Rok temu otworzyła Pani Klinikę „Budzik”, o której powstanie walczyła Pani przez wiele lat. Przez ten rok w klinice wybudziło się ze śpiączki już dziewięcioro dzieci. Musi mieć Pani ogromną satysfakcję. Jest takie powiedzenie, że kto ratuje jednego człowieka, ten ratuje cały świat.

Górnolotnie powiedziane.

To wielka satysfakcja i radość, ale miesiąc temu znowu „system” nawalił.

Nie do końca nawalił. Co prawda mieliśmy już przez chwilkę kontrakt podpisany z NFZ na trzy lata, ale tak jak cała polska rehabilitacja musieliśmy dostosować się do nowego zarządzenia NFZ-u, że wszystkie kontrakty są podpisywane tylko na pół roku i w grudniu będziemy w tym samym punkcie.

Co pół roku będzie się trzeba starać o nowy kontrakt?

Nie wiem. To jest pytanie do premiera, ministra zdrowia czy sejmu i senatu. Może coś wymyślą.

Jak dotąd to Pani i fundacja „Akogo?” jesteście odpowiedzialni za funkcjonowanie „Budzika”. To Pani płaci głową, gdyby się coś nie udało.

I tyle że wzięliśmy kredyt z Unii Europejskiej i za pięć lat, w razie czego, rzeczywiście zapłacimy głową.

Po tylu wybudzeniach przez rok, po tak wielkim sukcesie, to wydaje się niemożliwe.

Miejmy nadzieję.

W jakim stanie są dzieci, które się wybudziły?

Każde jest w innym stanie. Wybudzenie to moment odzyskania świadomości, ale potem oczywiście jest rehabilitacja neurologiczna. Ta co była zawsze. Kiedy te dzieci opuszczają Klinikę „Budzik”, trzeba szukać miejsca na rehabilitację blisko ich miejsca zamieszkania.

Po opuszczeniu „Budzika” ci mali pacjenci mogą liczyć na pomoc ze strony kliniki?

Nie zajmujemy się indywidualną pomocą. Ale podpisaliśmy umowę z fundacją Zdążyć z Pomocą, która się tym zajmuje. Od razu informujemy rodzinę o takiej możliwości, kontaktujemy ich, i już wtedy można założyć sobie w tamtej fundacji subkonto, zbierać na rehabilitację i dalsze leczenie.

W „Budziku” stosuje się też alternatywne metody leczenia?

Tak, wygraliśmy konkurs w PFRON-ie i poza koszykiem NFZ są u nas m.in. akupresura, akupunktura, refleksologia, osteopatia, terapia czaszkowo-krzyżowa, psychologia - praca z procesem wg Arnolda Mindella, muzykoterapia, terapia metodą Tomatisa, biofeedback.

 

To rzeczywiście dzieje się bardzo dużo.

Ale to nie wszystko: mamy jeszcze wolontariat: dogoterapię, Stowarzyszenie Zwierzęta Ludziom, Fundację Wiewiórki Julii itd.

Możecie liczyć na pomoc sponsorów?

Wiele rzeczy pozyskujemy od darczyńców. Czasami przyjeżdża ciężarówka wyładowana po brzegi jakimiś rzeczami, które są nam niezbędne, a my jesteśmy bardzo zadowoleni, że nie musimy wydawać na nie pieniędzy. Np. wspomagają nas Toruńskie Zakłady Materiałów Opatrunkowych, często dostajemy dary z JYSKA - ręczniki, pościel, to co mają, a nam jest potrzebne.

Często spotyka Pani rodziców czy rodziny ludzi będących w śpiączce?

Najczęściej mam takie kontakty, kiedy wyjeżdżam ze sztuką albo z recitalem do innego miasta.

Co Pani radzi tym ludziom?

Mówię im, że należy się zgłosić do kliniki, potem trzeba przesłać dokumentację, żeby nastąpiła kwalifikacja. Ale często jest też tak, że ktoś ma takie dziecko w domu latami i przychodzi po prostu tak sobie ze mną porozmawiać. Jestem w takiej samej sytuacji. A gdy chcą porozmawiać, to o co pytają? Czasami pytają, co nowego dzieje się na świecie w tej kwestii. Ale często chodzi im o to, żeby się przytulić, dodać sobie sił. Staramy się dowiadywać, co się dzieje na świecie, dokształcać lekarzy, terapeutów, podejmować współpracę z placówkami w innych państwach. Im bardziej „Budzik” będzie niezależny, tym bardziej się będziemy skupiać na tym, co się dzieje na świecie. Nawet jeśli jest to program eksperymentalny, trzeba, żeby jednak był dostępny. Teraz zaczęliśmy współpracę z Instytutem Neurobiologii PAN Nenckiego.

U Pani córki Oli poprawę dała kuracja w Moskwie z komórek macierzystych.

