Żorżetowa granatowa sukienka. Delikatna jak mgiełka, trochę przezroczysta. Czy dobra na taką okazję? Czy nie za mało oficjalna? W głowie tysiące kłębiących się myśli, nogi jak z waty. I nagle w pałacu festiwalowym we wszystkich odbiornikach telewizyjnych słychać głos spikera telewizji Rai. „Dzisiejszy wieczór galowy poprowadzą Simonetta Martone i Grażyna Torbicka”. Jest rok 1997. Po raz pierwszy w historii jednego z najważniejszych festiwali filmowych na świecie oficjalną galę będzie współprowadziła straniera – obca. I żeby chociaż Amerykanka! Ale nie, to jakaś tam Polka! Nie jakaś tam. O Grażynie Torbickiej nigdy nie można było tak powiedzieć. Piekielnie ambitna, pracowita, perfekcjonistka. Przez przyjaciół nazywana w pracy Robocop. Bo z wyglądu piękna, delikatna, subtelna, a w pracy twarda jak skała. Zawsze przygotowana, oczytana, z otwartą głową. Teraz uśmiecha się na wspomnienie stresów, które wtedy przeżywała.

Od tamtego dnia minęło 12 lat. Przez ten czas rokrocznie przyjeżdżała do Wenecji i przygotowywała stąd swój autorski program „Kocham kino”. „Moja współpraca z weneckim festiwalem rozpoczęła się wcale nie we Włoszech, tylko w Warszawie, gdzie prowadziłam kiedyś uroczystą premierę filmu »Po tamtej stronie chmur« Michelangelo Antonioniego. Poznałam wówczas producenta Felice Laudadio, który zaproponował mi pracę przy weneckim festiwalu, a ja ją z ochotą przyjęłam” – opowiada. Włochów i włoski zna jednak dużo dłużej. Bo kiedy tylko rozpoczęła się jej kariera w polskiej telewizji, mąż kardiolog dostał propozycję pracy w jednej z włoskich klinik. Zapytał w domu żonę, co robić. Ona nie zastanawiała się długo: „Jak to co? Jedziemy!”. Złożyła wniosek o urlop. „Nie będziesz miała do czego wracać” – ostrzegali ją koledzy po fachu. Nigdy nie żałowała tamtej decyzji. Miała praktyki we włoskiej telewizji publicznej, a potem także w stacji komercyjnej. Mimo propozycji etatu nie zdecydowała się zostać. Wróciła do Polski.

Nie wyobraża sobie jednak, że na festiwal w Wenecji mogłaby nie znaleźć czasu. Nawet teraz, gdy sama została dyrektorem Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi w Kazimierzu. „Lipiec i sierpień podporządkowany jest festiwalowi nad Wisłą, a wrzesień to zawsze Wenecja”– mówi.

Grażyna zgodziła się pokazać nam taką Wenecję, jaką kocha najbardziej. Spotykamy się na Lido, festiwalowej wyspie nieopodal miasta. Dziś jest swobodna, spokojna. Szerokie lniane spodnie. Pomarańczowy sweterek odkrywa opalone ramię. Oburza się, kiedy o 16 chcę napić się herbaty. „Coś takiego, popołudniowa herbata we Włoszech! Nie wiem nawet, czy ci to podadzą w restauracji” – ostrzega ze śmiechem. Sama zamawia espresso. Siedzimy nieopodal morza. Patrzymy na sławny Hotel de Bains, w którym Tomasz Mann napisał nowelę „Śmierć w Wenecji” zekranizowaną później przez Luchino Viscontiego. „Lubię Lido, ale Wenecję kocham. Jest tajemnicza, pełno w niej zakamarków, wąskich uliczek właściwych tylko temu miejscu na świecie” – mówi Grażyna, wsiadając do vaporetto, wodnego tramwaju, który z Lido do Wenecji płynie zaledwie kilkanaście minut. Przypominają mi się słowa z jednej z książek Trumana Capote: „Być w Wenecji to jak zjeść naraz całe pudełko czekoladek razem z likierem”. Grażyna idzie zamyślona. I mówi, że może wcale nie kochałaby tej Wenecji tak bardzo, gdyby nie ludzie, których tu poznała.

