Dlaczego nosi Pan francuskie nazwisko?

Ono zawsze wzbudzało zdziwienie. Na początku też moje, bo w przedszkolu mówili na mnie z polską wymową „dubois”, podczas gdy w domu słyszałem, że jestem „dibua”.
A wszystko stąd, że mój praprapradziadek Charles Dubois był oficerem armii napoleońskiej. W czasie odwrotu spod Moskwy został ranny, zaopiekowała się nim polska dziewczyna i już tu został. Jego wnuk Mieczysław był adwokatem. Mój dziadek, Stanisław Dubois, wyłamał się
z prawniczej tradycji rodzinnej, był przedwojennym politykiem, najmłodszym posłem na Sejm i dziennikarzem. 

Również sławnym działaczem. Do dziś są ulice i szkoły jego imienia.

Po wojnie, już po jego śmierci w Oświęcimiu, zrobiono z niego ikonę działacza lewicowego, bo należał do PPS. Wychowywałem się w kamienicy, w której mieszkał, wisiała na niej tablica upamiętniająca dziadka. Chodziłem do szkoły podstawowej jego imienia. Był tam jego wielki portret. Kiedy coś przeskrobałem, pani profesor brała mnie za rękę, zaciągała pod ten portret i mówiła: Gdyby twój dziadek to widział, przewróciłby się w grobie. Miałem bujną wyobraźnię, za nic nie chciałem, żeby dziadek musiał się przeze mnie wiercić w grobie... Nawet w podręczniku do historii też było zdjęcie dziadka. A kiedy się przeprowadziłem, już jako dorosły człowiek, zamieszkałem niedaleko ulicy jego imienia. 

Trudno się wydobyć z cienia takiej postaci?

Trudno, ale dla mnie jeszcze trudniejsze było wydobywanie się z cienia mojego ojca, adwokata, Macieja Dubois. Był tak rozpoznawalny, że gdy zaczynałem odnosić pierwsze zawodowe sukcesy, wszyscy kojarzyli je z nim. Ale zawsze byłem dumny z ojca i podziwiałem go. Był dla mnie i nadal jest jedną z najważniejszych osób. Charyzmatyczny, mądry. Bronił w procesach politycznych w stanie wojennym. Jako dziecko, kiedy ojciec przyjmował klientów w domu, ukrywałem się w jego gabinecie i podsłuchiwałem rozmowy. Wyciągałem mu z neseseru dokumenty i zafascynowany czytałem akty oskarżenia. Postanowiłem, że ja też będę adwokatem broniącym w sprawach karnych. I to dobrym! Dlatego jako siedmiolatek zacząłem czytać kryminały. Traktowałem Chmielewską i Sherlocka Holmesa jako literaturę naukową. 

Teraz broni Pan w najgłośniejszych sprawach ostatnich lat. Pana klientami byli Beata Sawicka, Kamil Durczok, był Pan pełnomocnikiem prezydenta i premiera. Muniek Staszczyk, kiedy ktoś wykorzystał jego piosenkę, zwrócił się o ochronę do Pana. Uważa się Pan za najlepszego adwokata w Polsce? 

Jest wielu dobrych adwokatów, ja mam w życiu to szczęście, że sąd często uniewinnia moich klientów. Szybko też zrozumiałem, że praca adwokata nie kończy się w sali sądowej. Równoległy proces często toczy się przed sądem opinii publicznej, gdzie wyroki są wydawane szybciej i potrafią być o wiele surowsze. Doceniam rolę mediów i wiem, że tam też trzeba bronić. To, gdzie dziś jestem, zawdzięczam w dużym stopniu mojej wspaniałej patronce, mecenas Ewie Milewskiej-Celińskiej. 

Wydał Pan 11 książek dla dzieci, w których koty i psy gadają, a mali chłopcy stają się detektywami. Nie ryzykuje Pan utraty powagi mecenasa, pisząc bajki?

Jedni po pracy biegają maratony, inni piszą bajki  o kotach. 

 

Skąd się wzięły te gadające koty?

Miałem jakieś siedem lat, kiedy ojciec wracając z przyjęcia w baśniowym nastroju, zgarnął z podwórka bezdomnego kota. Rano obudziła mnie awantura, ojciec próbował się dowiedzieć, skąd w domu wziął się kot. Nic nie pamiętał. Oświadczyłem, że to mój kot. Był moim prawdziwym przyjacielem, ale niestety tylko przez tydzień, potem zniknął. Wielka tragedia, więc rodzice mi tłumaczyli, że kot wyjechał. Niemal codziennie słyszałem relacje, że kot dzwonił z Bombaju, z Tokio, z Mediolanu, podróżował i miał wspaniałe przygody. Gdy wracałem ze szkoły, już od drzwi pytałem, co z kotem, czy się odzywał. Dopiero po latach poznałem prawdę, kot był chory i zdechł, a rodzice nie chcieli mi o tym powiedzieć. Dzięki tym kocim opowieściom rozwijała się moja wyobraźnia. Kiedy urodzili się moi synowie, też opowiadałem im historie o kocie. W końcu postanowiłem je spisać. Planowane krótkie opowiadania rozrosły się do kryminalnych, młodzieżowych powieści, których bohaterami stali się moi synowie Staś i Michał. Bywały zabawne sytuacje, kiedy na wieczorach autorskich byli przedstawiani jako postaci z książki i jako dzieci mieli trudności w odróżnieniu fikcji literackiej od rzeczywistości. Heli, mojej najmłodszej córeczce, obiecałem, że napiszę książkę, w której będzie występowała taka dziewczynka, jak ona. Pracuję nad tym.