O tyle poprawę, że przecież człowiek, jak leży latami, to się niszczy, podlega destrukcji. Ola jest w dobrej formie jak na 14 lat leżenia. Wszystko należy sprawdzać. Nie każda metoda jest dobra, nie każda pomaga.

Budzik” to jest krótka stacja, która obejmuje osoby w konkretnym momencie po wypadku czy innym wydarzeniu losowym. A co jeśli chodzi o ludzi, którzy latami są w śpiączce?

Na szczęście jest Fundacja Światło w Toruniu, z którą współpracujemy. Tam też się zdarzają wybudzenia, ale to już w kategorii cudu. To właśnie tam był przypadek wybudzenia po 19 latach.

Jest Pani niezwykle aktywnym prezesem. Podobno fundacja całkowicie Panią zdominowała. A jest przecież jeszcze Ewa Błaszczyk matka, aktorka, kobieta.

To system naczyń połączonych. I jeśli gdzieś coś się źle dzieje, to całość się składa jak domino. Wszystko ma jedną wspólną taflę wody. I dlatego bardzo trzeba pilnować proporcji. Dla mnie mój zawód jest ogromnym szczęściem i wentylem. Nie dałabym rady robić tego wszystkiego, gdybym nie miała pewnego odskoku, różnych środowisk, różnych projektów. Czerpię energię z jednego pola, a potem przenoszę ją na drugie, i tak to się toczy.

Ostatnio grała Pani w filmie u Grzegorza Królikiewicza - „Sąsiady”, który teraz jest pokazywany na festiwalu w Sopocie. Czy już wie Pani, jakie ma notowania?

Nie mam pojęcia. Mnie scenariusz wydał się bardzo interesujący, dziwny, inny. To będzie na pewno „jakieś”. Reżyser precyzyjnie wiedział, o co mu chodzi. A to jest luksusowa sytuacja dla aktora.

Ledwie skończyła Pani jeden film, za chwilę zaczyna drugi.

Już 20 września zaczynam pracować na planie filmu według książki pt. „Za niebieskimi drzwiami”. To będzie film s o śpiączce. Matka i syn mają wypadek 1 samochodowy. Kobieta zapada § w śpiączkę, a opiekę na chłopcem g przejmuje ciotka, która zabiera go do | swojego pensjonatu. Tam są tajemni- | cze niebieskie drzwi, przez które on przechodzi... Na koniec okazuje się, że to on był w śpiączce, i ten świat, w którym przebywał, istniał tylko w jego wyobraźni. Może to trochę bajka, ale też możliwe, że wywoła empatię dla problemu komy.

 

Miała Pani w repertuarze „Rok magicznego myślenia” - monodram amerykańskiej pisarki, której mąż nagle umiera, a córka zapada w śpiączkę.

To robiłam z wyboru. A ten film robi Mariusz Palej i producenci, którzy się do mnie zwrócili. Żadna w tym moja zasługa.

Syndrom wypalenia ma już Pani za sobą, teraz tylko działać.

Lubię działać.

Nigdy się Pani nie poddaje. „Nawet gdy wichura” - to tytuł Pani ostatniego recitalu. Śpiewa Pani tam z Marianną, swoją córką. Nie wypada o niej mówić Mania, bo już jest kobietą.

Ja tam mówię Mania.

Marianna studiuje w Akademii Teatralnej - to już taki dojrzały, świadomy wybór?

Myślę, że tak skoro przez rok się przygotowywała, zależało jej na tym, co drugi weekend chodziła na warsztaty do Romy Gąsiorowskiej. Studiowała kulturoznawstwo na UW i chciała się stamtąd wynieść. Wiedziała, co robi.

Zdarza się, że rodzice aktorzy zniechęcają swoje dzieci do tego zawodu - niepewny kawałek chleba, ciągły stres.

Trzeba robić w życiu to, co się chce. Jak się nie realizuje swoich marzeń, to się powoli umiera.

Ten zawód jest wyjątkowo stresogenny.

Życie jest stresogenne.

Ale przecież można siedzieć bezpiecznie za biurkiem.

Nuda.

Może kiedyś zagracie w jednym filmie?

Nie wiem, życie pokaże. Ono pisze takie scenariusze, których nie jesteśmy w stanie sami wymyśleć.

 

Pani życie napisało wyjątkowy scenariusz.

Tak, gdybym go gdzieś zaniosła, to powiedziano by, że jest to nieprawdopodobne. Co tu gdybać. Będzie co będzie.

Ciągle się Pani boi o córkę?

