Boska Ewa”, „nigdy nie była taka piękna”, „cóż za wspaniała metamorfoza!” – to tylko próbka zachwytów, które można ostatnio przeczytać na Twój temat. Kobiety zazwyczaj się zmieniają dla mężczyzny. Co kryje się za Twoją przemianą?

Jeśli góry to rodzaj męski... Tak naprawdę moja dobra forma, którą się tak wszyscy zachwycają, nie jest ani dla mężczyzny, ani dla nowego show Polsatu „Top Chef ”, ani też dla podkreślenia urody, tylko dla gór. Na wrzesień planowałam wyprawę na Ararat i Demawend. Pierwszy z tych szczytów jest w Turcji, drugi w Iranie. Góry są moją pasją i od dawna dużo trenuję, żeby się wspinać. W ubiegłym roku zdobyłam Kilimandżaro, wcześniej górę Kenię, w czerwcu tego roku Elbrus na Kaukazie. A potem przyszła propozycja z „Top Chefa”. I tak forma, nad którą pracowałam do wyprawy, zaprocentowała w telewizji.

A ten błysk w oku? Nowa fryzura, nowa energia? To wszystko dla gór?

Raczej od gór. One dają dużo energii.

Dotąd to Ty byłaś oceniana – jako kandydatka na miss piękności, rzeczniczka rządu czy prezenterka. Teraz sama oceniasz innych. Dobrze się czujesz w tej roli?

Wykorzystuję wiedzę i umiejętności związane ze sztuką kulinarną, które rozwijałam przez ostatnich kilkadziesiąt lat...

Kilkadziesiąt? Proszę Cię...

No to policz: pierwszy zeszyt kulinarny założyłam, gdy miałam 11 lat. Pokazywałam go nawet w jednym ze swoich programów. Zapisywałam w nim przepisy i różne pomysły. Produkując przez 10 lat program „Podróże kulinarne Roberta Makłowicza”, kulinarnie przemierzyłam kulę ziemską. Od sześciu lat robię swój autorski program „Ewa gotuje”. To niezłe doświadczenie – kilkaset potraw zaprezentowanych na ekranie plus cztery własne książki kucharskie. Rola jurora, ocenianie to oczywiście trudne. W tym programie mamy do czynienia z szefami kuchni, którzy w dodatku muszą przestrzegać pewnych zasad. Ale oceniam tylko w programie, choć często jestem pytana, czy moi przyjaciele nie boją się dla mnie gotować.

I nie boją się?

Ależ skąd! Uwielbiam, jak się dla mnie gotuje. Z przyjemnością wszystko zjadam. Nie oceniam, gdy jestem gościem, bo to zupełnie inna sytuacja. Uwielbiam chodzić do Mateusza, Wojtka czy innych gotujących znajomych. W kuchni są rewelacyjni!

James Joyce mawiał, że Pan Bóg stworzył jedzenie, a diabeł kucharzy.

Diabeł? Powiedziałabym, że raczej anioł. James Joyce widocznie trafiał na złych kucharzy.

Albo na wybitnych, którzy sprawiają, że jemy bez umiaru. Prosta droga do grzechu obżarstwa. A potem szukamy diety cud, która – jak wiadomo – nie istnieje.

Jak mało kto wiem, jak w tym zawodzie trudno utrzymać sylwetkę. (śmiech) W „Ewa gotuje” jest konkurs dla widzów na najlepszy przepis. Wybrany przeze mnie prezentuję potem na antenie, ale zawsze wcześniej go sprawdzam. Słynę z tego, że moje przepisy zawsze się udają – to moja marka. W związku z tym muszę wszystkiego spróbować... Ratują mnie góry i treningi. Ale nie zaklinajmy rzeczywistości, że wszyscy mają być w rozmiarze 38. To bezsens.

Śnią Ci się czasem potrawy?

