Grzegorz Hyży udzielił szczerego wywiadu magazynowi "Gala". Muzyk opowiedział o swojej nowej płycie "Momenty", żonie Agnieszce Hyży i planach na przyszłość.

Jesteś dumny z nowej płyty „Momenty”?

Tak, bo to w stu procentach autorska płyta. Wszystkie utwory napisałem z serca. Opowiadają o najważniejszych momentach mojego życia: melancholijnych, radosnych, wzruszających. Pokazuje, że nastroje artysty zależą chociażby od pory dnia czy pory roku. Na „Momentach” są piosenki, których będzie się dobrze słuchało w słoneczny poranek, ale też takie, które najlepiej zostawić sobie na nocne podróże.

Pozwalasz sobie na przeżywanie całego spektrum emocji, od euforii po melancholię?

Lubię pogrążać się w melancholii. Daje mi wytchnienie po scenicznych emocjach.

Zawsze byłeś wrażliwcem?

Tak, ale pełnym energii. Już jako mały chłopiec wiedziałem, że chcę osiągnąć sukces. Podchodziłem ambitnie do wszystkiego, czym się zajmowałem. Moją pierwszą pasją były sporty walki. Treningi karate kilka razy w tygodniu nauczyły mnie dyscypliny. Miałem szczęście, bo determinacja, którą miałem w sobie od dziecka, to jeden z komponentów sukcesu. Obok charyzmy, nieustępliwości i talentu. Trzeba się jeszcze znaleźć w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie.

Dla Ciebie tym odpowiednim miejscem w odpowiednim czasie była scena „X Factora”?

Od początku traktowałem ten program jako środek do celu, którym było nagranie płyty. Popularność wykorzystałem do podpisania kontraktu z wytwórnią. Ale postanowiłem nie odsłaniać się przesadnie przed kamerami. Wiedziałem, że trzeba uważać, by nie dać się wciągnąć w pułapkę sławy.

W takim programie można pozostać sobą czy trzeba wymyślić postać, która spodoba się jurorom i widzom?

Pozostając sobą, łatwiej utrzymać wyznaczony kurs. To ważne, bo pokusa pójścia na skróty jest ogromna. W programie nauczyłem się, że porażki trzeba traktować jak doświadczenia. Szybko się z nich otrząsać, a potem wyciągać wnioski. I ostrożnie dobierać sobie ludzi, którymi się otaczamy.

Jesteś w show-biznesie od czterech lat. Straciłeś złudzenia?

Cztery lata temu postawiłem wszystko na jedną kartę. Udało się. Jestem bez przerwy w trasie. Latem gram koncerty plenerowe, zimą klubowe. W międzyczasie nagrywam płyty. Dużo przez te cztery lata zrozumiałem. Poznałem mechanizmy, którymi rządzi się ten świat. A przede wszystkim nauczyłem się radzić sobie z piętnem, które spoczywa na artyście. Wiem, że jestem wystawiony na ocenę, nie tylko moich dokonań muzycznych, ale także życia prywatnego. Bezpodstawnie, bo nie jestem celebrytą, tylko muzykiem. Chociaż lekcja dystansu była trudna, już rozumiem, że w zawód artysty wpisana jest popularność. Nigdy nie mam dosyć kontaktu z fanami. Ale nigdy nie zaakceptuję wchodzenia z buciorami w moje życie prywatne. Dlatego od początku wyraźnie wyznaczam granice. Z szacunku dla mojej rodziny trzymam się tego, że życie prywatne należy do nas, a nie do mediów.

Nie brzmi to jak życie podporządkowane „sex, drugs and rock’n’roll”...

Ja moją pracę traktuję poważnie. Do każdego koncertu jestem przygotowany. A gdy skupiam się na nagrywaniu płyty, nie myślę o tym, co jeszcze może zaoferować mi sława. Sam pęd pracy działa na mnie jak narkotyk. Dlatego po koncercie nie mogę spać. Ta wymiana energii między mną a publicznością ładuje mnie na wiele kolejnych godzin.

Rodzice nie przestrzegali Cię, że muzyka to niepewny biznes?

Dla mojej mamy zawsze najważniejsze było moje szczęście. Wspierała mnie we wszystkich decyzjach. Gdy byłem mały, chciałem trenować karate, więc mimo obaw zapisała mnie na zajęcia. Tak samo było z muzyką.

Wcześnie się usamodzielniłeś?

Tak, wyprowadziłem się z domu, rozpocząłem studia, poszedłem do pracy. Od dawna podejmuję decyzje na własną odpowiedzialność. Trzy lata mieszkałem za granicą. Pracowałem w różnych miejscach. Zawsze potrafiłem znaleźć w pracy i w życiu jakiś cel, który sprawiał, że codziennie rano wstawałem z łóżka odpowiednio zmotywowany. Bywam uparty. Często nie zgadzam się z opiniami innych. Pewnie też dzięki temu jestem dziś tu, gdzie jestem.

Czyli trzydziestka, którą świętowałeś pod koniec maja, nie była dla Ciebie w życiu przełomem?

Przełomem była decyzja o poświęceniu się muzyce, dlatego trzydziestka nie była żadną cezurą. Szczęśliwym ojcem i mężem też jestem od dłuższego czasu. Ale czuję się młodo. Z każdym rokiem przybywa mi energii.

A jak świętowałeś urodziny?

Byłem w pracy. Ale robię to, co kocham, i mam wokół siebie najbliższych, więc niczego mi nie brakuje.

Twoi pięcioletni synowie są do Ciebie podobni?

Na pewno mają w genach muzykę. Ale nie wiem, czy pójdą w moje ślady. Chcę im służyć pomocą, ale dawać wolność. U mnie ta niezależność się sprawdziła.

Ożeniłeś się po raz drugi. Myślisz, że zostaniesz ponownie tatą?

Czas pokaże.

Z żoną Agnieszką Hyży, kobietą sukcesu, łączy Cię pasja do pracy?

Tak, Agnieszka też pracuje w show-biznesie, więc świetnie rozumie wymogi mojego zawodu. Dzięki temu łatwiej nam planować wspólne życie: od dalekosiężnych planów po prozaiczną organizację codziennego życia. Potrafimy się dla siebie nawzajem poświęcić, wiedząc, kto akurat ma ważniejsze obowiązki na głowie.

Żona jest Twoją wielką fanką. Widziałam, że na Instagramie promuje Twoją płytę.

Prawdziwe partnerstwo polega właśnie na wzajemnym wspieraniu się. Kibicujemy sobie nawzajem, bo dla nas obojga rozwój osobisty to podstawa szczęścia.

Myślisz, że życie z artystą jest dla partnerki trudne?

Tak, ale to właśnie dzięki żonie mogę o wiele łatwiej pogodzić obowiązki zawodowe z prywatnymi. Okres pracy twórczej jest czasami tak intensywny, że siłą rzeczy codzienność staje się odpowiedzialnością tej drugiej strony.

Gdy jestem w trasie, ona czeka na mnie w domu. Tworzy ten dom. Rozumie też moją potrzebę samotności. Ale wierzę, że prawdziwy mężczyzna nawet w pędzie pracy znajduje czas dla rodziny. Ja przy rodzinie się wyciszam