Myśli Pan, że dzieci będą kontynuować rodzinną tradycję znanych prawników? 

Najstarszy syn, Michał, nigdy nie marzył o prawie. Jest na socjologii, chce również studiować na ASP, właśnie kompletuje teczkę. Ma charakter i wybrał własną drogą. Nie namawiałem go do prawa. Zawód jest wyborem serca, a nie tradycji. 

A młodszy syn?

Staś ma 14 lat, jest bardzo ambitny. Kiedy pojechaliśmy do Waszyngtonu, postanowił, że jak dorośnie, zostanie prezydentem USA. Asystent senatora z New Jersey, który oprowadzał nas po Kapitolu, powiedział Stasiowi, że nie może zostać prezydentem ktoś, kto nie urodził się w USA. Przeżył duże rozczarowanie. 

Bywa Pan surowym ojcem?

Przeciwnie! Jestem ojcem, z którym dzieci mogą zrobić wszystko. Śmiejemy się z żoną, że nasza dwuletnia córka w doskonały sposób opanowała „zarządzanie zasobami ludzkimi”. Jeśli nie wykonujemy jej poleceń sprawnie i szybko, natychmiast wydaje z siebie ryk, któremu trudno się przeciwstawić. Między moimi dziećmi jest spora różnica wieku, zdążyłem zapomnieć, jak potrafi szantażować dwulatek, znowu mnie to zaskoczyło. W naszym domu jest głośno i ciągle coś się dzieje. Byliśmy niedawno na wakacjach na Krecie, musieliśmy wynająć dwa samochody, żeby wszyscy się zmieścili – mamy dzieci z różnych związków. Dumna patchworkowa rodzina. 

 

A jakim jest Pan mężem?

Mam wygląd osoby łagodnej, ale to mylące, bo charakter mam silny. Prawdę mówiąc, nie mam dobrej opinii jako partner, ale podobno daje się ze mną wytrzymać. Moja żona, Maria, zajmuje się prawami człowieka, pracuje w Fundacji Helsińskiej. Jest prawniczką, ale działa w zupełnie innej przestrzeni. Jeździ do odległych krajów i przekazuje miejscowym plemionom koczowniczym, czym są prawa człowieka. A w przerwach pisze doktorat o zabójczyniach. Tymczasem ja potrafię doskonale funkcjonować w ogóle bez ludzi, lubię ich, ale nie są mi niezbędni. Kiedy mam jakiś pomysł, muszę się schować, żeby go przemyśleć. Żona mogłaby opowiedzieć o wielu odwoływanych wyjazdach czy wyjściach. Moja praca to życie we własnej głowie. Kiedy czytam akta, wszystko odbywa się w moim umyśle. Podobnie gdy piszę książki. Najlepsze pomysły przychodzą przed snem, nauczyłem się spać z notesem. Zdarza mi się w nocy wstawać pięć razy, żeby coś zapisać. To oczywiście doprowadza do szewskiej pasji moją żonę, bo ciągle zapalam światło. Nie umiem do końca wyrzucić ze swojego życia pracy. Kiedy mam proces i szukam argumentów, one przychodzą w różnych momentach, w samochodzie, we śnie, kiedy oglądam film w kinie. Sprawy są ze mną cały czas. 

Jakie sprawy są dla Pana najtrudniejsze emocjonalnie?

Nie mogę mieć emocji. Dla prawnika utożsamianie się z losem klienta to śmierć zawodowa. Nie mogę komuś współczuć, bo przestaję być obiektywny. Skuteczny jestem wtedy, kiedy jestem obok. Dopóki ktoś nie zostanie skazany, dopóty jest niewinny. Rolą adwokata nie jest współczucie, tylko podniesienie wszystkich argumentów na jego korzyść. Jako adwokat nie chcę wiedzieć, czy klient dopuścił się zarzucanego mu czynu.

Nie chce Pan znać prawdy?

Oczywiście, że nie. Prawda przeszkadza, zawęża linię obrony. Natomiast nigdy nie biorę spraw, w których pokrzywdzone są dzieci. Przesłuchiwanie dziecka to złamanie jego psychiki. Podjęcie próby udowodnienia kilkuletniej ofierze molestowania seksualnego, że kłamie, to jest coś, czego nigdy nie chciałbym zrobić. Tu nie byłbym dobrym adwokatem. 

Przegrywa Pan czasem?

