Nie myślimy o ostatecznym. Odsuwamy od siebie myśl o śmierci. Boimy się spotkań z umierającymi, jakby cierpieli na zakaźną chorobę. A przecież odchodzenie jest stanem tak samo naturalnym jak pojawienie się na tym świecie. I może jednak pocieszające jest to, że cząstka nas może żyć w ciele innego człowieka...

MAGDALENA RÓŻCZKA

Cieszę się, że mogę...

Nie ukrywam, że ucieszyło mnie to, że robimy taką kampanię. Dla mnie jest to zupełnie oczywiste, że nasze organy mogą uratować komuś życie. Od dawna mam to przedyskutowane z moją rodziną. Oświadczenie woli jest przyczynkiem do tego, aby porozmawiać z najbliższymi o tym, jakie jest nasze stanowisko w tej sprawie. Przecież to oni w razie nieszczęśliwego wypadku będą o nas decydować.

Moim zdaniem to wspaniałe, że po śmierci można komuś pomóc. Jest tyle organów, które mogą nadal funkcjonować, począwszy od serca, a skończywszy na częściach oka. To niesamowite! Ja zdecydowałam, że wszystkie moje organy mogą być pobrane, jeśli mają kogoś uratować.

Przygotowując się do roli Alicji Szymańskiej, wielokrotnie widziałam operacje i ludzi na stołach operacyjnych. To jest coś przedziwnego. Ciało ludzkie jest po prostu... nieludzkie. (śmiech) Miałam w rękach wątrobę i nerkę, oczywiście fantomowe, i to jest niebywałe doświadczenie. Nasze organy można wyciągać, przecinać, przechowywać, wszywać etc. To jak kawałki puzzli, z których można coś ułożyć. Mając taką świadomość, jest mi jeszcze łatwiej myśleć o oddawaniu moich organów.

Cieszę się, że mogę – zarówno jako ja, Magdalena Różczka, jak i jako Alicja Szymańska –namawiać ludzi do tego, aby pomagali ratować życie. Nie jest do tego potrzebna wiedza medyczna, nie trzeba być lekarzem. Mam pewność, że ciągle jeszcze bardziej mogę pomóc jako Magdalena Różczka niż jako moja postać z serialu. Mam chyba duszę samarytanki i widzę w tym ważny cel i wyzwanie.

Ostatnio najbardziej jestem związana z Fundacją Rodzin Adopcyjnych. Wspiera ona Interwencyjny Ośrodek Preadopcyjny, który ratuje życie noworodkom porzuconym przez rodziców tuż po urodzeniu. Trafiają one do naszej placówki, gdzie przez sześć tygodni mają wspaniałą opiekę pielęgniarek i lekarzy. Po tym okresie, jeżeli wszystko jest prawnie uregulowane, mogą znaleźć się w cudownej, kochającej rodzinie.

Współpracuję także z Fundacją Spełnionych Marzeń. Odwiedzam dzieciaki na onkologii i staram się dać im odskocznię od tego, o czym rozmawiają i czym zajmują się na co dzień. Moja córka Wandzia zawsze pyta, czy idę do dzieci, które muszą być bardzo długo w szpitalu. Robi dla nich laurki i prosi, żebym im je zaniosła. Mówi, że kiedyś chce pójść ze mną, ale jeszcze nie teraz.

MARCIN PERCHUĆ

Będę nosił oświadczenie woli

Akcja „Lekarze ratują życie” opiera się na założeniu, że każdy może być tym, który pomoże, uratuje komuś życie. Co prawda w Polsce obowiązuje ustawa, że po śmierci pnia mózgu automatycznie możemy być dawcami, ale myślę, że warto oszczędzić rodzinie podejmowania decyzji w tragicznych momentach.

Pamiętam, że dawno temu – miałem wtedy chyba 15 albo 16 lat – rozmawiałem z rodzicami o transplantologii. Zadeklarowałem wówczas, że gdyby ze mną coś się stało, to gotów byłbym oddać swoje organy. To potwornie trudna deklaracja, bo nagle wyobraźnia zaczyna pracować i jest to szczególnie przykre dla rodziców. Ale szczerze mówiąc, nigdy nie pomyślałem o tym, żeby nosić przy sobie takie oświadczenie woli. Teraz znajdzie się dla niego miejsce w moim portfelu. Trzeba być otwartym na takie sytuacje, bo nieprzewidywalność jest domeną naszej egzystencji na świecie.