Oj, tak! Nawet ostatnio! Postanowiłam przetestować przepis na ciasto ucierane z zatapianymi w nim gruszkami, z ogonkami do góry. Włożyłam je do piekarnika, poszłam spać i ono mi się przyśniło. Ten sen zesłał chyba anioł opatrzności. Obudził mnie. Rano zrobiłaby to zapewne straż pożarna.

Ciasto było do wyrzucenia?

Nie, dało się zjeść. Tylko się mocno przyrumieniło. (śmiech)

Za bardziej zmysłowe uważa się kobiety, ale szefowie kuchni to na ogół mężczyźni. Takie też są proporcje uczestników w programie: na czternaście osób tylko trzy kobiety. Również wśród czwórki jurorów jesteś jedyną kobietą. Z czego to wynika?

A czemu w kopalni nie ma kobiet?

Bo praca w kopalni wymaga tężyzny fizycznej. Chociaż myślałam, że szef kuchni tylko zarządza, nie musi dźwigać kotłów z jedzeniem. Byłaś kiedyś w restauracyjnej kuchni?

To ciężka fizyczna praca, w dodatku wykonywana w niewdzięcznych godzinach. Najbardziej intensywna od popołudnia do późna w nocy, bo wtedy restauracje wydają najwięcej posiłków. Która kobieta mająca dzieci, dom będzie tak pracowała? To kwestia wyboru. Na świecie są przecież kobiety prowadzące restauracje, które mają gwiazdki Michelina.

A już chciałam walczyć o gastronomiczne parytety...

Najlepszym parytetem jest smak, który dostajemy na talerzu. Mnie nie interesuje, czy to dzieło mężczyzny, czy kobiety. Od szefa kuchni oczekuję kreatywności, ciekawej kompozycji smaków, chcę, żeby mnie czymś zaskoczył. Staram się sprawiedliwie oceniać uczestników, nie preferuję mężczyzn. To dobrze, że w jury jest nas czworo. Po spróbowaniu potrawy dyskutujemy, omawiamy ją. Jeśli scenariusz przewiduje, że nie jesteśmy razem z zawodnikami, obserwujemy ich poczynania na monitorze. Oceniamy ich stanowisko pracy, zachowanie.

Tymczasem największy rozgłos w tego typu programach zdobywają nie zawodnicy, lecz jurorzy.

Dla mnie najważniejsi są uczestnicy. Skupiamy się na tym, aby wybrać „top chefa”, osobę, która będzie godnie nosiła ten tytuł. Mechanizm sławy jurorów jest prosty: w każdym reality show podczas kolejnych edycji zawodnicy się zmieniają, a jurorzy wciąż trwają na swoich pozycjach. I to z nimi widz zaczyna kojarzyć program, identyfikować się, lubić ich albo nie. A wtedy jurorzy zaczynają być...

...celebrytami, w ślad za którymi podążają paparazzi.

Na szczęście mieszkam w Krakowie, z daleka od paparazzi.

Ale plotkarskie gazety wszędzie dotrą. Niebawem będziesz bohaterką najróżniejszych plotkarskich portali. Nie obawiasz się tego?

Z plotkami też można sobie poradzić.

Jak?

Nie komentując ich. Jeżeli zaczynam rozmawiać na temat plotki, dodaję jej tempa. Plotka niepodtrzymywana szybko usycha.

No tak, pamiętam, że nie zaprzeczałaś ani nie potwierdzałaś, gdy łączono Cię z prezesem Polsatu. Wystarczyło, że pokazał się na bankiecie z inną kobietą, i plotki ucichły.

Nie ma sensu zaprzeczać, ponieważ im bardziej zaprzeczam, tym bardziej ci, co „wiedzą”, są przekonani, że „coś w tym musi być”. Do plotek trzeba się uśmiechać i puszczać je mimo uszu. Jak się ma wokół siebie dobrych, życzliwych i szczerych ludzi – tak jak ja mam prawdziwych przyjaciół, osoby mi bliskie i kochane, oraz rodzinę – takie rzeczy cię nie dotykają. Jeżeli moi najbliżsi znają prawdę, nie obchodzi mnie opinia innych, na którą nie mam wpływu. Jak ktoś sobie coś ubzdura na mój temat i będzie chciał w to wierzyć, niech wierzy. Jego sprawa.

