...kajecik już wziąłeś. I co w nim na mnie masz?

Na Ciebie nic, o Tobie sporo. Na swoim blogu, który prowadzisz na stronie hannalis.natemat.pl, tak piszesz o powrocie do telewizji, oto fragment: ,,Bałam się, że trzyletnia przerwa mnie rozleniwiła (...). Bałam się, że może wypaliła się we mnie ciekawość”...

...ale wstałam, poszłam, zrobiłam.

Skąd ta bojaźń? Jesteś tchórzliwa?

To nie była bojaźń. Raczej straszna „spinka” i wielka mobilizacja, ale i pokora wobec faktu, że jednak przez trzy lata nie było mnie w zawodzie. Ogromna trema: nie miałam nigdy tak długiej przerwy w pracy.

Trema przed czym? Że dzisiaj są młodsi, lepsi...

Nie o to chodzi. Po prostu jestem bardzo emocjonalna i wszystko mocno przeżywam. Poza tym musisz wiedzieć, że mam permanentne ADHD, które warunkuje także moje zachowania przed kamerą. Sporo gestykuluję, ruszam się, mam tego świadomość i wiem, że jednym się to podoba, a innym mniej... Przez lata pracy nauczyłam się nad tym jako tako panować. Po trzech latach przerwy nie byłam pewna, czy uda mi się zmieścić w kadrze. (śmiech)

Bałaś się kolejnej konfrontacji: z nowymi ludźmi, z widzami – z patrzeniem na ręce, na to, czy sobie poradzisz?

Nie. Uwielbiam ludzi. Spotykamy się pierwszy raz i jak pewnie zauważyłeś, jestem okropnie gadatliwa. A do patrzenia mi na ręce zdążyłam przywyknąć.

Odejścia, powroty – one psychicznie rujnują. Również Ciebie?

Odejścia. I nie chodzi nawet o to, że nagle jesteś bez pracy, ale o rozstania z ludźmi, z którymi pracujesz. Specyfika tej roboty jest taka, że spędzasz ze swoimi kolegami z pracy po kilkanaście godzin dziennie. Po jakimś czasie to jest jużjak rodzina. Któregoś dnia nagle zostajesz w domu i pojawia się uczucie pustki.

To po co wracasz? Żeby rujnować się dalej? Kiedyś powiedziałaś mi, że w tej niszy, którą znalazłaś, jest Ci bardzo dobrze – cicho, spokojnie...

Mówiłam ci – ADHD. Cisza i spokój teżpotrafią rujnować.

Wracasz do TVP i budzą się demony przeszłości.

To jest inna telewizja niż ta, którą zostawiałam w 2009 roku. W „Panoramie” polityka jest w tematach, które przygotowujemy do programu, ale nie ma jej wokół nas, w postaci tzw. telefonów z góry. Kiedy przyszłam do „Wiadomości” w 2008 roku, już podczas pierwszych wydań „zderzyłam się” z takimi telefonami: że jakiś materiał musi spaść, bo jest niepoprawny politycznie, a inny, niezaplanowany przez redakcję, nagle pojawia się w „rozkładzie jazdy”, bo poprawny politycznie jest nad wyraz. Teraz, a mijają dwa miesiące, odkąd przyszłam do Dwójki, nikt nie dzwoni. Demony śpią i niech tak zostanie. Dobranoc.

Zarząd TVP tak mówi o Twoim powrocie: ,,Hanna Lis ma budować wizerunek stacji”, a jak Cię zwalniali z telewizji, to zarząd TVP napisał: ,,(...) dopuściła się poważnego naruszenia zasad etyki dziennikarskiej”. Dzisiaj jesteś ,,cacy”, wtedy byłaś ,,be”. Nie pasowałaś do wizerunku, a teraz go budujesz. To wciąż ta sama firma. Zapomniałaś o tym?

