Ewa Kasprzyk: Niedawno powiedziałam do Gosi: „Mam teraz więcej wolnego czasu, może zostanę twoją menedżerką?”. A moja córka, która jest piosenkarką, odpowiedziała: „Wtedy to już nikt nie będzie wiedział, co śpiewam”. Taka mała anegdota na początek.

Anegdota? Nie pomyślałaś, że Małgosia ma cię po prostu dosyć. Przecież jest dorosła i samodzielna.

Ewa: To tak samo jak z byłymi partnerami. Jeśli ludzie nie są już razem, nie mogą sobie pomagać?

To twoja córka, a nie były mąż. Małgosiu, dlaczego nie chciałaś mieć matki–menedżerki?

Gosia Bernatowicz: Kiedy słyszę, jak mama opowiada ludziom o tym, co śpiewam, łapię się za głowę. Przeczytałam kiedyś, że według niej robię… chillout.

My tu sobie teraz żartujemy, a jeszcze dwa lata temu nasza wspólna rozmowa w ogóle nie byłaby możliwa.

Gosia:  W relacjach między nami zaszły kolosalne zmiany. Kiedyś, delikatnie mówiąc, nie dogadywałyśmy się. To był koszmar. Dzisiaj jest o niebo lepiej, inaczej… Mamy porozumienie i  wierzę, że odnajdujemy na nowo drogę do siebie.

Ewa: Zauważyłam, że teraz możemy z Gosią długo przebywać razem. Jesteśmy w stanie wytrzymać ze sobą dłużej niż 60 minut! Dlatego bądź spokojny, dotrwamy do końca tego wywiadu. (śmiech) Ale to, jak na siebie kiedyś reagowałyśmy, jaki klimat panował w pomieszczeniu, w którym razem przebywałyśmy, można porównać tylko do laski dynamitu z zapalonym lontem. Było na przykład tak, że dzwoniłam do córki, ona przychodziła do mnie, ale wystarczyło, że weszła do mieszkania, a już wiedziałam, że za chwilę wyjdzie z hukiem. O cokolwiek bym ją wtedy zapytała, poprosiła, zaproponowała jej, usłyszałabym jedno słowo: „nie”.

Wiedziałaś, dlaczego tak reaguje?

Ewa:  Zastanawiałam się, jak długo może trwać bunt dziecka, które już nie jest nastolatką. Długo. Gosia się izolowała. Czasami nie wiedziałam, co się u niej dzieje. Broniła swojej prywatności i niepodległości. Miałam wrażenie, że robi to coraz mocniej, a szczególnie wtedy, kiedy byłam blisko. Nie miałam pojęcia, co dzieje się w jej sercu i w jej głowie. Próbowałam sobie to wszystko jakoś tłumaczyć i usprawiedliwiać nas obie. „Gosia zawsze była skryta, niezbyt wylewna, to pewnie dlatego” – myślałam. Z drugiej strony chciałam wiedzieć o swoim dziecku wszystko, bo się o nią bałam. Przecież to, że matka ma potrzebę kontaktu ze swoją córką, to nic nadzwyczajnego.

Dlaczego żyłyście obok siebie. Skąd wzięły się te negatywne emocje?

Gosia: Przez wiele lat zmagałam się z bardzo ciężką depresją. To był koszmarny okres. Naprawdę nie potrafiłam sobie pomóc. A tym bardziej inni. Mama, lekarze, przyjaciele. Teraz, gdy jest dobrze, a nawet bardzo dobrze, to umiem już układać relacje z ludźmi, bo sama ze sobą się porozumiałam. Wszystko się polepsza. Nie tylko kontakt z moją mamą.