 

Czy sukces przysparza przyjaciół?

Nie masz pojęcia, jak bardzo po „Top Chefie” rozdzwonił się mój telefon! (śmiech) A ile zaproszeń dostaję na różne bankiety! Mam stałą grupę przyjaciół i oni są dla mnie najważniejsi.

Zmieniasz swoje życiowe role: a to miss Polonia, a to rzeczniczka rządu, producentka telewizyjna, prezenterka, autorka programów telewizyjnych i książek kucharskich, globtroterka – długo by wymieniać. Słowem, kobieta sukcesu. Co Cię tak pcha do przodu? Ambicja, pragnienie sławy, pieniądze?

Ciekawość życia. Kocham życie i jestem go ogromnie ciekawa. Kiedy wychodzę w góry, to nie po to, żeby zdobyć popularność. Kto wiedział, że zdobyłam Kilimandżaro czy Elbrus? Teraz się o tym wszyscy rozpisują, i to wyłącznie dlatego, że zostałam jurorką „Top Chefa”. To, co robię w górach, robię dla siebie, chcę przeżyć coś cudownego. Ci, którzy mają jakąś pasję, zrozumieją, o czym mówię. U mnie to wypływa z serca. Satysfakcja z wejścia na Elbrus daje siłę i energię, sprawia, że jestem szczęśliwa. Stymuluje mnie, pomaga w codziennym życiu.

Rok temu rozmawiałyśmy o Twoich planach wejścia na Mont Blanc. Wkrótce potem zginęła tam moja znajoma ze swoim chłopakiem. Ale zanim się dowiedziałam, że to oni, pomyślałam o Tobie. Zadzwoniłam wtedy do Ciebie. Byłaś w Krakowie.

Wiele osób się wówczas do mnie odezwało, myśleli, że tam byłam. I byłam, jednak ze względu na złą pogodę zawróciłam. Moje wyprawy bywają ekstremalne, ale zawsze chodzę w góry z zawodowymi przewodnikami. Wtedy wyszliśmy w stronę Mont Blanc, dotarliśmy do schroniska i zanocowaliśmy. Rano chcieliśmy wyruszyć w stronę szczytu, ale spadł metr świeżego śniegu i mój przewodnik Marcin Kacperek zdecydował, że mamy się wycofać, bo nie damy rady. Ja na to: „Jak to?! Ja nie dam rady?! Ja?!”. A on: „To nie jest kwestia tego, czy dasz radę, czy nie. Jest lawiniasto. Zawracamy!”. Już dwukrotnie pogoda przeszkodziła mi w zdobyciu Mont Blanc. Góry uczą pokory. Dobrze jest ten sport uprawiać z profesjonalistami, ludźmi zrzeszonymi w międzynarodowym stowarzyszeniu przewodników wysokogórskich, którzy znają się na swojej pracy, potrafią ocenić pogodę i umiejętności uczestników. Chociaż nikt cię na linie nie wciągnie na górę.

O co podejrzewają Cię fani. „Nawet jeśli zanieśli ją na Elbrus w lektyce, to przynajmniej 40-letnia kobieta nie zwisa z kanapy, pożerając chipsy i gapiąc się w telewizor” – napisał ktoś na Twoim fan page’u.

Nie czytałam tego, (śmiech) ale przyznasz, że napisał sympatycznie.

Bardzo. W ogóle nie widziałam zjadliwych uwag pod Twoim adresem, co w czasach panoszącego się hejterstwa jest zadziwiające. Ludzie Cię zwyczajnie lubią.

