GALA: Z jaką myślą obudziłaś się dziś rano?

ILONA FELICJAŃSKA: Z jakimś takim osłabieniem. Trochę było mi smutno. Nie lubię takiego stanu. Pomyślałam: „Może popełniam jakiś błąd? Ciągle tych pieniędzy jest mało i mało”. W ostatnim roku przekazaliśmy prawie 500 tysięcy złotych na różne cele, ale patrząc na kolejne listy z prośbami, to i tak nic.

GALA: Pamiętam nasze pierwsze spotkanie kilka lat temu. Spełniałaś wtedy marzenie 18-letniej Igi chorej na mukowiscydozę. Dziewczyna chciała wystąpić w profesjonalnej sesji zdjęciowej, przejść po wybiegu z modelkami. Ty ją malowałaś, wybierałyście razem stroje.

ILONA FELICJAŃSKA: To były dla mnie wyjątkowe chwile, takie, które zostają w sercu na zawsze. Iga miała pełną świadomość, że choroba jest nieuleczalna, że każdy dzień jej życia może być ostatnim... Ale starała się żyć jak najpełniej. Chciała być piękną nastolatką. Poprosiłam Leszka Czajkę, żeby zrobił jej ładną fryzurę, stylistka poradziła jej, jak ma się ubierać. Iga była tak bardzo szczęśliwa... Ale wtedy przeżyłam też moment załamania. Ktoś mi powiedział: „Dałaś jej w tym momencie szczęście. A gdyby ona tego nie znała, nie widziała, może byłoby jej łatwiej? Bo teraz wie, za czym tęsknić”. Dużo o tym myślałam... I dziś jestem pewna, że najważniejsze jest móc przeżyć takie chwile, za którymi później tęsknimy. Nawet jedna chwila szczęścia jest bezcenna. Nawet wtedy, gdy wiemy, że nasze życie się kończy…

GALA: Dużo miałaś takich wyjątkowych chwil, do których wracasz?

ILONA FELICJAŃSKA: Zawsze wracam do spotkań z „moimi” dziećmi z Bogumiłka – ośrodka dla dzieci upośledzonych umysłowo. Nigdy nie zapomnę pokazu „Gwiazdy dzieciom”, który zrobiłam w okolicach Dnia Dziecka. Z gwiazdami wychodziły dzieci zdrowe i na końcu dzieci z Bogumiłka. Ich radość, że są na wybiegu, że ludzie je oklaskują, była tak prawdziwa, że wiele osób płakało. Czasem myślę, że te dzieci są bardziej normalne od wielu z nas. Zabieganych, stale narzekających. Nie zauważamy, że świeci słońce, kwitną kwiaty, liście na drzewach zmieniają kolory. Nie potrafimy cieszyć się zwykłą, prostą rzeczą. Zapętlamy się w takiej gonitwie za sukcesem i pieniędzmi. I w pewnym momencie zdajemy sobie sprawę, że w tym biegu jednak nie ma szczęścia.

GALA: Dlaczego pomagasz innym?

ILONA FELICJAŃSKA: Bo właśnie wtedy czuję się szczęśliwa. Wszystko zaczęło się od pokazu Teresy Rosati, podczas którego zbierano pieniądze na fundację Jolanty Kwaśniewskiej. Pomyślałam, że to świetny pomysł, żeby pomagać innym przy okazji przeróżnych eventów. Wiesz, miałam wtedy takie przekonanie, że otrzymałam od losu bardzo dużo i że w tym moim szczęściu zaczynam się...

GALA: Trochę bać?

ILONA FELICJAŃSKA: Tak... Głęboko wierzę, że życie jest jednym wielkim bilansem. Dobre chwile mieszają się ze złymi. Pomagając innym, dziękuję za moje zdrowe dzieci, spłacam dług. Kiedy założyłam fundację, nie miałam jeszcze biura, pracowałam w jednej z kawiarni Galerii Mokotów, bo w domu, przy dwóch małych synkach, nie dało się skupić. Pamiętam, jak z tej kawiarni zadzwoniłam do koleżanki, że już mam komputer, skrzynkę mailową i chcę pomagać chorym dzieciom. Tylko którym? Skończyłam z nią rozmawiać i od sąsiedniego stolika podszedł do mnie mężczyzna. Powiedział, że syn jego przyjaciela miał nowotwór i wie od niego, jak dużo jest potrzeb na oddziale onkologii Centrum Zdrowia Dziecka. Pojechałam za kilka dni do pani profesor Danuty Perek. Chodziłyśmy ponad godzinę po oddziale.