Będę się o nią bała jak każda matka. Ostatnio, gdy zdarzył się ten straszny wypadek Grażyny Kolskiej, Mania właśnie w tym czasie jeździła z chłopcem po włoskich autostradach dużym mercedesem. Napisałam jej parę słów, bo nie umiałam sobie z tym poradzić. Ona też się o Panią martwi. Zresztą chyba nie miała jakichś młodzieńczych buntów. Mania musiała przedwcześnie dojrzeć. Była na tyle odpowiedzialna, że starała się z całych sił mi nie dokładać. U nas to przebiegło łagodnie. Słyszałam opowieści o trudnych nastolatkach, ale nie miałam z tym kontaktu.

Teraz jest zupełnie nowy etap...

Od kiedy Mania dostała się do Akademii Teatralnej, to mam przed sobą większą przestrzeń, mam w domu zadowolonego, dorosłego, spełnionego człowieka. I wiem, że ona się teraz będzie otwierać. Może być tylko lepiej. Przecież jest to inwestycja w życie, nie w zawód, może być aktorką albo nie, ale to jak się otworzy po tych wszystkich traumach, będzie jej kapitałem...Dlatego się bardzo cieszę.

Z jej talentu również? Zdolności się dziedziczy.

Nie wiem. Ale wiem na pewno, jak to jest, kiedy człowiek jest zamknięty i zablokowany. I wiem, jak zmienia się życie człowieka, gdy to pokonuje i otwiera się na świat i ludzi. Sama przeszłam taką drogę. Jak pani myśli, po co zdawałam do szkoły teatralnej?

Czy była Pani nieśmiała?

Chodziłam do liceum Reya i miałam kłopot z powiedzeniem w autobusie do kierowcy, żeby się zatrzymał na przystanku na żądanie. Tak bardzo byłam nieśmiała. Tak się nie da żyć.

W takim razie pierwsze role w Akademii Teatralnej musiały być dla Pani wielkim stresem.

Oczywiście, na początku trzęsły mi się kolana. W śpiewaniu zajęło mi parę lat, żebym mogła wykonać jakikolwiek gest, bo czułam się, jakbym połknęła kij. Tego rodzaju odblokowanie zajmuje trochę czasu, bo to jest proces. Ale też fajnie jest je pokonać. A potem występując, bardzo wiele się dostaje energii, emocji od publiczności. Mój profesor zawsze mi mówił: „Nie pokazuj siebie. Daj się oglądać tylko na tyle, na ile ty pozwalasz”. A to jest bardzo cienka granica. Ale kontakt z publicznością jest naprawdę fajny, daje coś, czym się karmię. Wiem na pewno, że jak się na scenie nie kłamie, uruchamia się to, co jest cenne w tym kontakcie.

Aktorstwo to dla Pani odskocznia od pracy w fundacji?

Tak. Dlatego tak bardzo pielęgnuję mój zawód, nie odpuszczam i ciągle szukam. Teraz robię nowy recital. Poprzedni był oparty na wersie z piosenki Jacka Kleyffa - „I poczucie szczęścia - Nawet gdy wichura.”, to był czas walki. Teraz w moim życiu jest inaczej, pojawiła się większa przestrzeń. „Budzik” żyje swoim życiem. Oczywiście wspieram jego działalność. Będę załatwiać sprawy naukowe, formalne. Ale nie powinno już być takiego stresu, rozmów z NFZ, obaw, że wszystko się zawali. To jednak było czternaście lat walki z systemem.

Jakie będzie przesłanie Pani nowego recitalu?

Teraz chcę skorzystać z tekstu modlitwy Ryśka Riedla -„Pozwól mi spróbować jeszcze raz (...), uczyń, bym był kamieniem”. Moje śpiewanie jest zawsze jak najbliżej mnie. Nie umiem pisać, ale całe życie miałam koło siebie poetów, tekściarzy i mogłam prosić, żeby coś dla mnie napisali, albo starałam się znaleźć coś takiego w ich twórczości, co jest „moje” i tak to poukładać, żeby stanowiło bliski mi materiał na danym etapie mojego życia. To zawsze jest bardzo osobiste i emocjonalne.

Być kamieniem to znaczy być nieczułym?

Sens jest taki, „żeby móc wytrzymać”.

Więcej się Pani śmieje... W wielu dziedzinach jest Pani spełniona.

A jako kobieta? Jest jakiś mężczyzna u pani boku?

Nie mam żadnych ram ani oczekiwań. Ważne jest to coś, co musi się zadziać między dwojgiem ludzi.

 


FUNDACJA Ewy Błaszczyk „AKOGO?” - ORGANIZACJA POŻYTKU PUBLICZNEGO

Nordea Bank Polska S.A. ul. Wołoska 12, 02-675 Warszawa

Konto darowizn: 30 1440 1101 00 0 0 0 0 0 0 0591 2512 KOD SWIFT NORDEA: NDEAPLP 2

Bank Zachodni WBK S. A. al. Jana Pawła II 23, 00-854 Warszawa

Konto darowizn: 02 1090 1056 0000 0000 0612 1000