Toczący się kamień nie obrasta mchem
Kiedyś przed laty jej włoscy znajomi, słysząc, że nie zna dobrze Wenecji, zaproponowali, że przedstawią ją niezwykłej kobiecie, hrabinie, właścicielce kilku palazzo nad Canale Grande. Była jej bardzo ciekawa. Umówiono je nad samym kanałem, w jednym z najruchliwszych miejsce Wenecji. „Jak poznam tę kobietę?” – pytała zaniepokojona. „Nie martw się. Z tym nie będzie kłopotu” – odpowiedzieli. Szybko okazało się, że mieli rację. Grażyna stała w tłumie i nagle jej oczom ukazał się niezwykły widok: z łodzi wysiadła postawna dama w męskich spodniach i wykrochmalonej białej koszuli. Miała wielki czarny kapelusz z rondem szerszym niż mostek, po którym wchodziła na brzeg. „W dodatku jeszcze nonszalancko paliła papierosa. Od razu wiedziałam, że to ona. Spędziłyśmy cudowny dzień” – opowiada. Hrabina napisała książkę o ukrytych w weneckich pałacach egzotycznych ogrodach, w których rosną najbardziej niespotykane rośliny. Wtedy wspólnie zwiedziły te zakątki, o których przygodny turysta nawet nie ma pojęcia. Od tego czasu za każdym razem, gdy Grażyna jest w Wenecji, przypomina sobie tamto niezwykłe spotkanie.

 

Kiedy teraz spacerujemy ulicami, uśmiecha się do ludzi, odpowiada na pozdrowienia, także tych turystów, którzy do Wenecji, tak jak my, przyjechali z Polski. Stojąc w jednej z bram przy niewielkim kanale, ściąga spojrzenia turystów pływających gondolami. „A wy kto?”– pyta w końcu jakiś ciekawski Rosjanin. „A wy kto?”– odpowiada, śmiejąc się, Grażyna. Tutaj jest anonimowa. I za to też kocha Włochy. Bo może tu udawać kogoś, kim nie jest. „Włosi uwielbiają improwizację. Nauczyłam się tego od nich, kiedy prowadziłam festiwal filmowy w Taorminie. To były czasy! Nigdy nie wiedziałam, co się wydarzy. Wieczorami w greckim amfiteatrze miałam wywiady z gwiazdami festiwalu. Wśród nich byli Antonio Banderas, Isabelle Huppert, Gina Lollobrigida, Hugh Grant, Jane Campion, Peter Weir. I podczas gdy ja chciałam wszystko dopinać na ostatni guzik, organizatorzy kompletnie się niczym nie przejmowali. Dla nich najważniejsze było to, żeby dużo się działo. Na zawsze zapamiętam Michaela Douglasa. Przed naszym wieczornym spotkaniem umówiliśmy się w ciągu dnia na dogranie szczegółów. A potem czekałam już na niego na scenie. I kiedy wszedł, po prostu oniemiałam. To się chyba nazywa charyzma. Po prostu nie można było oderwać od niego wzroku. Stwierdziłam wtedy, że chyba nie będę mu zadawać żadnych pytań, że to niepotrzebne, że najważniejsze jest tylko to, żeby po prostu móc na niego patrzeć”.

Później wiele z tych gwiazd przepytywanych we Włoszech przyjęło zaproszenie do autorskiego programu Grażyny „Kocham kino”. Nawet tu, w Wenecji, trudno nie zastanawiać się nad sytuacją telewizji publicznej. Kiedyś Grażyna dostała od Mariusza Waltera propozycję pracy w TVN. Nie skorzystała. Uznała, że jej program ma większe szanse w telewizji misyjnej, która dociera do każdego miejsca w Polsce. Czy dziś żałuje? „Dziś zastanawiam się, dokąd telewizja, w której pracowałam przez całe życie, zmierza, co się tam jeszcze wydarzy” – mówi. A co będzie, jeśli okaże się, że nowe władze nie są zachwycone jej programem, jeśli stwierdzą, że czas „Kocham kino” minął? „Sama często o tym myślę, ale nie boję się takiej sytuacji. W moim życiu zawsze było tak, że kiedy dochodziłam do ściany, otwierały się kolejne drzwi. Jeśli okaże się, że nie ma już dla mnie miejsca, wymyślę na siebie inny sposób. Pomysłów na szczęście mi nie brakuje” – mówi.