Każdy przegrywa, oczywiście! Ale proces to nie jest mecz. Wygrać to nie zawsze znaczy uzyskać uniewinnienie, ale też wywalczyć łagodniejszą karę, korzystniejszą kwalifikację czynu. A czasem wygłosić mowę końcową, która przyczyni się do zmiany rzeczywistości. Zasiać ziarno. Przemawiałem w ponad tysiącu spraw. Dużo było przegranych bitew, ale nie było przegranej wojny, takiej sprawy, która zaciążyłaby na moim sumieniu. 

A kiedy broni Pan mordercy…

Oskarżonego o zabójstwo.

Oskarżonego o zabójstwo. Ogląda Pan zdjęcia ofiar. To jest trudne?

Oczywiście. Ale adwokat nie może oceniać człowieka. Nigdy nie pytam klienta, czy popełnił zbrodnię. Gdyby mi powiedział: zabiłem, to zacząłbym bronić jego czynu, a nie człowieka. Tylko początkujący adwokaci pytają o winę. 

 

Dużo ma Pan spraw o zabójstwo?

Dużo. Cztery, pięć rocznie.

Bronił Pan też w procesach mafii. Nie bał się Pan nigdy swoich klientów?

Nie miałem powodu. Pierwsze spotkanie z klientem to często próba sił. On testuje, jak daleko można przesunąć granice, skusić, a nawet zastraszyć. Im bardziej się ulegnie, tym bardziej traci się pozycję. Zdarzały się prośby o naruszenie zasad. Wystarczy odrobinę ustąpić, żeby powstała przestrzeń do przejęcia kontroli. Jestem nieprzejednany, nawet mafia to szanuje. 

Istnieje zbrodnia doskonała?

Na pewno, skoro ileś przypadków nie zostaje wyjaśnionych. Nie zawsze wynika to z doskonałości zbrodni, czasem z przypadku albo nieudolności śledczych. W filmach o zbrodni doskonałej często dostrzegam błędy, które w rzeczywistości nie pozwoliłyby sprawcy wymknąć się sprawiedliwości. To są błędy scenarzystów, a nie śledczych. 

A sala sądowa jest równie fascynująca, jak na filmach?

Sala sądowa to ogromna samotność. W filmach widać tylko najbardziej interesujące momenty: przesłuchanie świadka, przemówienie, ogłoszenie wyroku. W rzeczywistości proces to wiele dni, kiedy się słucha, analizuje, układa strategię w głowie, bez końca czyta akta. 

Panuje opinia, że w sali sądowej zamienia się Pan w drapieżnika. 

Jestem zadaniowcem. Żeby wygrać w sądzie, muszę znaleźć sposób, odpowiednio dobrać narzędzia. Agresywność na ogół nie popłaca. Dosyć szybko, na studiach, okazało się, że nie będzie mi łatwo. Jestem dyslektykiem, nie umiem płynnie i szybko czytać z kartki. Dlatego zawsze całą sprawę mam w głowie. To chyba moje największe osiągnięcie, że będąc dyslektykiem, mówiąc dosyć niewyraźnie, stałem się całkiem niezłym mówcą. Prowadzę nawet seminaria dla studentów o tym, jak wygłaszać przemówienia w sprawie karnej. Musiałem znaleźć swój sposób, żeby zatrzymać uwagę słuchacza. 

Co jest Pana tajną bronią? 

Tajemnic się nie zdradza, dlatego nie opowiem. Gdy przekonuję sąd, lubię, by przemówienie było nie tylko skuteczne, ale też ciekawe. Przywołuję przykłady z literatury, historii czy filmu. 

Właśnie, podobno broniąc posłankę Sawicką, nawiązywał Pan do literatury?

Tak, przemawiając w tej sprawie, przywoływałem Mickiewicza, Petrarkę, Trumana Capote’a, „Śniadanie
u Tiffany’ego” i film „Między słowami” Sofii Coppoli. Udowadniałem, że może istnieć zauroczenie bez seksu. 

 

A sąd nie reaguje np. słowami: mecenasie Dubois, proszę przestać opowiadać o literaturze, proszę o konkrety...

Jeśli przemówienie jest merytoryczne, sąd nie przerywa. Liczą się argumenty, a literatura czy historia to studium ludzkich motywów. Broniłem kiedyś policjanta, który zastrzelił weterynarza próbującego uśpić tygrysa w Białołęce. Głośna sprawa. Tygrys rzucił się na weterynarza, policjant strzelał do tygrysa, ale weterynarz nieoczekiwanie znalazł się na linii ognia. Jak dramatyczne musiały to być emocje! Policjant z małym pistoletem w odległości kilku metrów od tygrysa. Co czuje człowiek oko w oko z dzikim zwierzęciem? Kto mógłby opowiedzieć o tym wiarygodnie? Przywołałem opowiadanie Hemingwaya, w którym w podobnej sytuacji znalazł się myśliwy. Czasem lepiej opowiedzieć o czymś słowami noblisty niż własnymi. 

Są rzeczy, których Panu jako prawnikowi nie wolno?

Nie powinienem naruszać pewnych zasad, także w czasie prywatnym. Wychodzić na czworakach z restauracji. Nie mogę siać zgorszenia. Oczywiście nie chodzi tutaj o klasztorne życie, ale jeśli pić wódkę, to liczy się z kim, gdzie i ile.