Doktor Jivan natomiast z pewnością nosi taką kartkę przy sobie. Jestem przekonany, że ma ją również przyczepioną przy rowerze, tak na wszelki wypadek. Moja postać w serialu„Lekarze” oczekuje przyjścia na świat kolejnego dziecka. Niestety przy tej okazji będzie miał do czynienia z sytuacją egzystencjalnie trudną, w której te narodziny i śmierć gdzieś się połączą. Więc i ta akcja, i moja postać, i my tu wszyscy jesteśmy zogniskowani wokół jednego tematu.

Ale mój świat i świat doktora Jivana są od siebie bardzo oddalone. Nie leczę swojej rodziny, a jedynie rano rozdzielam pomiędzy siebie i dzieci pastylki. Wiem, gdzie jest tran, gdzie omega-3, ale na tym kończy się moja wiedza medyczna. A z bardzo zdrowego stylu życia mojej postaci mam jedynie umiejętność... stania na głowie.

KATARZYNA BUJAKIEWICZ

Bez wątpliwości

Uważam, że oświadczenie woli każdy z nas powinien mieć przy sobie. Nie tylko moja bohaterka Sylwia, która jest koordynatorką transplantacji, ale także – a może przede wszystkim – ja od wielu lat noszę przy sobie oświadczenie woli. Dla mnie nie była to decyzja trudna, lecz oczywista. Niedawno jedna z gazet w Poznaniu zrobiła taki test: dzwoniono do wszystkich znanych poznaniaków, pytając, czy mają przy sobie oświadczenie woli. Okazało się, że tylko ja je mam.

W moim domu często rozmawiamy o transplantologii. Jesteśmy pewni, że gdyby komuś z nas coś się stało, to oddajemy swoje organy. Od lat jestem w Drużynie Szpiku i dużo wiem na temat transplantologii. Zresztą chcąc uświadamiać innych, sama muszę być wyedukowana.

DANUTA STENKA

Zgoda oczywista

 

Nie przypominam sobie osobnej rozmowy w mojej rodzinie poświęconej oddawaniu narządów po śmierci. Ale wiem, że jest w nas oczywista zgoda na to.

Od czasu do czasu pojawiała się w mojej głowie jedna wątpliwość – wywoływana pewnie różnymi filmami – że człowiek potrafi być dość obrzydliwym zwierzęciem i dla własnego interesu może wiele nakazów czy zakazów ominąć. Jest też zdolny do wszystkiego, żeby zdobyć to, na czym mu zależy. I wtedy rodziło się pytanie: czy gdyby komuś bardzo zależało np. na mojej nerce, byłby w stanie mnie dobić? Ale potem myślałam sobie, że nie chcę wierzyć, że świat jest taki. A jeśli miałby taki być, to może i lepiej, żeby mi tę wątrobę czy nerkę zabrano...

Nie mam w portfelu oświadczenia woli. Ale myślę, że akcja „Lekarze ratują życie” i nasza rozmowa zmobilizują mnie, żebym je wreszcie tam włożyła. I żebym przede wszystkim porozmawiała o tym z moją rodziną. Dziś dużo się mówi o ogromnym znaczeniu, jakie niewątpliwie ma takie przekazywanie sobie życia. Z pewnością wiąże się to z rozwojem transplantologii w naszym kraju i z autentycznymi przypadkami, o których często słyszymy.

Czy byłabym w stanie oddać siebie bliskim? „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”... Ale teraz myślę, że tak. Jeżeli chodzi o dzieci, jest to w ogóle bezdyskusyjna historia. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym, nie chcąc narazić swojego życia, patrzeć, jak odchodzi moje dziecko.

AGNIESZKA WIĘDŁOCHA

Podarować komuś życie

Myślę, że jest to piękny czyn – dać życie drugiemu człowiekowi, gdy nam już ono nie jest dane. To ostatnia rzecz, którą możemy zrobić. Ale jest w mojej głowie wątpliwość. Czy w sytuacji krytycznej moje organy zostałyby pobrane w takiej chwili, kiedy ja już na pewno nie miałabym żadnych szans? Nie dziwię się ludziom, którzy stawiają takie pytania.

