję. Unosił brwi, ściszał głos i pytał: „Naprawdę chcesz, żebym ci TO zrobił?”. Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach mężczyźni są bardziej zachowawczy i pruderyjni od kobiet.

Od kobiet też się Pani dostało. Feministki uważają Panią za wroga, bo „Pięćdziesiąt twarzy Greya” opisuje relację, w której kobieta czerpie przyjemność z bycia poniżaną.

Niesłychanie mnie te zarzuty zirytowały. Absolutnie odrzucam gloryfikowanie przemocy. Wszystko, co opisuję w książce, jest bezpieczne, rozsądne i za obopólną zgodą. A gdy dziewczynie się coś nie podoba, to bez zastanowienia odchodzi. Jest ogromna różnica pomiędzy przemocą domową a seksem sado-maso.

Nie lubi Pani feministek?

Sama uważam się za feministkę! Domagam się równouprawnienia w pracy i uczciwego podziału obowiązków w domu. Ale to nie oznacza, że nie mogę pofantazjować, że facet podczas seksu daje mi klapsa w pupę! Jestem pewna, że moje czytelniczki rozumieją, gdzie przebiega granica pomiędzy ostrym seksem za obopólną zgodą a gwałtem czy przemocą. W książce opisałam tylko jedną rzeczywiście nieprzyjemną scenę, która przydarzyła mi się naprawdę...

Molestowanie seksualne w pracy?

Skąd wiesz? Też pracujesz w korporacji? A wiesz, że prawie wszyscy prawidłowo to odgadują?

Rozmawiała Pani o tym na spotkaniach autorskich?

Oczywiście. I przyznam, że nie spodziewałam się, że usłyszę tyle miłych i krzepiących słów. Wzruszyłam się ostatnio, gdy jakiś facet zwierzył mi się, że podobnie jak Christian Grey był molestowany w dzieciństwie i po lekturze mojej książki zrozumiał, skąd się wzięły jego dzisiejsze problemy seksualne. A dwa dni temu spotkałam 31-letnią Australijkę, która powiedziała mi, że „Pięćdziesiąt twarzy Greya” to pierwsza książka, którą przeczytała w życiu. Takie rozmowy dodają wiary, że to, co robię, ma sens.

Ma Pani dwóch synów. Jak oni radzą sobie z mamą, autorką najbardziej skandalizującej książki ostatnich lat?

 

Starszy ma 18 lat, młodszy 15. Mam wrażenie, że na szczęście nie bardzo interesują się tym, co robię. Specjalnie pisałam pod pseudonimem E.L. James, żeby nie mieli w szkole kłopotu i nikt im nie wypominał, że mama pisze książki o brudnym seksie. Ale nastolatki w tym wieku, zwłaszcza chłopcy, mają już swój świat. W domu chcą zjeść śniadanie i pograć na PlayStation. A potem znikają na cały dzień. Mamę z zasady omijają szerokim łukiem. No chyba że są głodni, a ja akurat coś piszę...

To był dla nich trudny czas?

„Pięćdziesiąt twarzy Greya” i drugą część –„Ciemniejszą stronę Greya” – napisałam za jednym zamachem pomiędzy wrześniem 2009 a majem 2010 roku. W tym czasie jeszcze pracowałam trzy–cztery dni w tygodniu jako producentka telewizyjna. To było trudne, bo piszę w transie, w każdej wolnej chwili. Ciągle mam w głowie swoją historię. Gdy jadę pociągiem, wyciągam telefon i stukam w klawisze. Zapisuję notesy, serwetki. W pracy udawałam, że czymś się zajmuję, a pisałam do siebie e-maile z zarysem historii i szybkimi dialogami. Potem późno w nocy siadałam przed komputerem i przepisywałam wszystko na czysto z rozbudowanymi opisami. Nie wychodziłam do znajomych, do kina, na koncerty, nie oglądałam telewizji, nie czytałam gazet, tylko pisałam. Nawet jak mąż mnie wyciągnął na urlop, leżałam plackiem na plaży i śniłam na jawie, wymyślając kolejne epizody.

Dziwię się, że przy takim pisarskim temperamencie zadebiutowała Pani tak późno.

Próbowałam już kilkakrotnie wcześniej, ale bez powodzenia. Mam w szufladzie parę powieści, do których wkrótce się zabiorę i które poprawię, by nadawały się do druku. A piszę od dzieciństwa. Uwielbiałam to uczucie, gdy nauczycielka wywoływała mnie na środek klasy i kazała czytać swoje wypracowanie. Przepełniały mnie radość i duma. Zawsze interesowałam się książkami. Wyszłam za pisarza...

Nie wiedziałem...

Wierciłam mu dziurę w brzuchu przez 20 lat, ale dopiero niedawno Niall wydał swoją pierwszą powieść. Wcześniej z sukcesami pisał scenariusze dla telewizji. Chyba zmobilizował go mój sukces. Teraz pisze kolejną książkę. Chce tym razem zdążyć przede mną.

A o czym Pani teraz pisze?

O zwykłej miłości. Pełnej pasji, ale już bez wiązania i bicia. Pewno sprzeda się znacznie gorzej, ale nie będę się tym przejmować.