Nieprawda, to zupełnie inna firma. Dziś na jej czele nie stoi były skinhead i pracownik neonazistowskich pisemek, prawda? Moim zdaniem to dość istotna zmiana. W 2009 roku nie tyle nie pasowałam do wizerunku, ile nie pasowałam do kampanii wyborczej Libertasu, jaką wtedy – za publiczne pieniądze – zafundował telewidzom ówczesny prezes Farfał. Decyzja o moim zwolnieniu zapadła pewnie jakieś 30 sekund po tym, jak odmówiłam przeprowadzenia wywiadu  z szefem Libertasu Declanem Ganleyem. A odmówiłam z bardzo prostego powodu: jako dziennikarz nie mogłam zgodzić się na to, by lista gości do programu powstawała w zarządzie jakiejś partii  zamiast na kolegium redakcyjnym, a właśnie tak się wtedy stało. Etykę dziennikarską naruszały wówczas, i to notorycznie, ówczesne władze TVP, więc to, co tamten zarząd o mnie napisał, należy włożyć między bajki. Bardziej liczy się dla mnie to, co kilka miesięcy po moim zwolnieniu mówił profesor Władysław Bartoszewski, uzasadniając przyznanie mi Nagrody Zacnego Uczynku. Pozwól, że zacytuję: „(...) pokazała, że indywidualna odwaga i uczciwość zawodowa mogą być silniejsze od politycznego nacisku, osobistych ambicji i chęci kariery i że w dziennikarstwie, w życiu publicznym, a zwłaszcza w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego należą one do najważniejszych”. Miłe, prawda? Nie licząc paru złośliwych publikacji, w sumie mogę powiedzieć, że w jakimś sensie odchodziłam z TVP na czerwonym dywanie. Nagroda z rąk Profesora, a wcześniej protest przeciwko zwolnieniu mnie podpisany przez ponad 30 moich kolegów z „Wiadomości”. Nie mam więc poczucia: „O matko, wracam do tego strasznego miejsca”. Naprawdę mam więcej dobrych wspomnień z TVP niż tych przykrych.

Naprawdę? A może to Ty się zmieniłaś, a tam jest wciąż tak samo?

Absolutnie nie. Ja jestem taka sama, a tam jest bardzo inaczej.

"Błagam, nie wracaj do tej pracy!". Mama, Tomasz, córki – kto tak powiedział?

Moje córki, ale powód był zupełnie inny, niż przypuszczasz. Wcześniej dostałam kilka innych, ciekawych propozycji zawodowych, które wiązały się m.in. z podróżami. One dobrze wiedzą, że nie ma powrotu z podróży bez worka prezentów. Skalkulowały to: praca w telewizji – matki nie będzie od rana do wieczora, a do tego prezentów nie przywiezie.

Ile sobie dajesz czasu w TVP?

 

(śmiech) A co ja sobie mogę dawać...To zależy od szefostwa. Ja sobie mogę „dawać”... ale decyzję podejmują inni.  A ty ile sobie dajesz w „Gali”? (śmiech) Pokiwałeś głową. Dziękuję.

,,Pani Haniu, fajnie, że stała się Pani taka »zwyczajna« na tym blogu ;). Zwykłe zdjęcie, sposób pisania blogerski, bez większych wymagań i snobizmu (...). Byłoby miło, gdyby zezwoliła Pani mówić swoim fanom do siebie na »ty«”. Odpisujesz tej kobiecie: „Nie znoszę »paniowania«, więc bez obaw”. Zmieniłaś się.

A skąd wiesz? Nie zmieniłam się. Nigdy nie znosiłam „paniowania”. W programie informacyjnym jestem jednak tą osobą, która opowiada ludziom o protestach lekarzy i że wiosną zdrożeje paliwo. Byłam i jestem „przekazicielem informacji”. Nie zrobię w studio stójki na głowie ani nie zacznę mówić „Cześć wam” zamiast „Dobry wieczór Państwu”. Taka specyfika pracy w newsach, tego nie zmienię. Odskocznią od powagi programu informacyjnego jest właśnie mój blog hannalis.natemat.pl. Jestem tam „taka zwyczajna”, bo piszę o gotowaniu, które kocham. O polityce tak się nie da.

Zbliżyłaś się do ludzi. Odważyłaś się wreszcie.