Pomoc drugiemu człowiekowi jest w moim życiu istotna. Zawsze angażowałam się w różne akcje, zbiórki. Staram się odwiedzać Młodzieżowy Ośrodek Wychowawczy im. Marii Grzegorzewskiej w Łodzi. Przebywają w nim dziewczyny, których los nie oszczędzał. Ich start był trudny. Ta placówka daje im możliwość spojrzenia na życie z innej strony. Cudowni opiekunowie, którzy tam pracują, oddają dziewczynom całe swoje serce i mądrość. Tego nie można przeliczyć na pieniądze.

Jestem jurorką na spotkaniach teatralnych, które się tam odbywają. Oglądam na nich niezwykle wzruszające przedstawienia, a w zamian zapraszam dziewczyny na moje spektakle. Ostatnio włączyłam się też w pomoc fundacji Kolorowy Świat zajmującej się wcześniakami i dziećmi z mózgowym porażeniem dziecięcym. To niezwykłe miejsce, gdzie niepełnosprawne dzieci i ich rodzice dostają szansę na normalne życie. Opiekunowie robią wszystko, by maluszki, które rodzą się z nieznacznymi wadami fizycznymi, mogły być w pełni sprawne. To ważne, by każde dziecko w dorosłym życiu mogło być szczęśliwe. Im więcej radosnych ludzi, tym lepszy nasz świat.

Myślę, że to jest tak samo ważne jak dzisiejsza akcja transplantologii. Inny rodzaj pomocy, ale równie istotny. Możemy dać szansę na nowe życie. Oświadczenia woli jeszcze nie noszę, może zacznę.

WOJCIECH ZIELIŃSKI

Moja zgoda w portfelu

Nigdy nie rozmawiałem z rodzicami o tym, czy warto oddać komuś swoje narządy i czy powinno się to zrobić. Nie było takiej potrzeby. Bo w mentalności moich rodziców to jest oczywiste, że gdyby zaszła taka sytuacja, a moje organy nadawałyby się do przeszczepu, nikt nie wahałby się ani chwili.

W 2008 roku miałem bardzo poważny wypadek. Byłem blisko tej krytycznej granicy. Przez kilka pierwszych dni nie było wiadomo, czy będę żył. Potem miałem dużo czasu na refleksje o życiu i śmierci. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, że każdy dzień może być naszym ostatnim, że życie jest bardzo krótkie, ale też z tego, że tak naprawdę jesteśmy małymi „fabryczkami życia”. Że możemy komuś oddać krew albo szpik, kawałek swojej wątroby czy nerkę, tak jak np. Przemek Saleta.

Ja akurat nie potrzebowałem żadnego narządu, ale potrzebowałem dużo krwi. I otrzymałem ją – od bliskich, którzy ochoczo wyciągali ręce, i z banku krwi w Warszawie. A od trzech lat sam jestem honorowym dawcą krwi. Zapisałem się też do banku szpiku.

W portfelu noszę, mogę ci nawet pokazać, oświadczenie woli. Mam je ze sobą od 2008 roku, ale podpisałem je dopiero dwa lata temu. I pamiętam, że kiedy je wypełniałem, poczułem pewien irracjonalny lęk. Czy ja przypadkiem nie ściągam na siebie czegoś złego? Teraz już się z tym oswoiłem, ale poczucie kruchości życia powraca.

Człowiek zatrzymuje się wtedy, gdy przytrafia mu się coś takiego jak mi, kiedy jest na granicy życia i śmierci. Wtedy zadajesz sobie pytania: po co żyję? Jak mogę komuś pomóc?

Po moim wypadku najbardziej potrzebowałem duchowego wsparcia. Śmiałem się, że modlono się za mnie w każdym zakątku świata: przyjaciele i koledzy byli właśnie na urlopach, rodzinę mam rozsianą po świecie. Koleżanka była w jakimś egzotycznym kraju i dała szamanowi kilka euro, by odezwał się do duchów i sprawił, abym wyszedł z tego. No i wyszedłem.

 

Wierzę, że pochodzę z rodziny szczęściarzy. Mój ostatni wypadek jest tego przykładem, ale nie tylko on. Wielu bliskich mi osób miało raka i wychodziło z tego. Ojciec uratował mamie życie w ostatniej chwili, gdy jej suszarka wpadała do wanny – to jest temat na książkę „Jak miłość ratuje ludzkie życie”. (śmiech) Ale czuwają nad nami opatrzność, anioły. Los jest nam przychylny, dlatego dużo od siebie dajemy.