GALA: Wróciłaś do domu i...

ILONA FELICJAŃSKA: Przez dwa tygodnie nie byłam w stanie nic robić. Wszystko we mnie dojrzewało. Później wiele razy zbierałam pieniądze na wakacje dla dzieci chorych na raka. Te obrazy z pierwszej wizyty na oddziale onkologii często do mnie wracają.

GALA: Nie przytłacza Cię cierpienie? Nie czujesz się czasem smutna, bezsilna?

ILONA FELICJAŃSKA: Nauczyłam się myśleć, jak to nazywam, połową mózgu. Inaczej nie dałabym rady. Ale czasem jest mi ciężko... Kiedyś przed świętami zadzwoniła matka dziewczynki, chorej – jak Iga – na mukowiscydozę. Płacząc, mówiła, że córka od dwóch lat marzy o piesku yorku, a ona nie ma pieniędzy. Kilka dni temu dostałam list od kobiety samotnie wychowującej sześcioletniego synka z porażeniem mózgowym, która zarabia 600 złotych miesięcznie. Jak można żyć za te pieniądze z chorym dzieckiem?! Tego samego dnia w restauracji zginął mi portfel. I to był dla mnie bardzo fajny moment, wręcz niezwykły.

GALA: Bo?

ILONA FELICJAŃSKA: Zupełnie się tym nie przejęłam, ani przez chwilę. Myślałam bardziej o tym, że nic nie czuję, niż gdzie jest ten portfel. To była chwila takiej pełnej świadomości, że ja już wiem, co jest w życiu istotne.

GALA: Podoba mi sie Twoja najnowsza akcja „Pomagam na stałe”. Namawiasz ludzi, zeby dali zlecenie w banku na stały przelew 20 złotych.

 

ILONA FELICJAŃSKA: Jeżeli zrobi to 250 osób, fundacja może opłacić dodatkowo jeden turnus rehabilitacyjny dla dziecka z porażeniem mózgowym. Ale niech to będzie nawet pięć czy dziesięć złotych. Za 1200 złotych kupiłam ręczniki do Bogumiłka, bo stare już były dziurawe. Byłam ostatnio w jednej z prywatnych telewizji. Namawiałam ich, żeby zrobić dużą kampanię dotyczącą jednego procenta podatku. Często słyszę: „A komu ta moja złotówka jest potrzebna?”. Tłumaczę: „Jak każdy tę złotówkę odda na jakiś dobry cel, łatwiej nam będzie pomagać”. Zrobię wszystko, żeby to promować. Na razie jeden procent przekazuje tylko ok. 30 procent z nas. Zobacz, ile pieniędzy mamy do zyskania! To nie jest tak, jak wielokrotnie mi zarzucano, że moja fundacja powstała po to, żebym ja mogła się promować...

GALA: Boli, kiedy to słyszysz?

ILONA FELICJAŃSKA: Kiedyś bardzo bolało, ale teraz już się nie przejmuję. Odpowiadam: „Tak, chcę się promować. Robię to z premedytacją, bo im bardziej będę rozpoznawalna, tym więcej osób o mnie usłyszy i tym więcej pieniędzy będę mogła przekazać”. Świadomie wykorzystuję moją popularność, twarz, nazwisko, w dobrym celu. Nie wstydzę się tego powiedzieć.

GALA: Często zabierasz do chorych dzieci swoich synków. To nie jest troche ryzykowne?

ILONA FELICJAŃSKA: Robię to ostrożnie. Moja znajoma Dorota Wróblewska opowiadała mi, że jeździła ze swoją córką na odział onkologiczny i nagle dziewczynka panicznie zaczęła się bać chorób. Nigdy nie zmuszam Adama i Maćka do jeżdżenia ze mną. Pamiętam ich pierwsze spotkanie w Bogumiłku. Nie kazałam im na siłę bawić się z dziećmi. Patrzyli, obserwowali, zadawali pytania: „Dlaczego ten chłopczyk tak głośno się śmieje?”. Mówiłam, że jest chory i nie wie, że śmieje się zbyt głośno. A śmieje się dlatego, bo jest szczęśliwy. Zawsze tłumaczę moim chłopcom, że trzeba pomagać. Byłam dumna, kiedy przed świętami sami powiedzieli: „Mamo, chodź, podzielimy zabawki na te, które chcemy zostawić i te, które oddamy dzieciom z domów dziecka”.

GALA: Wiele razy obserwowałam, jak rozmawiasz z chorymi. Mało kto to potrafi . Boimy sie, a Ty jestes naturalna. Nigdy nie miałas z tym problemu?

