Kasia Tusk na Instagramie podzieliła się ostatnio nietypową historią. Blogerka wyznała, że bardzo znana hiszpańska sieciówka oferująca akcesoria domowe wykorzystała jej zdjęcie bez pozwolenia, a co więcej przerobiła je i "wkleiła" produkty ze swojego asortymentu. Kasia zapytała internautów, czy w takim wypadku powinna wejść z firmą na drogę sądową, ale nawet nie zdążyła jeszcze podjąć decyzji, bo marka sama postanowiła się z nią skontaktować i wyjaśnić sytuację.

Zara ukradła zdjęcie Kasi Tusk. Jak zakończyła się sprawa?

- Jak gdyby nigdy nic wyszłam z samego rana z domu, aby z córką pod pachą i Portosem ciągnącym niczym audi R8, zrobić zakupy. Telefon jak zwykle zadzwonił wtedy, gdy Portos obszczekiwał śmietnik, a ja próbowałam zapłacić za zakupy jednocześnie powstrzymując córkę przed ściągnięciem bananów z lady straganu. Przeszło mi przez myśl, żeby nawet nie odbierać, ale że mógł to być kurier z ważną paczką (który, jak wiadomo, zawsze przychodzi wtedy, gdy akurat wyjdziesz z domu na siedem minut), więc zaciskając zęby, sięgnęłam za telefon. Ale to nie był kurier, tylko Zara Home - zaczęła opowieść Kasia Tusk.

Córka Donalda Tuska przyznała, że nie była przygotowana do rozmowy, gdyż nie spodziewała się, że "taki gigant" odezwie się do niej jako pierwszy. Wiedziała jednak, że chociażby ze względu na innych twórców internetowych, powinna spróbować postawić na swoim. Wysłuchała więc przedstawicieli sieciówki, a następnie skontaktowała się ze swoimi prawnikami.

- Razem z prawnikami obiektywnie podeszliśmy do tematu. Ustaliliśmy jakiej kwoty mogłabym się domagać w razie procesu, przyjęliśmy optymistyczny wariant, że go wygrywam i z takim założeniem oddzwoniłam do Zary, proponując, aby sfinansowali pomoc tej wartości dla dwóch chorych dziewczynek. Nie byłam pewna reakcji moich rozmówców, bo wiem z własnego doświadczenia, że bez formalnego pozwu trudno skłonić jakąkolwiek firmę do zadośćuczynienia.

Po kilku minutach wpatrywania się w telefon z mocno zaciśniętymi kciukami dostałam odpowiedź. Przedstawiciel Zary podziękował mi za takie podejście i dodał, że są gotowi "zaokrąglić" zaproponowaną kwotę. Zostałam poproszona o jej nie ujawnianie i przystałam na ten warunek. Mogę Was tylko zapewnić, że było to raczej jedno z droższych zdjęć okien. Wybaczcie mi tę dyskrecję, niektóre z Was może uznają, że byłam za miękka, bo z moich ust również padło słowo "dziękuję", ale dla mnie najważniejsze jest to, że finał tej całej "afery" ze świątecznym wystrojem jest taki, że ktoś będzie miał chociaż ciut fajniejsze Boże Narodzenie.

Spodziewaliście się takiego zakończenia sprawy?