Zastaję Cię w pędzie między Karpaczem, gdzie próbowaliście w ostatnim tygodniu przed premierą, a Londynem. To dosyć dziwny szpagat...

Dziwny. A próbowałaś tak kiedyś?

Nie!

A ja tak! (śmiech) Właśnie ruszamy w świat z nowym spektaklem „Kochanie na kredyt”, napisanym przez Marcina Szczygielskiego, a reżyserowanym przez Olafa Lubaszenkę. Stwierdziliśmy, że trzeba zaryzykować i pokazać to tak-że zagranicznej publiczności.

Przyznaj się, jesteś sparaliżowany strachem, jak spektakl zostanie przyjęty w Londynie?!

Nie! Ja się nie boję! Stresowałem się przed premierami osiem lat temu, kiedy dopiero zaczynałem swoją aktorską drogę, ale teraz już się tym tak nie przejmuję. Po prostu godzę się, że stres jest. I zawsze będzie istniał. Trzeba go zaakceptować. I wiedzieć, że potrafi płatać niezłe figle. Czasem jest bardzo mobilizujący, czasem wręcz przeciwnie – rozwala na łopatki. Ale to właśnie stres sprawia, że zawsze tak poważnie podchodzę do swojej roboty, zakładam, że technicznie wszystko musi być wykonane na 5+ lub 6+. Gdyby, nie daj Boże, coś się posypało, zawsze mam plan awaryjny.

W prywatnym życiu też masz plany awaryjne?

(śmiech) No tu już taki zorganizowany nie jestem... Ostatnio i w życiu prywatnym, i w zawodowym to moje dawne „boję się” przekuwam na ciekawość. Możliwą porażkę traktuję nie jako trudne doświadczenie, tylko jako ciekawe doświadczenie.

Starasz się być przygotowany na każdą okoliczność, a przecież aktor musi improwizować. Pozwalasz sobie na improwizację w życiu? Na luz?

Oczywiście. Najlepiej improwizować, gdy jest się świetnie przygotowanym. (śmiech) W życiu też.

W tym spektaklu masz partnerów świetnie przygotowanych do improwizacji: grają z Tobą m.in. Bartek Kasprzykowski i Tamara Arciuch.

Mam absolutnie rewelacyjnych partnerów! Tak bardzo improwizowaliśmy, że przez nich zgotowałem się na pokazie przedpremierowym. Udało się tego dokonać Bartkowi Kasprzykowskiemu. Dla niego to było idealne, bo on właśnie schodził ze sceny. A ja zostałem, i uuu... (śmiech)

Jak to? Zgotowałeś się? Z Twoim teatralnym doświadczeniem?! Miałeś przecież 19 lat, gdy pierwszy raz stanąłeś na scenie. To była sztuka „Zabicie ciotki” według Bursy.

Tak, i dodatkowym utrudnieniem było to, że wszyscy aktorzy byli profesjonalistami z teatru Wybrzeże. Tylko ja i moja koleżanka z zespołu „Wybrzeżak” byliśmy naturszczykami. To był fajny, chociaż trudny spektakl.

I pewnie wtedy zdecydowałeś, że zostaniesz aktorem?

O tym, że zostanę aktorem, zdecydowałem dokładnie w tym samym momencie, w którym zdałem do technikum budowlanego. Bardzo szybko przeniosłem się do liceum, a potem poszedłem do szkoły aktorskiej.

Radykalny ruch. Jak ten, który zdarza się w sztuce „Kochanie na kredyt”. Nie chcę zdradzać fabuły, ale to opowieść o tym, że gwiazda telewizji Anna Pudelska po wyrzuceniu z pracy nie może spłacić kredytu i nawiedza ją komornik – czyli Ty...

I niestety znam takie osoby, które nie radzą sobie z kredytem. Nie jest u nich tak wesoło jak w naszej sztuce.

A Ty masz kredyt?

Jasne. Jak większość ludzi z mojej branży.

