Widziałam Cię wczoraj na ceremonii otwarcia festiwalu. Wyglądałaś zjawiskowo.

Dziękuję! Uwielbiam festiwal w Cannes. Tu jest zawsze tak niesamowita atmosfera. Chociaż w tym roku na czerwonym dywanie było naprawdę mokro. Szkoda, że nie miałam przy sobie kieszonkowego lakieru do włosów. Bardzo by się przydał. Tak lało i wiało, że moja fryzura naprawdę była w niebezpieczeństwie. Nagle poczułam, że wysuwają mi się z włosów spinki. Pomyślałam: „O Boże! Gdyby produkowali Elnett w maleńkich opakowaniach, mogłabym go mieć przy sobie”. To mój ulubiony lakier do włosów. Ale opakowanie musiałoby być naprawdę miniaturowe. Wiesz przecież, jak absurdalnie małe są te torebki, które mamy na czerwonym dywanie.

To się nazywa moda. (śmiech)

Wiem! Moda modą, ale tam nawet nie mieści się komórka! Jedyne, co dałoby się tam wcisnąć, to może wykałaczka.

Czy eksperci z L’Oréal Paris, którzy pomagają Ci tak olśniewająco wyglądać na czerwonym dywanie, zdradzili Ci jakieś swoje triki?

Wiesz, ostatnio zdałam sobie sprawę, że czasami za bardzo się przejmujemy tym, jak chcemy wyglądać. Ja, szczerze mówiąc, też czasami przesadzam. Ale zauważyłam, że najlepiej wyglądam wtedy, kiedy za dużo nad tym nie rozmyślam. Pozwalam, by się to zadziało instynktownie, idę za impulsem. I wtedy jest fantastycznie. Tak jak tutaj, w Cannes. Wszyscy są zrelaksowani i po prostu cieszą się chwilą. Więc gdybym miała dawać jakieś rady, to po prostu nie napinać się. To nie koniec świata.

Spotkałyśmy się tutaj, w Cannes, w zeszłym roku. Wygląda na to, że dla Was, ambasadorek L’Oréal Paris, Cannes jest trochę jak nałóg. Skąd się to bierze? Łatwo się uzależnić od tego, że jesteście tu traktowane w tak wyjątkowy sposób?

Coś w tym jest. L’Oréal Paris i festiwal w Cannes to niezwykły związek – piękna i filmu. Więc to ma sens, że ambasadorki marki, często aktorki, pojawiają się tutaj na festiwalu. I to jakie aktorki! Na przykład Jane Fonda. To wyjątkowa postać w świecie kina. Niezwykle mądra kobieta, a przy tym tak ciepła, tak empatyczna. Dla mnie jest absolutnym wzorem. Uwielbiam ją, szanuję i za każdym razem sama sobie zazdroszczę, że mogę przebywać w jej towarzystwie.

W ubiegłym roku L’Oréal Paris obchodził 15-lecie współpracy z festiwalem w Cannes jako oficjalny kreator makijażu. Na jubileuszowym przyjęciu pojawiły się najpiękniejsze i najsłynniejsze ambasadorki marki. Kiedy patrzyłaś na Was podczas tego spotkania, zastanawiałaś się, czy Wy, ambasadorki marki, macie jakąś wspólną cechę, która Was łączy?

Poza urodą i sławą oczywiście.Myślę, że wszystkie jesteśmy niezależnymi i silnymi kobietami. I myślę też, że L’Oréal Paris bardzo świadomie dobiera swoje ambasadorki. To kobiety, które mają na tyle stabilne poczucie swojej wartości, że są w stanie wiarygodnie przekazać tę piękną ideę L’Oréal Paris: „Ponieważ jesteś tego warta”. I przede wszystkim same są przekonane, że właśnie tak jest. Ale tego hasła moim zdaniem absolutnie nie należy rozumieć powierzchownie. Nie chodzi tylko o urodę i kosmetyki. Poczucie własnej wartości bierze się przecież z naszego wnętrza. Pojawia się wtedy, gdy jesteśmy w stanie poznać siebie i zaakceptować to, kim jesteśmy. Kiedy to docenimy, to zdanie: „Ponieważ jestem tego warta”, przychodzi bardzo naturalnie.

Porozmawiajmy więc o filmach, bo Cannes to przecież przede wszystkim festiwal filmowy. W ubiegłym roku zapowiedziano tu nowy film z Twoim udziałem – „Desert Dancer”. Wiesz, że jego producentką jest polska aktorka?

Izabella.

Tak, Izabella Miko. Poznałyście się?

Tak.

Polubiłyście się?

Czy się polubiłyśmy? Typowe dziewczyńskie pytanie! (śmiech) Poznałyśmy się w Los Angeles. Ale w związku z tym, że przygotowania do filmu odbywały się głównie w Londynie, nie miałyśmy zbyt wielu okazji, żeby się zaprzyjaźnić. Jednak wiem, jak bardzo jest zaangażowana w ten projekt.

Kiedyś sama była tancerką, studiowała balet.

Dokładnie, a film jest o pasji do tańca. Został oparty na faktach. Opowiada o młodym irańskim chłopaku, który kocha taniec. Ale w Iranie, tańcząc, łamie prawo, bo tam taniec jest nielegalny. Grożą mu więc za to bardzo poważne konsekwencje. Oczywiście dla nas, którzy mamy bardzo dużo wolności w wyrażaniu siebie, takie prawo jest absurdalne. Trudno nam zrozumieć, że pewne gesty, które wykonujemy na co dzień zupełnie swobodnie, tam są nielegalne. Więc myślę, że dla Izabelli to była bardzo naturalna, instynktowna decyzja, żeby zaangażować się w produkcję tego filmu. I ja się bardzo cieszę, że tak się stało. Bo podobnie myślimy. Ten film to także historia miłosna. Ale nie chcę za dużo mówić o projektach, zanim nie tra ą na ekran. Wolę, żeby widzowie sami zobaczyli i ocenili. A premiera już niebawem.

Zapytam w takim razie o początek Twojej kariery. Zaczęłaś ją z ogromnym rozmachem. „Slumdog. Milioner z ulicy” to był wielki hit, oscarowy film. Czy myślisz, że masz jeszcze szansę zagrać w czymś równie istotnym?

 

Nie, nie sądzę. Chyba żaden z filmów, które widziałam i w których grałam, nie zbliżył się nawet do „Slumdoga”. Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak bufonada, ale naprawdę tak uważam. Minęło cztery i pół roku od premiery, a ludzie na ulicy ciągle mnie pytają, czy jestem Latiką, postacią, która grałam. Zwracają się do mnie: „Latika”. Ja na to: „Ludzie, minęły cztery lata! Od tego czasu zagrałam już w kilku innych filmach. A dla was wciąż jestem Latiką!”. To był wielki film. I zdaję sobie sprawę, że trudno coś takiego powtórzyć. Jestem bardzo szczęśliwa, że choć raz było mi dane coś takiego przeżyć. Trzeba to umieć przyjąć i docenić. I być gotowym na kolejne doświadczenia.