Jest jedyną aktorką, która zagrała Elżbietę I i Elżbietę II. Za tę drugą rolę, w filmie „Królowa”, otrzymała Oscara. Akcja dzieje się tuż po śmierci księżnej Diany. Monarchini nie chce się zgodzić na pogrzeb z honorami, bo Lady Di po rozwodzie z Karolem nie należała już do rodziny panującej, nie chce też wystąpić z przemówieniem do pogrążonego w żałobie narodu. Nowo wybrany premier Tony Blair namawia ja do zmiany zdania. Wcześniej Helen niezbyt interesowała się życiem królowej: „Wiedziałam, że jest, podobnie jak Big Ben, ale nie robiła na mnie wrażenia”. Przygotowując się do roli, napisała do Elżbiety II list: „Nie wiem, czy jest wiadome Waszej Wysokości, że powstanie film przypominający trudny czas w Pani życiu prywatnym i że mam Panią zagrać. Żeby zrozumieć Pani postać, przeczytałam wiele książek i z dnia na dzień rósł mój szacunek wobec Pani”. Dostała odpowiedź od sekretarza królowej: „Przeczytaliśmy Pani list z zainteresowaniem”. Po ogromnym sukcesie filmu wszyscy pytali Helen, co sądzi na temat swojej bohaterki. „Stosunek Anglików do królowej sytuuje się gdzieś między schizofrenią a uwielbieniem, więc na moją rolę wszyscy patrzyli przez lupę. Członkowie rodziny królewskiej nigdy nie stoją w kolejce, a kiedy wychodzą na ulicę, zatrzymuje się dla nich ruch. Jednak w środku są tak samo pełni wad i słabości jak my. Moim zadaniem było pokazanie postaci z krwi i kości. Nie zgadzam się z opinią, że Elżbieta II zachowuje się zbyt oficjalnie. Ona jest królową, a nie gwiazdą kina, do jej obowiązków nie należy czarowanie ludzi, tylko samokontrola”, powiedziała aktora i dodała: „Wbrew pozorom nie jestem co pięć minut zapraszana do pałacu Buckingham”.