I nękają Cię wizje, że przychodzi komornik?

Nie. Jak już powiedziałem, ja się nie boję. Nie mam złych snów ani w tej, ani w innej sprawie.

Sztuka nosi tytuł „Kochanie na kredyt”, więc jak jest z tym kredytem i kochaniem?

Tam gdzie zaczyna się kredyt, kończy się kochanie... Bywałem świadkiem takich sytuacji. Wraz z kredytem pojawia się pytanie, co dalej? Zaczynają się w życiu schody.

Ludzie muszą przestać bujać w obłokach i zejść na ziemię?

Tak. Wtedy często ulatnia się chemia między nimi. Akurat to nie mój problem, bo jestem singlem i spłacam kredyt sam. Ale i mnie nie jest przyjemnie, gdy pomyślę, ile lat to jeszcze potrwa. Ostatnio dowiedziałem się, że na Zachodzie wiele rodzin wynajmuje mieszkania przez całe życie. We Francji wielopokoleniowe rodziny wynajmują domy, ale nigdy ich nie kupują. Mogą żyć beztrosko. Nie są tak związani, zapętleni, jak my, Polacy.

Nie lubisz mieć zobowiązań?

A kto lubi? Tak naprawdę?

Rozumiem... nie lubisz zobowiązań i właśnie dlatego jesteś singlem?

Każdy sam sobie wybiera scenariusze na życie. Ale to temat na wywiad rzekę...

Jaki jest komornik, którego grasz? Bezwzględny? To sadysta w garniaku?

Absolutnie nie! On jest dość fajnym facetem. Wyobraź sobie: przychodzi do osoby, której ma zająć majątek, ale bardzo lubi jej programy telewizyjne. Okazuje się, że sporo ich łączy. Zarówno on, jak i Anna Pudelska uwielbiają gotować.

Romans się szykuje?

Coś w tym stylu... Odwleka czas spłaty. Natomiast ona chyba nie za bardzo ma ochotę odwdzięczyć mu się za ten gest.

Jakie są kobiety w tym spektaklu? Złe?

Takie złe nie. Są kolorowe. I to dosłownie. Każda scena zaczyna się od zmiany kostiumu. Agnieszka Sienkiewicz ma osiem albo dziewięć sukienek w jednym akcie. Widz zaczyna się domyślać, skąd się biorą te kredyty. Główna bohaterka musi się przebierać, co oznacza – kupować i wydawać pieniądze, których przecież od jakiegoś czasu już nie zarabia.

No tak, jesteśmy przede wszystkim społeczeństwem konsumentów.

Tak. Wszyscy jesteśmy nastawieni na konsumpcję. I do pewnego momentu nie ma w tym nic złego. Delektujemy się możliwościami, jakie daje nam świat. Pracujemy po to, by móc potem cieszyć się życiem. Ale kiedy to zaczyna przybierać formę choroby, robi się źle.

I ten spektakl jest przestrogą?

Tak, jest komedią, ale ma też pokazać zagrożenia współczesnego świata, w którym wszystko można kupić.

 

Filip, a Ty mógłbyś być komornikiem?

Nie. Ale w sumie mógłbym pozazdrościć komornikom, bo z tego, co wiem, oni sporo zarabiają. I na ogół nie potrzebują kredytów. (śmiech) Okazuje się też, że to nie są fajtłapowaci panowie w za dużych marynarkach i opadających spodniach. Kiedy przygotowywaliśmy kostiumy mojej postaci, ten kostium zmieniał się do ostatniej chwili. Bo okazało się, że komornicy są zwykle świetnie ubrani. (śmiech) Było to dla mnie niezłe wyzwanie, bo musiałem zmienić całą koncepcję roli. Ale udało się. Postać stała się sztywniejsza w mocno dopasowanym garniaku, ale dzięki temu zyskała inną siłę. I elegancję. Mimo to nie chciałbym być komornikiem. Myślę, że to niewdzięczna robota.

