W życiu nie uznaje kompromisów. Lubi iść pod prąd i nie boi się mówić, co myśli. Od 20 lat Izabela Trojanowska gra w najpopularniejszej polskiej telenoweli „Klan”. Teraz wróciła do muzyki i wydała nową płytę „Na skos”. Rockową jak ona sama.

Ostatnio znów jest o Tobie głośno, głównie dzięki nowej płycie i metamorfozie, którą przeszłaś…

Na początku nie rozumiałam, dlaczego moje życie prywatne jest przedmiotem publicznej dyskusji. Dopiero teraz oswoiłam się z myślą, że to cena, którą płaci się za popularność. Przy okazji premiery filmu czy kolejnej płyty próbowano dopisywać do mojego życiorysu sensacyjne wątki – wspominano o depresji i innych przypadłościach.

Dzisiaj czujesz się popularniejsza niż przed laty?

Myślę, że moją popularność ugruntował serial „Klan”, w którym gram od 20 lat. Codziennie goszczę w domach kilku milionów Polaków. Przestałam się więc dziwić, kiedy ktoś zamiast „Izabelo” mówi do mnie „Moniko”, bo tak ma na imię moja bohaterka. Między innymi dlatego zdecydowałam się na metamorfozę – zmieniłam fryzurę i kolor włosów z blond na czarny. Płyta „Na skos” to dzieło Izabeli Trojanowskiej, a nie Moniki Ross. Na potrzeby serialu mam już przygotowaną blond perukę.

Mówiłaś mi kiedyś, że perypetie serialowej Moniki odzwierciedlają to, co dzieje się w Twoim życiu…

Niektóre wątki serialowe inspirowane są moim życiem, dlatego ta postać jest mi taka bliska. Podobnie jak Monika przez kilka lat byłam współwłaścicielką restauracji w Berlinie, zajmowałam się też projektowaniem mody.

Płyta „Na skos” jest symbolicznym powrotem do korzeni – nagrałaś ją z Janem Borysewiczem, z którym pracowałaś przy swoim debiucie w 1980 r.

Janka spotkałam latem, przypadkiem, podczas przejażdżki rowerem po Wilanowie. Okazało się, że od lat jesteśmy sąsiadami. Wspólnie uznaliśmy, że powinniśmy znów coś razem zrobić. Kiedy dał mi wysłuchać tytułowej kompozycji „Na skos”, pomyślałam, że może to być dobry kawałek dla mnie.

Jak zmieniłaś się przez te lata?

36 lat, które minęło od mojego debiutu, to nie tylko szalony, ale też piękny czas. Materiał na scenariusz filmowy w zasadzie każdego gatunku – od filmu sensacyjnego po obyczajowy (śmiech). Przez wiele lat byłam rozdarta między Berlinem i Warszawą, wynajmowałam mieszkania, ale nie miałam stałego adresu. Kilka lat temu znalazłam wreszcie takie miejsce w Warszawie, gdzie czuję się świetnie, i chcę tu zostać. Mam szczęście w życiu – otaczają mnie wspaniali ludzie, pracuję w zawodzie, który jest moją pasją. Cieszę się, że mogę go uprawiać przez tyle lat.

A jaki masz stosunek do przemijania?

Przeżywam każdy dzień tak, jakby miał być tym ostatnim. Dlatego staram się spełniać swoje marzenia – podróżuję, poznaję ciekawych ludzi, nawiązuję przyjaźnie.

Na nowym albumie powracasz do rockowych brzmień. Ten gatunek najlepiej pasuje do Twojego temperamentu?

O tak, zdecydowanie! W dzieciństwie lubiłam śpiewać dla siebie, nie myślałam, że komuś może się to w ogóle spodobać. Przekonałam się o tym dopiero podczas szkolnych akademii, na których występowałam. Mimo że byłam nieśmiała, paradoksalnie nabierałam pewności siebie, kiedy stawałam na scenie. Na co dzień byłam niepokornym dzieckiem – miałam tróję z zachowania, nie umiałam się dostosować do panujących w szkole zasad. Wychodziłam bez pytania z klasy, nie zważając na spojrzenia nauczycieli. Ciągle zamyślona, żyłam w swoim świecie. Dorobiłam się nawet ksywki „śpiąca królewna”.

A teraz?