...aaaa przepraszam. Który raz w życiu się widzimy? (cisza) No trochę rozmawialiśmy przez telefon, SMS-owaliśmy. I co, jestem lodową damą czy raczej dość bezpośrednią blondynką?

Ale trzeba mieć odwagę, żeby do ludzi tak wyjść, pokazać się prywatnie: na blogu są nie tylko Twoje zdjęcia jedzenia, ale również psa leżącego na podłodze, krążka do pilatesu, hantli, których używasz podczas treningu. Wpuszczasz nas do swojego intymnego życia. Ty, która uciekasz przed paparazzimi. O co chodzi?

Internet może być koszmarnym ściekiem, ale również fantastyczną, kameralną przestrzenią, w której ludzie o podobnych zamiłowaniach spotykają się, by sobie doradzić, pogadać. Nie boję się internetu, bo nie boję się ludzi. Mam bardzo fajny odzew na swoją pisaninę. Widzę, że jest już grupka ludzi, którzy są u mnie stałymi bywalcami. Piszemy do siebie bez „paniowania”, na luzie. Może dlatego nie mam problemu z umieszczaniem zdjęć mojego psa i hantli: bo ten blog jest taką moją półprywatną przestrzenią, do której zapraszam ludzi podobnie myślących, a więc kochających jedzenie, dom, życie. Co innego, kiedy ludzi się do siebie zaprasza, a co innego, kiedy włażą ci do salonu nieproszeni, forsując po drodze płot, tak jak to robią niektórzy paparazzi. Chociaż w sumie nie do nich należy mieć pretensje, ale do naczelnych kolorowych gazet, którzy wyznaczają „trendy”. O tym, że w świecie brukowców nie ma świętości, przekonałam się na pogrzebie mojego Ojca. Kilkunastu fotografów biegało wokół konduktu pogrzebowego, wciskając mnie i mamie obiektywy w twarze. Skakali po okolicznych grobach, żeby mieć bardziej soczyste zdjęcia. To było koszmarne. Jednak na publikację zdjęć zdecydował się tylko „Super Express”, wyznaczający tym samym nowe standardy w dziedzinie zbydlęcenia. Myślę, że w ten sposób całe środowisko prasy kolorowej, oprócz wspomnianego „Superaka”, dało środowisku paparazzich sygnał: nie tędy droga, to się nie sprzeda. Oby jak najwięcej takich sygnałów, bo są jednak granice, których przekraczać się nie powinno, nawet w polowaniu na „małpę”.

Jaką jesteś dzisiaj kobietą?

(cisza) Cholera, uwielbiam takie pytania. Jestem zabiegana, a ADHD ma się dobrze, a nawet się rozwija. Myślę, że tak jak kiedyś usiłowałam nadrobić zaległości rodzinne, tak dziś podświadomie staram się nadgonić czas w sensie zawodowym. Poza tym z większym optymizmem patrzę na świat dookoła. Paradoksalnie sprawiła to choroba mojego Taty. Podczas kilku lat peregrynacji po szpitalach poznałam ludzi, których bym nigdy nie spotkała, gdyby nie ta nasza wspólna z Ojcem „podróż”. To cię zmienia. Widzisz walkę o życie, ale też wspólnotę w tej walce najróżniejszych ludzi: młodych, starych, biednych, bogatych, z wielkich miast i małych miejscowości. I wszyscy się na tej wojnie wspierają, obcy ludzie stają się sobie bliscy w okamgnieniu na szpitalnym korytarzu. I zdajesz sobie sprawę, ile dookoła ciebie jest fajnych osób. Polska to nie dwa ziejące do siebie nienawiścią obozy, ale kraj pełen uśmiechniętych, dobrych ludzi.

,,W domu nie walczę” – powiedziałaś. Nadal?