Oni to robią w imię sprawiedliwości. Czy Tobie odebrano coś ważnego, coś, w imię czego musiałeś walczyć?

Mam siostrę starszą o pięć lat i w pewnym wieku ostro walczyliśmy o wszystko. Absolutnie o wszystko. Ona ma zupełnie inny charakter niż ja – ma włoski temperament. Choć jestem spokojniejszy, walczyłem z nią o połowę czekolady, o przełączanie telewizora na ulubiony kanał, jak w każdym rodzeństwie.

Dzięki siostrze jesteś zaprawiony w bojach!

Tak. Umiem zawalczyć o swoje, choć teraz, kiedy jestem starszy, już wiem, że wiele rzeczy uzyskuje się nie „wojenkami”, lecz negocjacjami.

Nawet w takiej dżungli jak show-biznes?

Przede wszystkim tu. Są dwie drogi postępowania: jedna bardziej agresywna, ale ona mnie nie interesuje. A druga to uczciwa, konkretna praca bez udawania gwiazdy, bez zazdrości i skandali. Ja nie mam czasu, chęci ani energii, które mógłbym poświęcić, żeby toczyć jakieś wojny. Zasada, że nieważne co, byle o mnie gadali – to bzdura. Ja po prostu wyrastałem w zupełnie innej rzeczywistości. Kiedy szedłem do szkoły aktorskiej, nie było kolorowych tygodników, cały świat aktora wyglądał zupełnie inaczej. Ważny był przede wszystkim teatr. Kręcono niewiele seriali. W pewnym momencie skończyłem szkołę. Byłem młody, wierzyłem w idee. A tu okazało się, że wszystko wygląda zupełnie inaczej. Prawda okazała się bardzo bolesna. Byłem z pierwszego pokolenia, dla którego brakowało pracy. Musiałem na tę pracę trochę poczekać, albo wręcz o nią zawalczyć. Spędzałem dnie na wysyłaniu CV. Dla mnie dostanie się do teatru to było być albo nie być. I nagle zaczęły nas zasysać seriale. Pojawiły się nowe media, nowe formaty telewizyjne. Przeżyłem szok.

Co było takie szokujące?

To, że musiałem stać się jakimś multimedialnym centrum. Chodziłem do szkoły, uczyłem się zawodu aktora. A potem okazało się, że muszę znać się też na prawie prasowym, na prawie autorskim, na produkcji, na tym, jak funkcjonować medialnie. Wywiady, telewizje, nagle wszyscy mają twój numer telefonu, ciągle dzwonią i czegoś chcą, wiecznie o coś pytają. Jak sobie z tym poradzisz? Nikt cię na to nie przygotował, nie uprzedził. To nie było łatwe.

Ale sobie poradziłeś, bo odniosłeś sukces!

Zanim do tego doszło, czułem się bardzo niepewnie. Ciężko też zasuwałem. Dostałem angaż w teatrze w Poznaniu. Moim zdaniem to było najciekawsze teatralnie półtora roku w moim życiu, bardzo dużo się wtedy wydarzyło. Tam miało miejsce bardzo dla mnie istotne spotkanie z reżyserką Anną Augustynowicz. Przy niej mogłem sobie zawodowo wszystko poukładać w głowie.

To kosztowało sporo pracy. Nie zazdrościsz osobom, które są znane z tego, że są znane?

Kompletnie nie!

A może to dla Ciebie pewna niesprawiedliwość: mam zawód, umiejętności, zainwestowałem w siebie, a tu proszę – sławę zyskują inni...

Najwidoczniej ci „inni” też mają do czegoś talent, skoro osiągają sukcesy.

Jak Ty to robisz, Filip, że nie ma w Tobie zawiści, zazdrości?

Jestem z trochę innego pokolenia. Może to staroświeckie, ale ważne są dla mnie wartości, takie jak honor, duma. Warto czasem te ważne słowa odkurzać.

