Obie jesteście samotnymi matkami, poza prowadzeniem swoich fundacji macie mnóstwo obowiązków zawodowych, a mimo to pomagacie innym. Dlaczego?

E.K.: Mam wspaniałe córki, dobrą pracę i oddanych przyjaciół. Rodzice nauczyli mnie, że im więcej dostaję od losu, tym więcej powinnam dawać. Zanim powstała Fundacja „Wiewiórki Julii”, moja mama, która również jest stomatologiem, zajmowała się leczeniem dzieci z domów dziecka. Nigdy nie nadała temu żadnej formy prawnej, ale ponieważ otrzymywała coraz więcej próśb o pomoc, zdecydowałyśmy, że założymy fundację.

E.B.: Lubię pomagać. Po prostu. Oczywiście i tak wszyscy, bez względu na to, kim jesteśmy i co robimy, zapakujemy się kiedyś do trumienki (śmiech), ale warto przejść przez życie ze świadomością, że zrobiło się coś dla drugiego człowieka.

E.K.: Dla mnie Ewa jest inspiracją. Niedoścignionym wzorem kobiety, która ofiarowała swoje życie innym. Mimo że przeżyła osobisty dramat związany z chorobą córki, założyła Fundację „Akogo?” pomagającą dzieciom w śpiączce i ich rodzinom. Kiedy coś mi się nie udaje, myślę o przeciwnościach, które Ewa musiała pokonać. Wtedy znów mogę przenosić góry. 

Czym jeszcze imponuje Ci Ewa?

E.K.: Podoba mi się, że ta na co dzień ciepła i serdeczna osoba w kontaktach fundacyjnych jest niezwykle profesjonalna i zdeterminowana. Jej się po prostu nie odmawia!

E.B.: Walcząc o sprawy chorych dzieci, nie mam żadnych zahamowań. Kiedy ktoś chce mnie odprawićz  kwitkiem, zamieniam się w lwicę. (śmiech) 

A Ty, Ewo, czego nauczyłaś się od Emmy?

E.B.: Optymizmu. Dla Emmy problemy są po prostu kolejnym wyzwaniem, któremu musi sprostać. Uwielbiam takich ludzi! Ja też staram się nie mówić o swojej działalności przez pryzmat rodzinnej tragedii. Nie ma w tym żadnego cierpiętnictwa. Wprost przeciwnie – raczej duży obszar pozytywnej energii. Emma to rozumie, dlatego tak świetnie się uzupełniamy.

Skąd czerpiecie siłę, by pomagać innym?

EB: Od ludzi. Każde spotkanie z drugim człowiekiem daje mi energię. W pomaganiu łatwo się zatracić, ale by móc ofiarować siebie komuś, trzeba samemu zachowywać równowagę między życiem prywatnym a pracą. 

E.K.: Kiedyś byłam skupiona na sobie, budowaniu kariery, zarabianiu pieniędzy. Nie potrafiłam spojrzeć na życie z dystansu. Dziś, kiedy spotykam ludzi, którzy walczą o zdrowie, wiem, że moje troski są niczym przy ich problemach.

 

Jak to się stało, że zaczęłyście współpracować?

E.B.: Na imprezie promującej kalendarz „Bizneswoman life” poznałam mamę Emmy, która uznała, że współpraca „Budzika” i „Wiewiórki Julii” może przynieść wiele dobrego.

E.K.: Chciałyśmy połączyć siły. Nasi wolontariusze odwiedzają klinikę i sprawdzają stan uzębienia podopiecznych. Leczenie dzieci w śpiączce to trudny temat – okazuje się, że większość pacjentów „Budzika”, choć nie ma bezpośredniego kontaktu ze światem, reaguje na ból. 

Co Waszym zdaniem jest warunkiem udanej współpracy?

E.B.: Energia, przyjaźń… Im więcej o sobie wiemy, tym lepiej możemy współpracować. 

E.K.: Dla mnie podstawą jest lojalność. Staram się otaczać ludźmi, którym mogę ufać w stu procentach. 

Ewa opowiadała o równowadze, którą warto zachować między pomaganiem innym a swoim życiem. Nie macie czasem wrażenia, że zbyt emocjonalnie angażujecie się w historie pacjentów?

E.K.: Dużo mówi się o onkologach czy chirurgach, którzy po latach nabierają dystansu do swojej pracy. Nie wiem, czy mi się to kiedykolwiek uda – płaczę za każdym razem, kiedy przekraczam próg domu dziecka. Uświadamiam sobie wtedy, że jestem szczęściarą – mam dwie fantastyczne córki i to tak naprawdę się liczy. Ostatnio młodsza zdradziła mi, że jej największym marzeniem jest, by na świecie nie było wojen i każde dziecko miało swój dom… Chyba dobrze ją wychowałam. (śmiech)

E.B.: Nie do końca mogę się odciąć od historii pacjentów, bo sama mam chorą córkę. Ale rzeczywiście w pewnym momencie zaczęłam stawiać potrzeby pacjentów „Budzika” wyżej niż swoje. I to było niedobre. Trzeba o siebie dbać, także fizycznie. Cieszę się, że oprócz pracy w klinice mam też wentyl, czyli aktorstwo. Praca na planie pozwala mi zachować równowagę.

Aktorstwo i medycyna to dwa różne światy…

E.B.: Nie do końca. Na przykład kompozytor, tworząc kolejną symfonię, niby unosi się w oparach artystycznego absurdu, ale w jego pracy jest przecież matematyczna precyzja! Uważnie buduję swoje role – głównie przez emocje, ale gdyby mnie ktoś poprosił, potrafiłabym je rozrysować na wykresie. (śmiech) To działa w dwie strony – spontaniczność, która jest domeną aktorstwa, przydaje się także w medycynie. 

Jesteście bardzo skromne, nie lubicie używać wielkich słów, mówiąc o swoich dokonaniach. Mimo to wiele kobiet traktuje Was jak wzór do naśladowania.

E.K.: Nigdy nie myślałam o sobie w ten sposób. Lubię pracować – do tej pory nasza fundacja przebadała ponad 18 tysięcy dzieci. Teraz czas na kolejne projekty, m.in. „Dentobus”, który umożliwi bezpłatne leczenie najbardziej potrzebujących młodych pacjentów.

E.B.: Nie chcę być w „Budziku” „człowiekiem użytkowym”. Uważam, że kontakt z rodzinami moich podopiecznych jest ważny, ale tym w ramach specjalnego programu zajmują się psycholodzy. Spełniam się w działaniu. Kiedyś usłyszałam od Agnieszki Osieckiej jedno piękne zdanie, które utkwiło mi w pamięci: „Jeśli chcesz naprawdę coś zrobić, weź łopatę i wykop rów”. Ja ten „rów” kopię od kilku dobrych lat.