Zdarzają się hejterzy. Na szczęście na moim fan page’u zgromadziło się mocne grono fantastycznych, pozytywnych i życzliwych mi osób. To miłe.

Jak Ola, Twoja córka, reaguje na te górskie eskapady? Nie boi się o mamę?

Trzy lata temu dostałam od niej prze-piękną książkę o górach z wpisem: „Mamusiu, pamiętaj: góra jest dopiero wtedy przez Ciebie zdobyta, kiedy Ty szczęśliwie do mnie, do domu powrócisz”. I to jest motto moich wypraw. Sfotografowałam je i noszę ze sobą.

A jednak ryzykujesz życie!

Zanim urodziłam Olę, brałam udział w rajdach samochodowych i to było dość ryzykowne. Gdy Ola podrosła, wróciłam do swoich pasji, ale ryzykanctwo wykreśliłam z życiorysu.

Kto się zajmuje Olą podczas Twoich podróży?

Pani Ania, przyszywana ciocia, która od 12 lat jest dla nas jak rodzina. Ale Ola ze mną również dużo podróżuje, nawet się razem wspinamy. Lubi też pomagać w nagrywaniu programu „Ewa gotuje”, który kręcimy w naszym domu. Przychodzi ze szkoły, trzyma klaps, jest zaangażowana. Muszę siebie pilnować, żeby jej nie rozpieszczać. Ale ona ma zdecydowany charakter. Kiedy ma do wyboru atrakcyjne zagraniczne wakacje ze mną i obóz harcerski pod namiotami, potrafi wybrać obóz. Jestem z niej dumna.

Życie sprawia niespodzianki. Czasem miłe, czasem przykre. Odnoszę wrażenie, że tych przyjemnych miałaś znacznie więcej. Nikomu nieznana dziewczyna ze wsi Klęczany dostaje tytuł Miss Polonia, potem Wicemiss Świata. Jakby tego było mało, pstryk, do akademika dzwoni premier Pawlak i proponuje posadę rzeczniczki rządu... Świetny materiał na scenariusz filmu, tylko że nikt by w niego nie uwierzył...

A ja nie wierząc, że to możliwe, rzuciłam słuchawką. (śmiech) Dobrze wspominam premiera, a tamten okres – ja-ko jeden z piękniejszych w życiu. Byłam młoda, miałam tylko 23 lata. W tym wieku ma się wielką wolę walki. Wydaje się, że się zmieni świat. Czas spędzony u boku premiera w roli jego sekretarza prasowego był dla mnie uniwersytetem życia. Dzięki temu, że byłam związana z mediami, mogłam później zostać producentką telewizyjną. A media bardzo mnie interesowały. Jeszcze przed pracą w rządzie prowadziłam w Polsacie niedzielne studio. A kiedy poznałam Ninę Terentiew, mogłam jej osobiście przedstawić propozycję „Podróży kulinarnych...”.

Kontrakty i kontakty... To Ci dała polityka? Przyznasz, że to brzmi podejrzanie.

Nie. Miałam po prostu dobry pomysł. Kuchnia była moją pasją, studiowałam technologię żywności. Gdyby program się nie spodobał, nie pomogłyby mi żadne kontakty. Liczy się oglądalność, a moje programy mają wierną widownię od sześciu lat.

A wiesz, że wciąż się o Tobie mówi: „Ta miss od Pawlaka”?

Śmieję się, że cokolwiek bym w życiu zrobiła, miejsce w encyklopedii już mam zapewnione za powiedzenie: „Premierowi się nie odmawia”. Tytuł miss też dostałam chyba dożywotnio. (śmiech)

Jak taka młoda, pełna dobrej wiary osoba radziła sobie z cynizmem polityków?