Ewa: Jeśli sami ze sobą mamy problemy: nie akceptujemy tego, jacy jesteśmy, dopada nas emocjonalne rozchwianie, nie potrafimy złożyć w całość systemu wartości, na którym ma się opierać nasze życie. To wtedy zaczynają się kłopoty. Małgosia zawsze mogła liczyć na moje wsparcie. Dzisiaj zadaję sobie pytanie: „Może nie do końca na takie, jakiego by chciała?”. Podczas choroby powtarzała: „Mamo, muszę najpierw uporządkować swój świat”. Starałam się to uszanować i odpowiadałam: „Dobrze, ja w takim razie poczekam”. I wiedziałam doskonale, że nie mogę niczego przyspieszyć, choć nieraz świdrowało w mojej głowie: „Dlaczego to tyle trwa?!”. Choroba wymaga od nas, zdrowych, dużo cierpliwości. Cieszę się, że dzisiaj bardzo wiele się o tym mówi. Do depresji przyznają się osoby publiczne, ludzie sukcesu, jak chociażby niedawno Justyna Kowalczyk. Z wielkim przejęciem przeczytałam wywiad z Olafem Lubaszenką, który szczerze opisuje swoją depresję i to, jak próbuje z nią walczyć. Depresja jest chorobą cywilizacyjną. Nie można jej bagatelizować. Ludzie często mówią: „Stary, co ty? Weź się w garść, dam ci kopa w dupę i będzie lepiej” albo sugerują: „Może nie masz pracy? Może za dużo myślisz i powinieneś wziąć się do roboty?” – to nie na tym polega i trzeba zapomnieć jak najszybciej o takim sposobie myślenia, jeśli chcemy komuś naprawdę pomóc. Na szczęście w porę to wszystko zrozumiałam.

Gosia: Podczas mojej choroby był moment krytyczny, w którym chciałam   zerwać wszelkie kontakty z mamą.   Odciąć się od niej i zniknąć z jej życia.

Ewa: Na początku twojej depresji też tak myślałam: „Może trzeba radykalnie zerwać tę relację? Oczyścić ją i zacząć d nowa?”. Zrobić takie „trzęsienie ziemi”. Nie tylko ograniczyć kontakt, ale i pomoc… na przykład finansową. Potem zaczęłam bardzo dużo czytać o chorobie i okazało się, że takie zachowania mogą tylko pogorszyć i tak trudną już sytuację. Nie chcę nawet wyobrażać sobie, co mogłoby się wydarzyć. Pamiętam czas, w którym Gosia u mnie mieszkała, bo w swoim mieszkaniu robiła remont. Napięcie między nami sięgało zenitu, a jej stan się pogarszał. Wszystko naraz: remont, depresja, stany lękowe…  „Mamo, ja już dochodzę do ściany” – powiedziała pewnego dnia. W takiej sytuacji nie mogłam pozwolić sobie na czekanie i wspólnie podjęłyśmy walkę z jej depresją. Natychmiast! Lekarz, który mógł pomóc, akurat wracał z wakacji i przyjął nas w niedzielę. W ciągu roku od rozpoczęcia terapii nastąpiła radykalna zmiana, którą poprzedziła bardzo ciężka praca.

 

Twoja choroba mogła być spowodowana również tym, że jesteś dzieckiem artystki? Tym, że Twoja mama ma bardzo barwną, czasami dominującą osobowość. Jest odważna, łamie stereotypy. Bycie córką takiej matki może być trudne do zniesienia.

Gosia: Skłamałabym, gdybym powiedziała, że zupełnie nie. Bycie córką artystki nie jest łatwe. Mama ma milion pomysłów na minutę. Bywa nie do okiełznania. Nigdy nie mogłam za nią nadążyć, ale myślę, że moja depresja to suma różnych zdarzeń, nie ma tutaj winnych. Nie chciałabym analizować przyczyn i zagłębiać się w ten temat, bo to są bolesne kwestie. Najważniejsze, że zwyciężam. Pomoc i wsparcie mamy były w tym wszystkim bardzo ważne. Bez niej pewnie nie dałabym rady.

Czyli pogodziłaś się z tym, że masz taką mamę?

Gosia: Oczywiście. Doszłam do wniosku, że nie jestem w stanie nikogo zmienić. Jedyne, co mogę zrobić, to zmienić moje nastawienie do innych ludzi. Odkąd wyszłam z depresji, moje relacje z otoczeniem, w tym z mamą, są o wiele lepsze.

A miałaś z jej powodu kłopoty?