Jestem raczej spokojna. Chyba że ktoś chce skrzywdzić moich bliskich – wtedy zamieniam się w byka i potrafię wygrać każdą korridę.

Jak radzisz sobie z negatywnymi emocjami?

Czasami diabeł, którego mam w środku, ujawnia się w najmniej spodziewanych momentach. Wtedy puszczam głośną muzykę i tańczę, najchętniej gdy nikt tego nie widzi.

Pochodzisz z rodziny o tradycjach muzycznych?

Muzyka była w naszym domu zawsze obecna, głównie dzięki mamie, która kochała śpiewać. Podczas codziennych obowiązków nuciła piosenki Sławy Przybylskiej, Haliny Kunickiej czy Jerzego Połomskiego, tańczyła też w amatorskim balecie. Obserwowała, jak rozwija się mój talent, posyłała mnie na zajęcia dodatkowe. Kibicowała mi; zresztą do dziś jest jedną z moich najwierniejszych fanek.

A tata?

Jemu nie podobało się to, że śpiewam. Wolał, żebym miała porządny zawód, a muzykę traktowała jako hobby. Ale był ze mnie dumny – duże wrażenie zrobiło na nim, gdy w wieku 16 lat jako solistka chóru katedralnego odebrałam nagrodę podczas Festiwalu Pieśni Sakralnej „Sacrosong” w Chorzowie. Wręczył mi ją ówczesny kardynał Karol Wojtyła i podziękował tacie za katolickie wychowanie córki. Potem wzięłam udział w Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze i Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, gdzie otrzymałam pierwszą nagrodę w kategorii debiutów.

Z dnia na dzień stałaś się popularna – udzielałaś wywiadów, występowałaś w telewizji. Dawało Ci to szczęście?

Wtedy byłam wobec siebie zbyt krytyczna. Wydawało mi się, że werdykt jest niesłuszny, sądziłam, że dostałam tę nagrodę na zachętę. Poza tym szybko wylała się na mnie fala krytyki. Wróżono mi marny koniec – pisano, że pewnie rzucę szkołę i wpadnę w złe towarzystwo. Przepłakałam kilka nocy, nikt nie przygotował mnie na takie reakcje. Miałam zaledwie 16 lat, mogłam ulec presji otoczenia, ale się nie poddałam. Dopiero po kilku latach zrozumiałam, że uznanie w oczach publiczności to marzenie każdego artysty. Na spotkania mojego fanklubu przychodzili ludzie z różnych środowisk, wśród nich także członkowie tworzącej się wtedy „Solidarności”, która w pobliżu miała swoją siedzibę, m.in. Anna Walentynowicz czy Lech Wałęsa, który dostał naszą legitymację członkowską z numerem 1.

Przez lata byłaś wokalistką Budki Suflera. Świat rocka to chyba nie miejsce dla dziewczynek z dobrych domów?

Sama go sobie wybrałam (śmiech). Interesowałam się rockiem, dlatego postanowiłam śpiewać z Budką. Mój mąż, podobnie jak Romuald Lipko, pochodzi z Lublina i wiedział, jak do nich dotrzeć.

Możesz powiedzieć, że wszystko, co osiągnęłaś, zawdzięczasz sobie?

Zawdzięczam to ciężkiej pracy i życzliwości osób, które spotkałam na swojej drodze. Nie myl tego, proszę, z towarzyskimi koneksjami, bo nigdy nie należałam do elit czy kółek wzajemnej adoracji. Lubię iść pod prąd i nie boję się mówić, co myślę. Dlatego tak bardzo odróżnialiśmy się z Budką od innych zespołów, śpiewających „bezpieczne” piosenki o miłości. W przeciwieństwie do wokalistek, które wychodziły na scenę ubrane w sukienki z falbankami, ładnie się uśmiechały i recytowały swoje „lalala”, nie chciałam się temu podporządkować.

No właśnie – Ty zwracałaś uwagę nie tylko muzyką, lecz także oryginalnymi kreacjami. Nastolatki w tamtych czasach marzyły, by ubierać się jak Trojanowska.

Mogłam za to zapłacić najwyższą cenę. Dyrektor sopockiego festiwalu był oburzony, kiedy zobaczył moją garsonkę Thierry’ego Muglera z bordowego aksamitu z brylantami i watowanymi ramionami. Publicznie kazał mi ją zdjąć, co zostało wyśmiane przez moich kolegów artystów. Wiedziałam, że z takim podejściem nie będzie mi łatwo, ale się nie poddawałam.