To były inne czasy. Teraz mogę podać liczne przykłady cynizmu, ale na początku lat 90. w polityce doszło do głosu młode pokolenie, które chciało zmiany – odcięcia się od komuny i budowania demokratycznej Polski. Miałam szczęście zetknąć się z wielkimi tego świata: Lechem Wałęsą, Tadeuszem Mazowieckim, Jackiem Kuroniem. Poznałam ludzi, którzy mieli poczucie misji i wierzyli, że coś zmienią. A jednak kontakt z polityką sprawił, że zaczęto mnie postrzegać inaczej. To był dla mnie szok. Jako miss Polonia zderzyłam się z popularnością, ale życzliwą. Mówiono o mnie: „Nasza miss”. A po objęciu funkcji sekretarza prasowego nagle pojawiło się wokół mnie mnóstwo wrogów. A przecież się nie zmieniłam. Nie należałam i nie należę do żadnej partii. Cały czas byłam tą samą Ewą Wachowicz, jaką wychowali rodzice. Myślałam: „Przecież nikomu nie robię nic złego”. Ale pojawiała się agresja.

Dodatkowo musiałaś walczyć ze stereotypem głupiej blondynki. Pamiętam te seksistowskie dowcipy o numerze telefonu rzeczniczki: „90/60/90”.

Ze stereotypem walczę cały czas. Jeszcze nie zdążyłam nic zrobić, a już były żarty i nieprzychylne komentarze. Wtedy najbardziej pomogli mi rodzice i przyjaciele.

Bo przecież miss piękności powinna się zajmować modelingiem i prezentować wdzięki w „Playboyu” , a nie pracować w rządzie.

Tak by się mogło wydawać. Są dziewczyny, dla których taka droga jest celem. Moim nie była. Ucieszyłam się z tytułu Miss Polonia, bo otworzył przede mną świat. Byłam zapraszana na wybory do Korei Południowej, Afryki, Londynu, reprezentowałam Polskę na targach w Berlinie, pojechałam do Francji... Spełnienie marzeń. I to mnie interesowało, a nie pokazy mody. Jako modelka wystąpiłam raz czy dwa. Przekonałam się, że to nie jest mój świat.

Ale nie zawsze wszystko szło jak z płatka. Nagrody pieniężne, które dostałaś wraz z tytułami miss, zainwestowałaś w pewną spółkę i wszystko straciłaś.

Tak się zdarza. Zostałam oszukana... Trudne sytuacje są dla mnie zawsze nauką. Bo nie sukcesy nas uczą, tylko potknięcia i błędy. Dziecko nie zrozumie, że ogień parzy, dopóki go nie dotknie. Tak samo jest z porażkami. Już wiem, że pewnych rzeczy lepiej nie dotykać lub nie robić samemu. Trzeba pytać tych, którzy się na tym znają. Jeżeli chcemy inwestować na giełdzie, szukajmy dobrego doradcy. Przegrywać też trzeba umieć. Z Olą gram w gry planszowe, żeby się tej sztuki nauczyła.

 

Kiedyś powiedziałaś, że masz charakter hazardzistki. Hazard to kasyna i wyścigi konne. Bywasz tam czasami?

Wolę sporty ekstremalne: prócz wspinaczki narciarstwo poza trasami oraz skiturowe, czyli podchodzenie na nartach na nieprzejezdne trasy i zjeżdżanie. Uważam, że ryzyko w życiu jest nieodzowne. Ryzyko w życiu, ale nie ryzykowanie życia! Ono nadaje smak codzienności! Można się oczywiście osłonić, schować, ale wtedy życie jest byle jakie... W naszych głowach wciąż jeszcze pokutuje komunizm, to, że wszystko musi być zabezpieczone. Lepiej niech będzie mniej, ale na pewno. A może być i więcej, i lepiej. Są emocje, coś się dzieje. Po to są te moje góry. Ryzyko daje adrenalinę.

Giełda też. Lokujesz tam jeszcze oszczędności?