Nago i w sznurku

Była zaproszona tam w 2003 roku, trzy lata przed premierą „Królowej”. Za zasługi dla kultury Elżbieta II nadała jej tytuł szlachecki. „Nie spałam kilka nocy, zastanawiając się, jaki włożyć kapelusz, żeby nie przyćmić tego, który będzie miała monarchini. Tymczasem medal wręczył mi książę Karol”, śmieje się aktorka. Stała się specjalistką od ról brytyjskich władczyń. Pierwszą nominację do Oscara otrzymała w 1994 roku za film „Szaleństwo króla Jerzego”, w którym wcieliła się w królową Charlottę. W 2005 za tytułową „Elżbietę I” w serialu HBO dostała nagrodę Emmy – telewizyjnego Oscara. Rok później był Oscar za „Królową”, a w 2013 znowu zachwyciła jako Elżbieta II, w teatrze, w spektaklu „Audiencja”, za który nagrodzono ją statuetką Tony. Sztuka nawiązuje do rozmów, jakie królowa co tydzień prowadzała z premierami rządu na prywatnych audiencjach. Helen gra ją od młodości po czasy współczesne, spektakl nagrany w londyńskim National Theatre będzie można zobaczyć w październiku w Multikinie. Dzięki tym rolom Helen ma szanse dołączyć do elitarnego, 15-osobowego grona EGOT: zdobywców Emmy, Grammy, Oscara i Tony. Brakuje jej tylko tej drugiej nagrody. „Bardzo chciałabym ją mieć, ale nie obawiajcie się, nie będę śpiewała. Grammy można też dostać za nagranie audiobooka, tutaj mam szansę”, mówi. Z nietypowych nagród jako 66-latka otrzymała tytuł „Ciało roku”. W głosowaniu zorganizowanym przez bywalców klubów fitness w Los Angeles pokonała młodszą od siebie o 20 lat modelkę Elle Macpherson, słynącą z idealnej figury. Kiedyś częściej pisano o jej biuście niż o talencie. Sama to sprowokowała. Na przesłuchanie do renomowanego zespołu teatralnego Royal Shakespeare Company poszła ubrana tylko w kilkanaście powiązanych ze sobą sznurków. Miała 22 lata. „Zatkało nas, szczęki poopadały. Było jasne, że musimy dać jej szansę”, wspominał dyrektor teatru. Jedną z jej pierwszych ról była królowa Kleopatra, Helen biegała nago po scenie, co pod koniec lat 60. było sensacją, prasa nazwała ją „seksbombą od Szekspira”. Mówi, że wbrew pozorom była nieśmiała i miała opory, by się rozbierać: „Żeby pokonać kompleksy, podeszłam do sprawy profesjonalnie. Skoro ciało to podstawowe narzędzie aktora, powinnam się od niego dystansować”. W teatrze było to uzasadnione artystycznie, ale do dzisiaj wypomina się jej udział w filmie „Kaligula”, który ocierał się o pornografię. „Na planie wszyscy aktorzy i statyści chodzili nago, jak na plaży naturystów, nie było w tym nic perwersyjnego. A ja kupiłam sobie za tę rolę dom. Zagrałam ją, bo zawsze robiłam to, co chciałam. Już w szkole byłam pilną uczennicą, która marzyła, żeby zostać niegrzeczną dziewczynką”, tłumaczy Mirren. W dzieciństwie nie wolno jej było słuchać radia, w domu nie było telewizora, nie chodziło się do kina. Do 16. roku życia Helen nie nosiła krótkich spódniczek, nie spotykała się z chłopcami. Przy stole ona jej starsza siostra mogły rozmawiać wyłącznie o sztuce i filozofii, wszelkie błahe tematy były zakazane. Jej matka miała lewicowe poglądy, ale wychowywała córki na damy. Gdy Helen powiedziała jej, że chce zostać aktorką, oburzyła się: „Tacy jak my nie biegają po scenie”.

Bez pralki i słodyczy

Helen przyszła na świat jako Jelena Wasiljewna Mironowa. Jej dziadek od strony ojca Piotr Mironow był rosyjskim arystokratą. Kiedy negocjował w Londynie zakup broni dla carskiej armii, wybuchła rewolucja październikowa. W jednej chwili stracił cały wielki majątek, ale dzięki temu, że został w Wielkiej Brytanii, ocalił życie. Helen pamięta opowieści dziadka, np. o tym, jak jechał 24 godziny konno ze swojej posiadłości na bal do Moskwy. Gdy zmarł, jego syn Wasilij, ojciec Helen, zmienił nazwisko na Mirren. Pracował jako taksówkarz, rodzina żyła bardzo biednie. „Nie pamiętam, żebym przed ósmymi urodzinami jadła słodycze. Nie mieliśmy centralnego ogrzewania ani pralki, mama prała wszystko w ręku, często w zimnej wodzie”, wspomina aktorka. Odnosiła sukcesy w teatrze, grała w brytyjskich serialach, w końcu postanowiła spróbować szczęścia w Hollywood. W 1986 roku dostała tam w „Białych nocach” rolę rosyjskiej baleriny, która współpracuje z pułkownikiem KGB (w niego wcielił się Jerzy Skolimowski). Film nie był wybitny, ale na planie poznała reżysera Taylora Hackforda. Od tamtego czasu tworzą idealną parę, pobrali się w 1997, po 11 latach związku. Helen szczerze mówi, że nigdy nie chciała zostać matką, a zapytana niedawno, jak dba o środowisko, odpowiedziała: „Nie mam dzieci. One pochłaniają wodę, energię elektryczną, papier i wszystkie zasoby naszej planety”. Być może inną aktorkę za taką wypowiedź spotkałaby krytyka, ale Mirren jest zbyt lubiana i zbyt niezależna. Ciągle powtarza, że ma w nosie, co inni sądzą na jej temat. „Najbardziej cenię sobie w moim życiu to, że zachowałam wolność i możliwość dokonywania wyborów. Zawsze eksperymentowałam, szukałam własnych granic”, mówi.