Kto był Twoim najważniejszym profesorem w szkole?

Wszyscy byli dla mnie istotni, choć każdy dawał mi coś zupełnie innego. Maja Komorowska pokazała mi, że człowiek potrafi pracować 24 godziny na dobę i w każdej minucie dawać z siebie 200 procent. To ona nauczyła mnie, żeby każdy dzień przeżywać tak, jakby był on tym ostatnim. To, że zwykle nie jestem zadowolony ze swojej pracy, też jest jej zasługą. Profesor Wiesław Komasa z kolei bardzo otwierał człowieka. Z nim mieliśmy dyplom, to była dla nas niesamowita praca. Bardzo intymna, bardzo wewnętrzna. Świętej pamięci profesor Kolberger też uczył nas „grzebania w sobie”, w swoich emocjach. On był niesamowicie spokojnym człowiekiem. I mistrzem oceny – podsumowywał pracę aktora trafnie i bezlitośnie, choć robił to z niezwykłym wdziękiem. Profesor Szczepkowska uczyła nas prozy. Nie zapomnę jej niesamowitych interpretacji. Wiele z tego, ile im zawdzięczam, uświadomiłem sobie dopiero po wyjściu ze szkoły. Pamiętam, że Wiesław Komasa często powtarzał, że słowa naszych profesorów będą do nas długo i często wracać. Że teraz słuchamy jednym uchem, ale zaraz to do nas wróci. Dwa lata po skończeniu akademii robię jakąś scenę, jestem z czegoś niezadowolony, mam wrażenie, że coś zrobiłem źle. I nagle wraca to, co powiedziała profesor Komorowska. Aha, więc o to jej chodziło... Do tej pory mnie to zaskakuje, że odkrywam kolejne sensy ich uwag dopiero teraz...

To byli prawdziwi mistrzowie?

Tak. Nauczyli mnie pokory. Ja cały czas uczę się tego zawodu. Z jednej strony gram w teatrze, a z drugiej muszę się odnaleźć, grając postać w serialu albo jeżdżąc ze spektaklem po Polsce.

A nie masz poczucia, że w tych serialach... zdradzasz trochę swoich profesorów?

Na początku zastanawiałem się, czy to jest dobra rzecz. Ale powiedzmy sobie szczerze – w pewnym momencie spotykasz niektórych profesorów na planie serialu. Poza tym jeżeli mógłbym utrzymać się z grania w teatrze, tobym robił tylko i wyłącznie to. Ale nie jestem w stanie. Kiedy pracowałem w Poznaniu, zdarzyło mi się zagrać miesięcznie około 20 spektakli. I dostawałem tak śmieszną wypłatę... Uprawiałem magiczny, fantastyczny zawód, każdego wieczoru byłem w teatrze. Rano próby, wieczorem próby, pomiędzy nimi nie opłacało mi się wracać do domu. Oczywiście to jest przyjemne, jesteś młody, masz na to siły. Ale co, jeśli nic się na tym nie zarabia? A czujesz, że już naprawdę nie wypada ci dzwonić do rodziców i prosić ich o pożyczkę...

...tymczasem w okolicach dziesiątego już nie masz kasy...

To jest po prostu słabe. I nagle pojawia się propozycja serialowa. Łamałem się... Długo się nad tym zastanawiałem, byłem wtedy w trakcie prób do spektaklu Anny Augustynowicz. Poszedłem do niej. Ona powiedziała: „Idź w to, zobacz, dokąd cię to zaprowadzi”.

Teraz chyba już nie mógłbyś tego rzucić i wrócić tylko do teatru?

Mógłbym. Kto powiedział, że jeszcze tego nie zrobię?

Do tej pory utożsamiano Cię z miłym, grzecznym chłopakiem. Teraz grasz dobrego komornika, ale nie ma co udawać – taka osoba kojarzy nam się z pewną bezwzględnością. Czy Ty masz w sobie tę cechę?