Gosia: (śmiech) Nie, wszyscy zawsze ją podziwiali. Poza tym ja byłam i jestem niezwykle otwarta i nie rusza mnie to, co zaskakuje opinię publiczną.

Ewa: Nawet kiedy matka, którą grałam w „Bellissimie”, klęła jak szewc, to Gosi się podobało. Pamiętasz, jak sprzedawczyni w kiosku powiedziała do mnie: „Myślałam, że jest pani porządną kobietą, a tam tak pani przeklina”. Po premierze filmu Małgosia powiedziała, że zagrałam wreszcie jakąś świetną rolę.

To film o skomplikowanej, momentami nawet chorej, relacji matki z córką.

Ewa: Dziennikarze pytali mnie, czy w swoim życiu również wytyczam drogę, jaką ma pójść moja córka.

Gosia: Nie dałabym się.

Dzięki temu, że pokonałaś depresję, znowu zaczęłaś śpiewać. Jesteś piosenkarką, nagrałaś już jedną płytę, ale przez chorobę musiałaś przestać tworzyć.

Gosia: Wydaje mi się, że wszystkie trudne przejścia mogą być zbawienne dla artysty. Jeśli oczywiście go wcześniej nie wykończą. Po tym jak uda ci się wyjść z zakrętu, stajesz się silniejszy i bardziej interesujący. Paradoksalnie. Jeśli nie jesteś „jakiś”, to ciężko stworzyć coś dobrego. Właściwie to mój zespół trzymał mnie przy życiu. To, że jako duet MashMish, który współtworzę z Marcinem Kuczewskim, nie wypuszczaliśmy nic nowego i nie pojawialiśmy się na scenie, było bardziej przyczyną niż skutkiem mojej depresji. Na kilka miesięcy wyjechałam do Tajlandii trenować tajski boks i myślałam nawet, że już nie wrócę. Intensywny wysiłek fizyczny miał ogromny wpływ na poprawę mojego samopoczucia. Uzależniłam się od sportu, ale po pewnym czasie zatęskniłam jednak za tym dreszczykiem emocji, który zawsze towarzyszy mi, gdy komponujemy z Marcinem. Wróciłam i od razu zaczęliśmy pracę nad drugą płytą. Będzie inna. Przecież ja się zmieniłam. Przetrwał nasz duet i myślę, że jesteśmy dużo silniejsi. Nagrywamy płytę, jaką chcemy – zgodną z tym, co czujemy i z naszą wrażliwością.  Nie jesteśmy w żadnej wytwórni muzycznej, nie mamy nawet menedżera, więc wszystko, co teraz robimy, robimy sami i w pewnym sensie tylko dla siebie. Takie mamy założenie. Jeżeli to się komuś spodoba, to super, jeżeli nie… też super. Nie jesteśmy   w stanie spełnić oczekiwań każdego.

Ewa:  Ewidentnie nastąpiło wiele zmian. Był taki okres, gdy jej stany lękowe bardzo się nasilały. Do tego stopnia, że Gosia bała się sama wychodzić z domu… Bez wątpienia na poprawę jej zdrowia miał wpływ kilkumiesięczny pobyt w Tajlandii. Pojechałyśmy tam razem, ja po miesiącu i zgodnie z planem, wróciłam do Warszawy, a ona… oznajmiła: „Mamo, nie lecę z tobą”. Na samym początku, kiedy to usłyszałam, zmroziło mnie: „Znowu coś nie tak u Gosi, na pewno boi się lecieć samolotem”. Teraz wiem, że nic lepszego nie mogło się wydarzyć.

Gosia: Tak, to było chyba najlepsze, co mnie spotkało w życiu! Przynajmniej do tej pory…

Ewa: Dopiero tam, w pojedynkę, normalnie funkcjonowałaś: jeździłaś rowerem, robiłaś zakupy, pojechałaś do Birmy i Bangkoku, w którym musiałaś załatwić formalności związane z paszportem. Do niedawna czułam, że muszę trzymać nad Małgosią parasol ochronny. Teraz jest inaczej.

Gosia: Niedługo to ja będę rozkładać taki parasol nad tobą. (śmiech)

Wybrałaś drogę podobną do tej, którą poszła Twoja mama. Zostałaś artystką. Nie należysz do najmocniejszych psychicznie, a wybierasz zawód, w którym trzeba być bardzo twardym.