ILONA FELICJAŃSKA: Pamiętam, że u mnie na wsi mieszkało kilka osób upośledzonych umysłowo. Ludzie się z nich śmiali. Byłam kilkuletnią dziewczynką, a bardzo mnie to bolało, byłam zła. Chyba wtedy nauczyłam się naturalnie rozmawiać z ludźmi „innymi”. To co, że mówili może dziwnie, może nawet śmiesznie, ale mówili o czymś, co było dla nich ważne. Byli prawdziwi. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że są inni, po prostu z nimi rozmawiałam.

GALA: Masz jakieś zdjęcie swojego rodzinnego domu na wsi?

ILONA FELICJAŃSKA: Niestety nie, ale cały czas jest w mojej głowie. Został zburzony ponad 20 lat temu, wujek wybudował obok nowy. Mój dom był jeszcze sprzed I wojny światowej, modrzewiowy, kryty strzechą. Jak mocniej przygrzało słońce, to żywica ciekła po ścianach. Spaliśmy pod wielkimi pierzastymi kołdrami. Rodzice wstawali o czwartej rano, palili w piecu, tata szedł po wodę do ulicznego hydrantu. Kiedy mnie budzili, w domu już było ciepło, babcia krzątała się przy kuchni.

GALA: Byłaś szczęśliwym dzieckiem?

ILONA FELICJAŃSKA: To był wtedy cały mój świat. Jeszcze nie wiedziałam, że gdzieś może być inaczej. Byłam naprawdę szczęśliwa. Nie mam wspomnień, że było mi źle, biednie. Wszyscy dookoła żyli podobnie. Miałam rodziców, psa Kredka, króliki i kochaną babcię. Gotowała najlepszą na świecie zalewajkę. Wiesz, co mi trochę przeszkadzało? W czasie ulew przeciekał dach. Czasami budziliśmy się w nocy i musieliśmy na łóżku stawiać miskę, żeby nie kapało.

GALA: Kiedy pierwszy raz zobaczyłaś duże miasto?

ILONA FELICJAŃSKA: Jak miałam dziewięć lat, przeprowadziliśmy się do Bełchatowa. Tata dostał od elektrowni mieszkanie. Miasto wydawało mi się ogromne, szare, smutne, wszędzie tylko obcy ludzie, obce dzieci. Miałam pierwszy własny pokój. Pamiętam, że z kalendarza wyrywałam kartki ze złotymi myślami wielkich ludzi. Na ich mądrościach chciałam się uczyć życia.

GALA: Wierzyłaś w siebie?

ILONA FELICJAŃSKA: Nie bardzo. W którymś momencie zaczęłam bać się marzyć. Inny świat wydawał mi się odległy i niedostępny. Miałam taki film w głowie, gdzie główna bohaterka jedzie do Warszawy i jej się udaje. Ale to nie do końca byłam ja. To była aktorka, która grała mnie...

GALA: Rodzice nie mówili Ci, że jesteś ładna, zdolna i na pewno Ci się uda?

ILONA FELICJAŃSKA: Tata zawsze był obok. Kochał mnie, ale był takim tatą w fotelu. Może myślał, że tak jest dobrze, bo nie wiedział, że może być inaczej?...

GALA: A mama?

ILONA FELICJAŃSKA: Bardzo się starała, żebym była dobrze wychowana, miała zasady. I żeby nie przewróciło mi się w głowie. Powtarzała: „Pamiętaj, to nie uroda jest najważniejsza w życiu” i „Nic nie dostajemy za darmo, do wszystkiego musimy dojść ciężką pracą”.

GALA: Powiedziałaś, że ojciec był gdzieś obok... Później tak się ułożyło życie, że nie widzieliście się wiele lat. Pewnie często zadawałaś sobie pytanie, dlaczego tak się stało?

ILONA FELICJAŃSKA: To bardzo trudne... Nie było między nami więzi emocjonalnej, ale czułam się z tym źle i dlatego zdecydowałam się po wielu latach do niego pojechać. Późnym latem zmarła moja ukochana babcia. A wiedziałam, że tata miał z nią cudowną więź. Nie zastanawiałam się, co mu powiem i jak powiem, nie chciałam niczego rozdrapywać. Myślałam, że po prostu przyjdę i powiem, że babcia nie żyje…

GALA: Bałaś się?