Ludzie Cię wspierali, miałaś dużo fanów. To przekładało się na sprzedaż płyt?

Nie zarabiałam kokosów – w tamtych czasach honoraria dla gwiazd były raczej skromne. Na szczęście PAGART organizował koncerty w Stanach Zjednoczonych – miesięczny wyjazd pozwalał nam pokryć roczne koszty utrzymania.

Byłaś wtedy młodą żoną. Udawało Ci się godzić życie prywatne ze śpiewaniem?

Wyszłam za Marka Trojanowskiego, swojego przyjaciela. Marek z wykształcenia jest matematykiem cybernetykiem, na co dzień pracował w PAN-ie, ale lubił dobrego rocka. Wspierał mnie w tym, co robiłam – jeździliśmy razem na koncerty, omawialiśmy pomysły na płyty. Dzięki temu mogłam się realizować zawodowo.

A nie chciałaś się realizować jako żona, matka?

Nie miałam specjalnie czasu, by się nad tym zastanawiać – grałam w filmach, spektaklach teatralnych, nagrywałam kolejne płyty. Żartowałam, że większość życia spędzam w podróży. Czasami po południu kończyłam próby do spektaklu w Warszawie, a wieczorami grałam koncert na drugim końcu Polski. Wiedziałam jednak, że po tym wszystkim mogę wrócić do swojego mieszkania przy ulicy Dragonów w Warszawie i tam będzie czekał na mnie Marek.

Pewnego dnia podjęłaś jednak decyzję o wyjeździe z Polski. Zamieszkałaś na stałe w Niemczech. Pisano wtedy, że się skończyłaś, że nie wrócisz już do muzyki.

Również – że gram w filmach porno w RFN albo rodzę dzieci i mieszkam w lesie… Moja teściowa dostawała nawet od nieznajomych paczki z pampersami i smoczkami. Byłam szczerze dotknięta tymi plotkami – zastanawiałam się, czy po tylu latach tworzenia muzyki dla milionów Polaków zasługuję na takie traktowanie.

Jaka więc była prawda? Dlaczego wyjechałaś z Polski?

Dostałam propozycję zagrania kilku koncertów w Holandii. Skorzystałam z niej również dlatego, że chciałam odwiedzić moją mamę i braci mieszkających za granicą. Wiedziałam, że zostanę poza Polską przez jakiś czas, ale nie sądziłam, że ten pobyt przeciągnie się na kilka lat. Najpierw, by być bliżej mamy, która mieszka w Düsseldorfie, przenieśliśmy się z mężem do Kolonii, a potem – do Berlina. To miasto wydawało mi się niezwykłe – barwne, kolorowe i kosmopolityczne.

Tęskniłaś za Polską?

Docierały do nas echa tego, co działo się wtedy w kraju. Opowiadano nam, jakie plotki krążyły na mój temat, i dlatego w ogóle nie myślałam o powrocie. Polubiłam anonimowość – mogłam chodzić swobodnie po ulicy, bo nikt mnie nie rozpoznawał. To był czas totalnego wyciszenia, cieszyłam się, że mogę go spędzać z bliskimi. Poza tym trochę obraziłam się na kraj – głównie za to, co pisano o mnie w gazetach. Postanowiłam zdementować te plotki i udzieliłam miesięcznikowi polonijnemu „City Life” wywiadu. Zapowiedziałam w nim, że osobie, która dostarczy jako dowód taśmę z filmami porno z moim udziałem, wypłacę w gotówce milion marek zachodnioniemieckich.

Nikt się oczywiście nie zgłosił. Nie czułaś, że zawaliła Ci się kariera?

Mogłam w każdej chwili wrócić do Polski i znowu śpiewać. Przygotowywałam się na to i wtedy odrzucono moją prośbę o przedłużenie paszportu. Zorientowałam się też, że skasowano z radia i telewizji moje piosenki, więc to było bez sensu.

Kilka lat później zostałaś mamą. Przewartościowałaś priorytety?