Gosia: Zawsze wiedziałam, że chcę śpiewać, ale próbowałam z tym walczyć, bo zupełnie w siebie nie wierzyłam. Pewnego dnia, mając 23 lata, stwierdziłam jednak, że jeżeli nie spróbuję, to nie będę wiedziała, czym to dla mnie jest, i mogę potem tego żałować. Zrobiłam więc wszystko, co w mojej mocy, żeby jakoś zacząć, choć o muzy-ce, a tym bardziej przemyśle muzycznym, nie miałam przecież zielonego pojęcia. Jednak naprawdę bardzo wierzyłam w to, co robię, i jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, możliwości zaczęły same się pojawiać. Kilka miesięcy po podjęciu tej próby zagrałam pierwszy koncert i zaśpiewałam na pierwszej płycie. Chwilę później poznałam Marcina, wydaliśmy płytę i razem tworzymy do dzisiaj.

Ewa: Kiedy spytałam cię lata temu: „A może pójdziesz do szkoły teatralnej?”, odpowiedziałaś: „Nienawidzę teatru!”. A dzisiaj moja córka również występuje na scenie.

 

A mogłaś mieć spokojną, normalną pracę. Jesteś z wykształcenia anglistką.

Gosia: Myślę, że powracające problemy z depresją i lękami miały ogromny wpływ na moje życiowe wybory. Pamiętam, że pierwsze stany lękowe miałam już wieku kilku lat! Byłam zahukaną, cichą dziewczynką bez poczucia własnej wartości. Oczywiście miałam swoje marzenia, ale wydawało mi się zawsze, że jestem za słaba, aby je spełniać. Nawet moi rodzice nie wiedzieli, że śpiewam, i że naprawdę to lubię.

Ewa: Wiedziałam, że masz bardzo dobry słuch. Kiedy byłaś dzieckiem, uczyłaś się gry na skrzypcach, kontrabasie… Można powiedzieć, że twój   romans z muzyką zaczął się już wtedy. Jednak gra na instrumencie nie stała się twoją pasją.

Gosia: To dlatego, że nie chciałam robić tego, czego oczekują ode mnie inni. Kiedy poszłam do szkoły muzycznej, bardzo chciałam grać na perkusji, a nauczyciele popatrzyli na mnie wtedy i powiedzieli: „Na perkusji? No nie. Masz takie ładne paluszki…”. I kazali mi grać na kontrabasie.

Ewa:  Z którym kiedyś wiozłam cię na szkolną imprezę w miniaturowym cinquecento. Instrument ledwo się mieścił do samochodu… Ale to prawda, że wciąż narzucano ci coś, czego nie chciałaś.

Gosia: Powiedziałaś, że chciałaś, abym się rozwijała. W związku z tym przypomniała mi się jeszcze jedna anegdotka. Zaproponowałaś:  „Może zapiszesz się na angielski?”. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że akurat studiowałam trzeci rok anglistykę.

Ewa: Bywam nadopiekuńcza, to fakt. (śmiech)

Dlaczego przestałyście się rozumieć?

Ewa: Złożyło się na to bardzo wiele powodów. Dzisiaj, po 14 latach życia i pracy w Warszawie wiem, że do tego, jak źle ostatnio było między mną a moją córką,  przyczyniła się nasza przeprowadzka z Gdyni do Warszawy. Pamiętam dokładnie ten czas, kiedy mijały pierwsze tygodnie życia w stolicy. Małgosia wyrwana została z korzeniami z miejsca, w którym był jej pokój, pies, przyjaciele, szkoła tenisowa. Pamiętam, że kiedy wjeżdżałyśmy na Wisłostradę, ona strasznie płakała…

Przecież mogłaś zostać w Gdyni ze swoim tatą.

Gosia:  Najpierw przyjechałam  do Warszawy na rok. Tak zresztą jak i mama. Powiedziałam, że absolutnie nie zamierzam tutaj żyć i wróciłam do Gdyni na kolejny rok. Wtedy mama znalazła dla mnie nową świetną szkołę i  chyba tylko dlatego tu wróciłam. Każda z Was na swój sposób musiała przeżyć tę przeprowadzkę.