Niewielkie sumy – takie, które bez uszczerbku dla moich finansów i firm mogę stracić – na rynkach wschodzących i zagranicznych. Przede wszystkim jednak inwestuję w moje firmy. Jestem producentem telewizyjnym, mam pięć własnych kamer. Teraz poszerzyłam działalność o studio – kupiłam dwa stoły montażowe oraz lokal, który remontuję. Moi współpracownicy mówią, że jestem taka Zosia samosia, wszystko lubię robić sama. Założyłam wydawnictwo i wydaję swoje książki kucharskie. W ciągu roku sprzedałam prawie 100 tysięcy egzemplarzy. Poza tym zostałam wspólniczką firmy medycznej Nova Clinic należącej do mojej przyjaciółki. Klinika zajmuje się przede wszystkim leczeniem boreliozy, leczeniem za pomocą komórek macierzystych i ozonoterapią. Pochwalę się też, że właśnie odpalam moją nową stronę internetową, która będzie dostępna również na smartfonach i tabletach. Pracujemy nad nią od ośmiu miesięcy.

Kobieta sukcesu! Spełniona?

Oczywiście!

Jesteś szczęściarą?

Na pewno. Artur, mój brat, twierdzi, że nie dość, że nią jestem, to jeszcze tak mocno w to moje szczęście wierzę, iż je generuję. Może to kwestia genów, charakteru i wychowania?

Szkołę życia rozpoczęłaś jeszcze w czasach szkolnych, gdy w dni targowe na rynku w Gorlicach handlowałaś tym, co tata przygotował: ziemniakami, kwiatami, czereśniami...

Bardzo dobra szkoła. To, kim jestem, zawdzięczam rodzicom. I nie tylko wychowaniu, ale w ogóle wsparciu, jakie cały czas od nich dostaję. Rodzice uświadamiali mi, że zmiany nie są niczym złym. Motywują nas do rozwoju i działania. Była koniunktura na rzepak, mieliśmy całe pola rzepaku. Zaczęła się zmieniać, rodzice założyli specjalistyczne gospodarstwo mleczne. Załamała się gospodarka na rynku rolnym, tata, który zawsze interesował się stolarką, założył warsztat. Tłumaczył mi, że trzeba umieć być elastycznym. A nie, że coś wymyślamy raz na całe życie i tego się trzymamy. Do tej pory zwracam się do nich ze wszystkimi sprawami, a oni mówią: „Pamiętaj, to twoje życie i ty podejmujesz decyzje”. Ich akceptacja daje mi wielkie poczucie bezpieczeństwa.

Rodzice robią teraz coś nowego?

Tak, genialną rzecz: chodzą na obiady do restauracji! Spotykają tam znajomych, rozmawiają. To mój pomysł, a dla nich rewolucja, jak lot na Księżyc. Tata jest po osiemdziesiątce, mama skończyła 70 lat. Mieszkają w pięknym miejscu, na wsi. Jeździmy tam z Olą na niedzielne obiady i wakacje. Na wsi żyje się inaczej niż w Krakowie. Chciałam, by Ola tę różnicę czuła.

Jak sobie radzisz w trudnych sytuacjach? Bo przecież i takich doświadczyłaś, choćby rozwód...

Mam duże wsparcie w rodzinie i mam przyjaciół. Na pewno też pomaga mi pogoda ducha. Dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pełna. Dużo czytam z zakresu nowej psychologii, interesuję się religiami świata, filozofią. Niczego nie robię na siłę. Jak się przydarza coś trudnego, szukam odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się dzieje, staram się wyciągnąć wnioski.

Co na przykład?

Moje zawodowe rozstanie z Robertem Makłowiczem.

Bardzo lubiłam Wasze „Podróże kulinarne z Robertem Makłowiczem”.