Lepiej być starszą

Do takich eksperymentów można zaliczyć jej udział w filmach akcji. Zaczęło się w 2010 roku od „Red” z Bruce'em Willisem. „Gdybym była młodsza, pewnie mnóstwo ludzi uznałoby to za hańbę: sprzedała się Hollywood. Ale koło siedemdziesiątki nic już nie muszę. Jest mi obojętne, czy coś wypada czy nie. W moim życiu zawodowym było tyle porażek, że jedna mniej albo więcej nie robi różnicy”, tłumaczyła. Z tymi porażkami trochę przesadziła, nigdy nie zagrała złej roli. Dwa lata temu wróciła do kina akcji, pojawiła się w ósmej części „Szybkich i wściekłych”. Zgodziła się pod warunkiem, że będzie sama prowadziła samochody, bez dublerów i kaskaderów, jest miłośniczką motoryzacji. „Chcę grać nie tylko w filmach ważnych i poważnych, ale też rozrywkowych. Robię to dla przyjemności, zamierzam bawić się na planie równie dobrze co przy pracy nad »Red«”, oznajmiła. 74-letnia Helen zapewnia, że upływ czasu działa na jej korzyść. „Wprawdzie nikt już nie pisze o moim biuście, ale nigdy nie czułam się bardziej kobieco niż teraz. Kiedy jesteś młoda i piękna, jesteś też paranoiczna i nieszczęśliwa. Mając 20 lat, zachowujemy się jak dorośli, a tak naprawdę nic jeszcze nie wiemy. Rządzi nami kotłowanina emocji, lęków, konieczność spełniania cudzych oczekiwań. Po czterdziestce jesteś w porządku, po pięćdziesiątce super, po sześćdziesiątce stajesz się cudowna, a po siedemdziesiątce rewelacyjna”, mówi i dodaje, że dla niej piękno oznacza ciekawość świata oraz zaangażowanie w sprawy innych. Na tegorocznym festiwalu w Cannes przekazała pół miliona dolarów na rzecz organizacji pomagającej uchodźcom. Zwróciła się wtedy do zaproszonych gwiazd: „Macie tu darmowe noclegi i wyżywienie, osobistą ochronę, jest wam ciepło, deszcz nie pada wam na głowy. Pomyślcie o tych, którzy znaleźli się w znacznie gorszej sytuacji”. Jej najnowsza rola to znowu monarchini, tytułowa Katarzyna Wielka w serialu HBO. „Była niesamowitą przywódczynią. Jej rzekoma rozwiązłość to oszczerstwo, wymyślone przez mężczyzn, którzy nie lubią silnych kobiet i przypisują im złe cechy. Caryca miała wiele wad, ale mam nadzieję, że oddam jej honor jako reformatorce”, mówi aktorka. Zapytana, jak to robi, że wszystko jej się udaje, odpowiada: „Z wiekiem nie nabierasz większej pewności siebie, tylko po prostu mniej się przejmujesz. Masz to wszystko gdzieś. Nie wyglądam tak dobrze jak kiedyś? A co mnie to obchodzi? Wtedy wszystko przychodzi łatwiej. Gdybym teraz miała dać sobie młodszej dobrą radę, brzmiałaby ona: bądź bardziej asertywna i używaj zwrotu »pieprz się« znacznie częściej”.

Artykuł pierwotnie ukazał się w magazynie "Gala" nr 19 (660).

SPRAWDŹ TEŻ: Ricky Martin, Elton John i inni. Jak ojcowie geje wychowują swoje dzieci?