ILONA FELICJAŃSKA: Bardzo, ale starałam się o tym nie myśleć. Nie widzieliśmy się trzynaście lat... Wjechałam na siódme piętro. Zadzwoniłam. Weszłam. Rozmawiał akurat przez telefon. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i powiedział do słuchawki: „Wiesz, muszę kończyć, bo Ilona przyjechała”.

GALA: Jakbyś wróciła z wycieczki...

ILONA FELICJAŃSKA: To było tak niesamowite, tak rozbrajające, że... Trudno mi o tym mówić. Córka wyrosła, wyjechała do Warszawy, robi tam swoje, a teraz przyjechała.

GALA: Udało się Wam szczerze porozmawiać?

 

ILONA FELICJAŃSKA: To była taka rozmowa...

GALA: Obok?

ILONA FELICJAŃSKA: Tak, bardziej mówienie o tym, co dookoła, niż o sobie. Opowiadanie o sąsiadach, znajomych, wujkach. Może żeby ominąć mówienie o uczuciu, tęsknocie. Siedzieliśmy prawie dwie godziny... Czułam, że uwolniłam się od czegoś, co mnie latami gnębiło, bolało. Na koniec powiedziałam, że nie ma co szukać winnych, niedługo przyjadę na dłużej i wtedy po prostu opowiemy sobie siebie.

GALA: Powiedz, jak to jest wejść po tylu latach do swojego dawnego pokoju?

ILONA FELICJAŃSKA: Wróciłam do siebie sprzed lat... Wcześniej myślałam o swoich rzeczach, zdjęciach tam zostawionych. Intuicyjnie czułam, że mój pokój nie zmienił się. Nie pomyliłam się. Tata jest dobrym, wrażliwym człowiekiem. Niczego nie ruszył... Zobaczyłam ten sam dywan, łóżko...

GALA: Niesamowite, zastałaś nietknięty świat sprzed kilkunastu lat.

ILONA FELICJAŃSKA: Przypomniałam sobie teraz jakiś film z dzieciństwa, w którym przez drzwi w szafie mała dziewczynka przechodziła do innego świata, a potem wracała. Ja też wyszłam i wróciłam. Jednak moja rzeczywistość jest tu, w Warszawie, bo tu jestem szczęśliwa. W dawnym pokoju pod biurkiem znalazłam nawet zeschnięty klej, atrament, stare taśmy magnetofonowe i szarfy z wyborów Miss Polonia.

GALA: Do Warszawy przyjechałaś z jedną walizką, bez pieniędzy. Weszłaś do wynajętego mieszkania i co pomyślałaś?

ILONA FELICJAŃSKA: Że nie wrócę już do Bełchatowa (śmiech). Mama, żegnając mnie na dworcu, chyba nie do końca wierzyła, że wyjeżdżam. Powiedziała: „Pewnie szybko wrócisz do mamusi”. Warszawa na początku wydawała mi się tak ogromna, zagmatwana, trudna do ogarnięcia. Strasznie się bałam, a jednocześnie byłam pewna, że podjęłam słuszną decyzję.

GALA: Długo miałaś kompleks prowincji?

ILONA FELICJAŃSKA: Długo, ale starałam się o tym nie myśleć. Pojechałam na jakiś pokaz i słyszałam tam od dziewczyn takie niby żarty: „Chyba tę bluzeczkę z wyszywanym kwiatkiem to masz jeszcze ze wsi. Taka pamiątka?”. Bolało, ale już wiedziałam, że wszystko, co boli, bardzo nas wzmacnia.

GALA: Zostało w Tobie coś z tamtej dziewczynki ze wsi?

ILONA FELICJAŃSKA: Chyba wrażliwość. Kiedy chodziłam po łąkach, zauważałam kwiatki. Pamiętam niezapominajki nad rzeką, kaczeńce nad stawem i białe lilie. Pamiętam, jak szumiały drzewa, gdy szła burza, i jak szarzało niebo przed wielkim śniegiem... Jak przyjechałam do Warszawy, to ta dziewczynka została na chwilę stłamszona. Musiałam stać się silniejsza, żeby się odnaleźć. Wielokrotnie słyszałam: „To ta ze wsi, ta, co się nie potrafi ubrać, nie ma stylu”. Zaciskałam zęby i szłam dalej. Nałożyłam na siebie skorupę. Przeszłam długą drogę. Być może to dzieci z Bogumiłka przypomniały mi proste chwile i zwykłą radość. Od niedawna uwielbiam robić zdjęcia przyrody. Wczoraj wróciłam z Mazur. Udało mi się tam sfotografować pięknego ptaka w locie. Cieszę się, że go widziałam.