Odejście Roberta to jedno z moich trudniejszych przeżyć... Po 10 latach fantastycznej pracy powiedział, że teraz ten program chce robić sam. Nic, tylko siąść i płakać. A ja pomyślałam: „Przecież to się dzieje po coś”. Wszystkie trudne rzeczy mają głęboki sens. Musiał odejść ode mnie Robert, żebym sama stanęła przed kamerą. Inaczej nie powstałby program „Ewa gotuje” ani moje książki. Nie skompletowałabym tak fantastycznej ekipy filmowej, z którą teraz pracuję. Trudne sytuacje bardzo mobilizują i pobudzają kreatywność.

A co z miłością? Twój ideał mężczyzny to – jak wiem – George Clooney: przystojny, inteligentny i męski. Można w ogóle takiego spotkać?

Łatwo nie jest. (śmiech) Ostatnio rozszerzyłam definicję idealnego faceta: przystojny jak Clooney, dowcipny jak Piotrek Bałtroczyk, umięśniony jak Mariusz Pudzianowski, inteligentny jak Janusz Głowacki i tak cudowny do przytulania jak mój kot Stefan.

No to się o Ciebie martwię. Już Clooney był wyzwaniem, a co dopiero taki miks!

Niestety, u współczesnych mężczyzn często za atrakcyjną fizycznością nic się nie kryje. Najczęściej mamy do czynienia z tworem pośrednim pomiędzy kobietą a mężczyzną. Ale czy to jeszcze mężczyzna? Ja w mężczyźnie chcę widzieć mężczyznę. Nie chcę, by się rozczulał i był tak emocjonalny, jak ja. Szukam w nim męskiego pierwiastka. Teraz panuje moda na mężczyznę metroseksualnego, a nie na mężczyznę z testosteronem. James Bond ze szramą na policzku i lekkim zarostem nie jest wyrzeźbiony na siłowni i nie ma wygolonej klaty. Tęsknię za takim mężczyzną, bo tylko w jego towarzystwie można się czuć prawdziwą kobietą. Nie ma kogoś takiego. Jest za to wymuskany facet z cerą gładszą od mojej i nogami bardziej wydepilowanymi niż moje.

A do tego on ma przepuszczać kobietę pierwszą w drzwiach, otwierać przed nią drzwiczki w samochodzie i tak dalej. Niby nic takiego, a jednak...

Chyba jestem konserwatywna, o Boże! (śmiech) Zmienia się świat damsko-męski w sposób, który nam, kobietom, mimo że same walczyłyśmy o równo-uprawnienie, nie wychodzi na dobre. Dawniej rodziny były wielopokoleniowe, dzieci wychowywali dziadkowie. Teraz młodzi ludzie emigrują za pracą albo pracują od rana do nocy, nie mają czasu na dzieci, na rodzinę... Równouprawnienie i pęd do kariery, przekonanie, że świat do nas należy i musimy być samodzielne, jest OK, tylko czy przypadkiem nie gubimy po drodze czegoś cenniejszego?

Jaki będzie Twój następny krok? Może zostaniesz restauratorką?

Prowadzę największą restaurację w Polsce, co tydzień zapraszam do mojego stołu tysiące widzów Polsatu. To żarty, ale dopóki zajmuję się produkcją programów telewizyjnych i pisaniem książek, nie myślę o innych zajęciach. Nie da się czterech srok chwycić za ogon. Poza tym cenię swój czas – chcę go mieć na weekendy spędzane w Tatrach z córką, spotkania z przyjaciółmi, na lektury. A restauracja oznacza pracę 24 godziny na dobę, więc niech poczeka. W kolejce jest też film według scenariusza mojej przyjaciółki Ewy Mleczko, na który wciąż brakuje nam pieniędzy. Mam też plany wspinaczkowe. Jak wszystko dobrze pójdzie, na moje urodziny w październiku pojadę zdobywać greckie Meteory. Co później, zobaczymy. Może Ameryka Południowa na początku przyszłego roku.

A co z tym Clooneyem? Przyznaj się, spotkałaś go czy nie?

Jak wygram w totolotka, dam mu zagrać w moim filmie. (śmiech)