Znajomi czasem mi mówią, że w niektórych sytuacjach jestem zbyt bezwzględny... Nieraz ucinam pewne tematy, które mnie denerwują, mówiąc, że absolutnie nie ma dyskusji.

 

Jesteś w ciągłej podróży. W ilu światach naraz żyjesz?

W kilku. Na pewno jest moja rodzina – to pierwszy świat – Trójmiasto, rodzice, siostra, kot, pies i w ogóle szczęśliwa, wesoła chata. Drugi świat to praca. Podzieliłbym ją na mniej i bardziej hardcore’ową – lżejszą i cięższą. (śmiech) A trzeci to Warszawa. Muszę uczciwie powiedzieć, że jest ona dla mnie cały czas wielkim znakiem zapytania. Mieszkam tu znów już sześć lat. Mam swoje mieszkanie, mam przyjaciół, zupełnie dziwne, kosmiczne, wesołe życie. Warszawa to miejsce, które oderwało mnie od rodziców – tu była szkoła teatralna, tu się to wszystko zaczęło, absolutnie nowy świat.

Warszawa jest trudna?

Cholernie trudna. Niektórzy wskakują w to idealnie, zakładają jak nowy garnitur i świetnie się w tym czują. Ja nie. Kiedy jeszcze byłem studentem i wracałem na święta do domu pociągiem – który był tak napchany po brzegi, że stało się przy kiblu, trzymając dwie torby nad sobą – to wjeżdżałem do Gdańska i były to dla mnie momenty niesamowitego wzruszenia. Do tej pory tak mam, że nawet wyczuwam zapach morza, Gdańska. Wzruszam się, kiedy jadę samochodem do domu. Radio samo mi się nastraja na stację Kaszëbë, w której o dziwo puszczają genialną muzykę.

Jesteś Kaszubem?

Jestem ćwierć-Kaszubem. Cały czas mam poczucie, że to moje centrum, to główne miejsce, do któ rego już zawsze będę wracał, to właśnie Pomorze.

Tam cały czas jest Twój punkt odniesienia?

Tylko i wyłącznie. Ja wiele rzeczy tam zostawiłem. To w Gdańsku mam swoje biurko, którego nie chcę przewozić, chociaż przydałoby mi się w Warszawie. (śmiech)

Brzmi trochę, jakbyś wciąż nie chciał dojrzeć.

Może. W każdym razie zatrzymałem kawałek świata z dzieciństwa w stanie niezmienionym.

Rodzice są dla Ciebie wsparciem?

Dostałem od rodziców wspaniałą rzecz – poczucie bycia kochanym bez względu na wszystko. To mi daje teraz, w dorosłym życiu, ogromną siłę.

Wspominałeś, jak w budowaniu postaci ważny jest kostium. Ale czy nie czujesz się czasem w życiu niczym w przymałym garniturze?

Ograniczenie czyni mistrza. Jak już mówiłem, dostałem garnitur do roli komornika, który był troszeczkę za mały. I nagle mnie to usztywnia. Nie jestem już rozlazłym nieudacznikiem, lecz kimś, kto jest wyprostowany. Wkładam ręce do kieszeni i robię się pewny siebie. Absolutnie mnie to podkręciło! Powiem szczerze – tylko mi to na dobre wyszło. W życiu też tak często bywa.

Czyli pomyłka, która okazała się twórcza?

Dokładnie tak. W sztuce to chyba jest nieodzowne.

A co było pomyłką w Twoim życiu?

Gdy mam gorszy moment, to sobie myślę, że żałuję, że w ogóle zostałem aktorem. (śmiech) Dzieje się tak, kiedy spotykam ludzi, którzy pracują od 8.00 do 16.00, mają zaplanowane wakacje, spokój i wolne weekendy. Mnie się to marzy w momentach najtrudniejszych, kiedy wracam do domu o północy a muszę wstać za pięć godzin.

Mała stabilizacja Ci się marzy?