Gosia: Było ciężko, tym bardziej że mama bardzo dużo pracowała. Teatr, film, serial.

A tata przyjeżdżał do Was z Gdyni?

Gosia: Czasami. Ale to ja głównie jeździłam do niego. Prawie w każdy weekend. Pamiętam, jak spóźniałam się w poniedziałki rano do szkoły, bo przyjeżdżałam na zajęcia prosto z pociągu.

Ewa: W Warszawie podjęłaś w końcu decyzję o tym, że chcesz studiować. Wtedy spadł mi kamień z serca, bo nie wiedziałam, czy ty w ogóle będziesz w stanie dalej się edukować. (śmiech)

Gosia: Tak naprawdę, to ja już wtedy wiedziałam, co będę robić…

Ewa: Nie mogłaś się zdecydować, co chcesz studiować… Może historia sztuki, może filozofia…?

Gosia: W końcu dostałam się na historię sztuki. Jestem czasami niezwykle roztargniona – co na pewno odziedziczyłam po mamie. I przez to wysłałam na uniwersytet kopię egzaminu dojrzałości zamiast oryginału. Efekt – nie mogli mnie wtedy przyjąć na studia. Zdecydowałam się więc bardzo szybko na anglistykę. Zapragnęłam perfekcyjnie nauczyć się tego języka, co – dopiero po latach – okazało się przydatne. Dzisiaj śpiewam dużo po angielsku.

Ewa: Ty dokładnie podążasz moją drogą. Kiedy byłam po maturze, też bardzo długo nie potrafiłam zdecydować się, jaki kierunek studiów wybrać. Kiedy za czwartym razem nie dostałam się na aktorstwo, poszłam na pedagogikę. Podobnie jest u ciebie. Nie od razu stanęłaś na scenie z mikrofonem. Były rozterki, potem ta anglistyka, dzięki której odkryłaś, że chcesz śpiewać w tym języku. Wszystko jest po coś.

Twój tata mieszka w Gdyni, a wy dwie w Warszawie. Niełatwy układ.

Gosia: Jesteśmy rodziną, ale każde z nas mieszka osobno. Chyba wszystkim jest tak dobrze. To mi nigdy nie przeszkadzało. Powtarzałam rodzicom: „Wy mnie w ogóle nie mieszajcie w swoje sprawy. Rozwiążcie wszystko, jak chcecie”. Nie mam z tym najmniejszego problemu.

Ewa: Gosia ma w sobie dojrzałość. Żałuję, że przez wiele lat moja córka nie miała takiego pełnego domu. Że decyzja o przeprowadzce przecięła, dość brutalnie, pewną historię. Być może jej choroba wynikała także z tej nagłej i niechcianej przez nią zmiany. Na szczęście było też 17 wspaniałych lat w Gdyni, w której miałaś cudowne dzieciństwo.

Gosia: Mnóstwo kolegów i koleżanek w pobliskich domach.

Ewa: Mieszkaliśmy na małej ulicy, na której wszyscy się znali. Wspólne przyjęcia w ogrodzie, ogniska, wakacje, wyjazdy na narty. W naszym domu ciągle coś się działo: goście, moi koledzy z Teatru Wybrzeże w Gdańsku, reżyserzy, przyjaciele, imprezy do białego rana na tarasie. Nawet próbowałam wtedy coś ugotować, ale na ogół kończyło się na podawaniu zakąsek. (śmiech) I w pewnej chwili nasz świat radykalnie się zmienił. Na własne życzenie.

 

Rozmawialiście kiedyś o tym, żeby Twój mąż do was dołączył i zamieszkał w warszawie?

Gosia: Ja nie brałam udziału w takich dyskusjach.