Jak się ma 13-letnią córkę, to się walczy. W zeszłym roku zażegnałyśmy kryzys dojrzewania: była walka z tuszem  do rzęs i szminką oraz podkradaniem moich butów. Julia odkryła, że jest kobietą. Do szkoły wychodziła nieumalowana, wracała z „tapetą”. Tłumaczenia nie pomagały, wsadzanie głowy pod kran – na krótką chwilę. Aż pewnego razu zobaczyłyśmy na ulicy 12-latkę z makijażem godnym występów w kabarecie. Mówię: „No, Julka, przyjrzyj się sobie z boku, tak właśnie wyglądasz”. Dwa razy nie musiałam powtarzać, tusze do rzęs i kredka wylądowały w koszu. Nie chcę być matką opresyjną, bo z doświadczenia wiem, że to nic nie daje. Przychodzi moment, w którym trzeba pozwolić dzieciom na popełnianie własnych błędów. Ciężko to zaakceptować, bo właśnie ten moment rozpoczyna etap „odklejania się od stada” i początek powolnego wymarszu z domu. Chciałabym je na ten moment wyjścia z gniazda dobrze wyposażyć. W mądrość i wiedzę, ale też w poczucie, że są kochane ponad wszystko i że tu zawsze mają oparcie. Dlatego przede wszystkim staram się być dla moich dziewczyn życzliwym kibicem, kiedy jest dobrze, i przyjacielem, kiedy nadchodzą trudne chwile. Myślę, że się udaje. W domu staram się nie walczyć. Wbrew mojej fatalnej (śmiech) opinii jestem człowiekiem kompromisu, a nie starcia.

„Jestem podobna do swojego kota”. Co Hanna Lis ma z kotowatych?

 

Koty przy całej swojej cudownej emocjonalności są nienarzucające się. Ja uwielbiam ludzi, ale szanuję cudzą przestrzeń. Jestem bardzo stadna, ale potrafię się wycofywać.

Co mi jeszcze powiesz?

A co byś chciał wiedzieć?

Jak będzie po japońsku: „Hanna Lis, »Panorama«, witam Państwa”?

Z japońskiego pamiętam tylko (zapis fonetyczny – red.): „Watashi wa Hanna Lis desu, watashi wa nihongo ga hanasemasen” – „Nazywam się Hanna Lis i nie mówię po japońsku”. Moje pierwsze studia – japonistyka. Szłam z papierami na italianistykę – ale po drodze był Instytut Orientalistyczny: „Pokażę swojemu ojcu, że ja też potra fię”. Tata był poliglotą. Odziedziczyłam po nim talent do języków, ale chyba nie do końca – szaloną wręcz w jego przypadku – pracowitość do tego, by się ich uczyć. On wszystkich, czyli ponad 20, nauczył się sam. Japonistyka była takim wyrazem podziwu dla Taty, hołdem, który chciałam mu złożyć. Zdałam na studia z wyróżnieniem, a po pierwszym semestrze leżałam i kwiczałam, modląc się, żeby mnie wyrzucili. Nie byłam gotowa, by zamknąć się w świecie znaków. W końcu dotarłam wreszcie na italianistykę.

,,Z podziwu dla Taty, żeby mu pokazać, że ja też potrafi ę”. Ojciec był dla Ciebie ważny. Potem szukałaś go w swoich mężach? Porównywałaś ich do niego?

Moje relacje z Ojcem były absolutnie niepowtarzalne. Nigdy nie miałam, nie mam i nie będę miała takich relacji z mężczyznami, jakie łączyły mnie z Tatą. Dla mnie był mężczyzną absolutnie idealnym. Kochałam go jak ojca i jak brata bliźniaka. Był człowiekiem bardzo subtelnym, delikatnym, czasami nieśmiałym. Nie był typem lidera, ale intelektualnie był samcem alfa. Był i jest facetem mojego życia.

,,Ja nie gaszę, ja się rzucam w ogień”. Chcesz płonąć na stosie?

Z tą cechą najtrudniej mi walczyć.

To mała gaśnica do torebki.

Pewne rzeczy robię teraz już mniej pochopnie. Z drugiej strony nie chcę tracić spontaniczności, dzięki której wiem, że żyję. Nie chcę przejść przez życie, kalkulując. Malutką gaśnicę na pewno zabieram. Dzisiaj, zanim wskoczę w ogień, liczę do 10, a nie jak kiedyś do dwóch. Jest poprawa? Jest. I o to chodzi.