To jest jeszcze gdzieś przede mną. Tylko jak ja ją pogodzę z moją niechęcią do zobowiązań? Nie wiem.

Przyznaj się więc – komu ostatnio pozazdrościłeś zawodu?

Cały czas zazdroszczę wolności mojemu ojcu. On jest mechanikiem samochodowym. Jak ma czas i chęci, to idzie do garażu, a jak nie, to po prostu nie idzie. Jest panem swojego losu. Zazdroszczę też retuszerom zdjęć. Podoba mi się, że to taka benedyktyńska praca. A jednocześnie ona mocno zahacza o kreację, twórczość. Coś takiego strasznie mnie kręci. Niby zwykłe rzeczy, ale one wydają mi się dobrym pomysłem na życie. Takie małe, niewidoczne prace mnie pociągają. Myślę też ostatnio dużo o montażystach. Przecież to oni nadają ostateczny wygląd i znaczenie filmom! To oni potrafią tak zmontować, że aktor gra dobrze lub nie. A kompletnie się ich nie widzi, nie docenia ich pracy!

Jakie pomyłki ostatnio zaliczyłeś?

Na pewno żałuję, że jakiś czas temu kupiłem samochód z trochę za małym silnikiem. Co prawda lubię małe i zwinne samochody, ale ten mógłby rozwijać większą prędkość. (śmiech)

A nie gubisz się, nie mylisz, grając różne postaci, będąc w serialu, a za chwilę w teatrze?

Ja się aż tak nie utożsamiam z postacią. (śmiech) To, o czym opowiadasz, to moment chwilę przed premierą i chwilę po niej. Moment bardzo intensywny, gdy tak dużo czasu poświęcasz postaci i pracy nad nią, że w twojej głowie zaczyna dominować świat tego bohatera. I w pewnym momencie łapiesz się na tym, że jesz śniadanie jako... komornik. (śmiech)

Jako aktor nie jesteś po trosze kłamcą? Mam Ci wierzyć, że aż tak głęboko wchodzisz w rolę, a nie tylko sprawnie wygłaszasz tekst?

Oczywiście, że tak! Jestem kłamcą! Czasem większym, czasem mniejszym, ale jestem.

Aktor nie tylko kłamie, ale też uwodzi...

Uwodzę i kłamię. I robię to z coraz większą przyjemnością. (śmiech) Ale mówiąc poważnie, w zwykłym życiu jestem szczerym człowiekiem. I wielokrotnie odczułem, że bycie szczerym nie zawsze jest dobre. A wręcz przeciwnie – jest nieopłacalne i niewskazane. Wielokrotnie się sparzyłem... Dlatego długo przekonuję się do ludzi, choć są osoby, które „kupuję” od razu. Tak było w przypadku osób, z którymi pracowałem przy tym spektaklu. Na przykład Olaf Lubaszenko dał mi wiele, bo ma niezwykłe poczucie humoru, inteligencję, złośliwość. On ma też coś takiego, czego zazdroszczę i mojemu ojcu: nigdy nie wiesz, czy w rozmowie z tobą już żartuje, czy właśnie przestał, czy cię wkręca, czy nie. No i Olaf tak trafnie nazywa sytuacje międzyludzkie... Bardzo polubiłem też Bartka i Tamarę. Wydaje mi się, że przeszliśmy długą drogę. To tu, w Karpaczu, gdy niemal w klasztornym odosobnieniu spędziliśmy ostatni tydzień przed premierą, uświadomiłem sobie, że są osobami, które bardzo cenię. Oni tworzą po prostu genialną parę. Podziwiam ich profesjonalizm i szybkość pracy. Bartek zawsze mówił: „Jeżeli jest jakiś problem, to wyjaśniamy go, Filip, tu i teraz. Bo jeżeli mamy go sobie powtarzać pocztą pantoflową, to nie dożyjemy końca miesiąca”. Bardzo mi się to podoba. Zacząłem stosować i się sprawdza.