Płyń prosto jak strzała
Optymizmu nauczyli ją rodzice. W jej domu rodzinnym czarnowidztwa nie uprawiało się nigdy, a kiedy coś się waliło, to tata zamiast załamywać ręce, rzucał jakiś żart, który zawsze rozładowywał sytuację. „Pamiętam moją mamę w wielu trudnych sytuacjach. Dzięki niej nauczyłam się, że dzięki optymistycznemu podejściu do życia nawet porażkę można przekuć w sukces” – opowiada. Dzięki mamie też szybko zrozumiała, na czym polega praca w telewizji i że największe niebezpieczeństwa czają się wtedy, gdy straci się do niej dystans. Gdy dorastała, rodzice dali jej dużo wolności. W jej pokoju zawsze przesiadywali jacyś znajomi, prowadziła intensywne życie towarzyskie. Myślała, że wszystko jej wolno. A potem nagle okazywało się, że rodzice ciągle czuwają. „To piękna sztuka tak prowadzić dziecko, żeby nie czuło, że jest prowadzone” – mówi.

Bujne życie towarzyskie skończyło się w dniu, w którym poznała Adama. Kiedy się zakochała, wszystko inne stało się mniej ważne. Już nie musiała nikogo szukać. Wiedziała, że to właśnie ten mężczyzna, z którym chce przeżyć życie. I do dziś się czasem zastanawia, jak to się stało, że już wtedy była taka nieomylna. Kiedyś, już kilka lat po ślubie, przyjechali razem na parę dni do Wenecji. Zarezerwowali sobie hotelik przy placu św. Marka. Kiedy weszli, recepcjonista uśmiechnął się do nich i powiedział: „Nowożeńcy”. Zamiast dwuosobowego pokoju zaproponował im apartament dla młodych par. „Nie pisnęliśmy wtedy słowem, że jesteśmy już małżeństwem ze stażem. Z ochotą przystaliśmy na jego propozycję” – opowiada ze śmiechem.

Najbardziej lubi podróżować z mężem. Zimą obowiązkowo jeżdżą na narty. A wiosną lub jesienią na prawdziwe wakacje. Ostatnio byli na Korsyce. Wrócili wypoczęci, zachwyceni. „Wspaniałe są te wspólne chwile, bo w ciągu roku najczęściej jesteśmy w rozjazdach. Przez ostatnie tygodnie na przykład widzieliśmy się dwa dni. Najpierw Adam był na kongresie w Barcelonie. Kiedy wrócił do Warszawy, ja byłam w drodze do Krakowa na koncert Światowej Orkiestry dla Pokoju. Kiedy po dwóch dniach wróciłam, Adam leciał do Wiednia na spotkanie naukowe. I tak jest ciągle” – opowiada. Ale za to, kiedy wróci z Wenecji, pójdą razem na grzyby. Nazbierają podgrzybków i maślaków i potem po południu Grażyna zrobi spaghetti. Grzyby podsmaży na maśle. Do tego makaron, a potem parmezan i natka pietruszki. Pycha!

Na razie jednak nadal jesteśmy w Wenecji. Na placu świętego Marka coraz mniej turystów. Zapada zmierzch. Grażyna energicznie wstaje od kawiarnianego stolika. W obcisłych dżinsach i koszulce wygląda, jakby miała 20 lat. A przecież w maju obchodziła 50. urodziny. „Co ty mówisz? Jakie 50. urodziny? Ja? Coś ci się chyba pomyliło?” – śmiejemy się obie. Trudno jej nie wierzyć, kiedy mówi, że właśnie teraz czuje się jak nastolatka, tyle że z dłuższym stażem. Nauczyła się już, że nieważne jest to, co mówią i myślą o niej inni. Najważniejsze, żeby jej samej było ze sobą dobrze. Przypomina mi się wywiad, który kiedyś przeprowadzała z Sophią Loren. Największą włoską gwiazdę zapytała wówczas, czy czuje się szczęśliwa. Aktorka zamyśliła się i odpowiedziała: „Zadowolona”. „A Ty, co byś odpowiedziała na takie pytanie?” – pytam Grażynę. „Nie musiałabym się zastanawiać. Powiedziałabym: »Jestem szczęśliwa!«”.