Byłam wtedy bardzo szczęśliwa i przejęta. Roxy pojawiła się na świecie w takim momencie mojego życia, kiedy mogłam się jej bez reszty oddać. Żartowałam, że jesteśmy niemal ze sobą zrośnięte. Pamiętam, jak sama wnosiłam jej wózek na trzecie piętro naszego mieszkania bez windy w Berlinie. Nie musiałam chodzić na siłownię, by wrócić do formy po porodzie. Codziennie chodziłyśmy na spacery, place zabaw. Ona była i jest dla mnie najważniejsza.

Jaką jesteś dla niej mamą?

Mam nadzieję, że dobrą. Przyjaźnimy się, wiemy o sobie prawie wszystko.

Nie chciałaś, by Roxanna poszła w Twoje ślady?

Nie wiem, ale podświadomie przygotowywaliśmy ją do tego z mężem. Od dziecka miała lekcje baletu, śpiewu i pianina. Ma świetny słuch muzyczny i głos – piękne trzy oktawy. Byliśmy zaskoczeni, gdy Roxanna oznajmiła, że nie chce wiązać zawodowo swojej przyszłości z muzyką, chociaż respektujemy jej wybór. Skończyła antropologię w Wiedniu, a od trzech lat studiuje prawo w Berlinie. Uwielbia, tak jak my, podróżować, szybko uczy się języków. Ma też za sobą aktorski epizod w serialu „Klan”. Kiedy Roxanna przyjeżdża do Warszawy, nie rozstajemy się nawet na minutę! Roxy zawsze się u mnie zatrzymuje, dużo wtedy rozmawiamy. Zabrałam ją kiedyś na plan. Podczas zdjęć aktorka grająca pannę młodą zorientowała się, że brakuje statystki, której mogłaby wręczyć kwiaty. Roxanna się zgodziła, a po emisji tego odcinka dziennikarze dorobili do tego ideologię, pisząc, że na siłę wciskam swoja córkę do serialu…

Jak wygląda Wasz wspólny świat?

Interesująco, dlatego że obie jesteśmy siebie ciekawe. Teraz świat Roxanny to głównie egzaminy, jej chłopak i samodzielne mieszkanie. Zarówno mnie, jak i mojemu mężowi trudno uwierzyć, że ona jest już taka dorosła! Nie jestem jednak typem matki zaborczej, która cierpi, kiedy dziecko się usamodzielnia. Koncentruję się na tym, co tu i teraz, i z zainteresowaniem patrzę w przyszłość.

Roxanna wspierała Cię w trudnych momentach?

Zawsze mogłam na nią liczyć. To wrażliwa i dobra osoba, ale przy tym bardzo kategoryczna. Umiała ustawić mnie do pionu, kiedy łapałam doła. Podobnie jak ja nie potrafi się nudzić. Pozwalamy sobie na to tylko w wakacje, na które jeździmy wspólnie średnio dwa razy do roku. Kiedy była mała, lato i zimę spędzałyśmy na Helu. Czasami też w górach – uwielbiałyśmy się kąpać w kryształowych, zimnych, górskich strumieniach. Mieszkałyśmy wtedy w Berlinie, dlatego dla Roxanny wyjazdy do Polski były też szansą na podszkolenie języka. Dziś mówi po polsku, jakby się tu urodziła.

Swoją nową płytę zatytułowałaś „Na skos”. W życiu, tak jak w muzyce,nie uznajesz kompromisów?

Nie znoszę letnich klimatów, nie robię niczego na pół gwizdka. Lubię poświęcać się czemuś bez reszty. To wymaga siły i zaangażowania. Ale nie potrafię żyć inaczej.

Dużo podróżujesz – znalazłaś już swoje miejsce na ziemi?

Jest nim mała australijska wyspa – a raczej etola – Pukapuka. Wymyśliłam, że przeniosę się tam, gdy będę miała już dość cywilizacji. Na Pukapuka mieszka zaledwie 30 osób żywiących się wyłącznie tym, co upolują albo złowią. Zaczęliśmy niedawno korespondować – opowiadają mi o swoim życiu codziennym, o tym, jakich ryb trzeba unikać, na jakie owady uważać.

Mówisz, że z wiekiem zmienia się Twoje ciało. A dusza, umysł? Wciąż pozwalasz sobie na odrobinę szaleństwa w życiu?

O tak, pielęgnuję w sobie dziecko. Czasami daję się ponieść emocjom. Szczególnie na dobrym koncercie rockowym – ostatnio na The Cure.