Ewa: Kiedy przyjechałam tutaj z Gosią, to mąż intensywnie pracował i generalnie nie mógł się ruszyć z Wybrzeża. Jest inżynierem budowy okrętów. Stoczni nie dało się przenieść do Warszawy. Również sporo wyjeżdżał, bo miał szerokie kontakty za granicą, gdzie również nadzorował budowy okrętów. Odkąd pamiętam, to dużo zawodowo podróżował. Nawet tuż po narodzinach Gosi wyjechał do Bułgarii, gdzie miał kilkuletni kontrakt. Pojechałyśmy do niego, bo wtedy jeszcze wydawało mi się, że mogę być taką  żoną przy mężu. Ale film się o mnie upomniał. Dostałam propozycję od Romana Załuskiego, by zagrać w „Głodzie serca ” i postanowiłam wrócić do zawodu. Wtedy mój świat się przewartościował. Wiedziałam, że nie chcę zajmować się tylko sprawami mojego męża – towarzyszyć mu podczas służbowych kolacji, prasować koszule, prowadzić dom czy wychowywać dziecko.

Jaka jest dzisiaj Twoja relacja z ojcem?

Gosia: Tata jest indywidualistą. Tak jak ja i mama. Każde z nas potrafi bronić swojego terytorium oraz idei. Rozumiem to, szanuję, bo sama taka jestem. A moja relacja z tatą? Jest dobra.

Czy taka, jakiej potrzebujesz?

Gosia: Myślę, że innej nie da się zbudować. Dlatego uważam, że jest w porządku.

A  może Twój mąż przyjedzie do warszawy, kiedy rodzina się powiększy. Babcia Ewa z dziadkiem Jerzym.

Ewa: Życie jest nieprzewidywalne i to w nim kocham. Niech będzie i babcia Ewa. Już wyobraziłam sobie takie ładne zdjęcie w ramce: babcia Kasprzyk trzyma na rękach dwoje… Mulatków. Obok siedzi Jurek.

Gosia:  „Odpłynęłaś”, mamo… Nie jestem jeszcze na tym etapie, ale pomarzyć sobie możesz. 

Ewa: Małgosiu, widzę siebie zajmującą się twoimi dziećmi. Tylko nie jestem pewna, czy od razu dwójką. Szkoda, że sama nie masz brata ani siostry. Ale tak się jakoś ułożyło, a czasu cofnąć się nie da.

Ewo, niedawno wygrałaś proces o naruszenie dóbr osobistych — nie tylko Twoich, ale i Twojej rodziny — przez jedno z wydawnictw. Ty, która należysz do najbardziej tolerancyjnych wobec tego, co piszą o Tobie, idziesz na wojnę z mediami?

Ewa: To nie jest wojna ze wszystkimi mediami. Po prostu uznałam, że takie pomówienia, jakich ja doświadczyłam, nie mogą pozostać bezkarne. Zostałam do tego zmuszona, bo liczba nieprawdziwych informacji, naruszających nie tylko moje dobre imię, ale dotykających bliskie mi osoby, bardzo mnie poruszyła. Nie mogłam pozostać bierna wobec doniesień, jakoby mój mąż potwierdził nasz rozwód, zostałam ambasadorką nowo powstającej kliniki chirurgii plastycznej, wyrzucono mnie z teatru oraz – co najlepsze! – powiększyłam sobie punkt G. Zrozumiałam, że bez sądowego rozstrzygnięcia się nie obejdzie. Jeśli chcę opowiedzieć o sobie publicznie, to na zasadach, które sama akceptuję. Pozwoliła mi na to chociażby książka „Mił.ość” czy autoryzowane wywiady. Nie chciałabym, aby ktoś cierpiał, dlatego, bo inni bezkarnie piszą o mnie nieprawdziwe i niesprawdzone rzeczy.

Od kilku lat uprawiacie boks.  stanęłyście kiedyś na ringu przeciwko sobie?

Ewa: Tak, i wtedy Gośka mi po raz pierwszy porządnie przyłożyła. Aż krzyknęłam z bólu: „Jak możesz?! Jesteś moją córką!”

Gosia: Nie przesadzaj. Ciebie wystarczy mocniej dotknąć i afera gotowa.

Kiedy nie grasz w teatrze, to lubisz sobie pograć też w życiu. (śmiech)

Ewa: Teraz już wiesz, dlaczego bokserskie rękawice leżą w moim mieszkaniu zawsze pod ręką