GALA: Co Pan czuł w ten przerażający sobotni poranek?

JACEK ŻAKOWSKI: Normalnym uczuciem, które człowiek ma w takiej sytuacji jest... trwoga. Trwoga ludzi łączy, człowiek ma wtedy ochotę milczeć i przytulić się do drugiej osoby. To była jakaś taka chwila, kiedy próbowaliśmy się grupowo wtulić w siebie.

GALA: Może ta trwoga wynikała ze wstrząsu, jakim jest odkrycie, że jesteśmy śmiertelni?

JACEK ŻAKOWSKI: Każdy dorosły człowiek ma za sobą doświadczenie śmierci bliskich. Ma kilka takich dziur w swoim świecie. A rankiem 10 kwietnia nagle świat zrobił się jak ser szwajcarski. Mam wrażenie, że życie publiczne w Polsce, ale też życie każdego z nas, od tej pory jest podziurawione.

GALA: Wtedy, rok temu, poszedł Pan pod Pałac Prezydencki?

JACEK ŻAKOWSKI: Pierwszego wieczoru nie.

GALA: A potem? Potrzebował Pan tego „utulenia”, wspólnoty?

Musiałem sobie szybko z takimi emocjami poradzić. W niedzielę musiałem napisać do „Polityki” tekst o Lechu Kaczyńskim, a wieczorem miałem program w telewizji.

GALA: Dziennikarz musi szybciej wiedzieć, co czuje? A jak jest bezradny?

JACEK ŻAKOWSKI: Ja jestem „twarda sztuka”. Nie miałem takich momentów jak moi koledzy, nie płakałem na wizji... U mnie to idzie w brzuch. Odreagowuję po czasie. Raczej dość obsesyjnie próbuję zrozumieć, co się stało. To też daje ulgę. Ucisza emocje. Myślenie to taki sam narkotyk jak płacz.

GALA: I zrozumiał Pan, co się stało?

JACEK ŻAKOWSKI: Jak na to patrzę dziś, to mam dojmujące po- czucie, że to była kara za rozpasanie polskiej polityki. Kara za szaleństwa i nieodpowiedzialne harce, za idiotyczne spory, za wygadywanie głupot, pieniactwo. To trochę jak z Sodomą i Gomorą. Nasza scena polityczna była jak koszmarnie skłócone małżeństwo. Często tak jest w relacjach między małżonkami – kłócą się bez przerwy, aż kłócąc się w trakcie jazdy samochodem, wpadają na drzewo. Coś takiego się zdarza. Ludzie często doprowadzają do takiej sytuacji, że coś złego musi się wydarzyć, choć nie wiemy, co to dokładnie będzie. Jak w wozie drabiniastym, który rozpędzi się do 200 kilometrów. Nikt nie wie, które koło i w którym dokładnie miejscu się urwie. Ale że któreś się urwie, to pewne. Polska przed Smoleńskiem była taką obłędnie pędzącą furmanką. Coś musiało się urwać.

GALA: Czyli nie patrzył Pan na to w kategoriach absurdu, bezsensu, ślepego losu?

JACEK ŻAKOWSKI: Patrzę w kategoriach absurdu na śmierć Arkadiusza Rybickiego, który był jedną z najjaśniejszych postaci polskiej sceny politycznej. Dobry, szlachetny, uczciwy, rzetelny, pracowity, niekonfliktowy, życzliwy innym człowiek. To, że on ginie w takiej sytuacji, wydaje się absurdalne. Ale to też pokazuje regułę zbiorowej odpowiedzialności za stan życia publicznego.

GALA: Teraz z perspektywy roku możemy jeszcze raz zastanowić się, czym jest żałoba?

JACEK ŻAKOWSKI: Żałoba to jest proces przyjmowania do wiadomości straty, który wymaga pewnego rodzaju rozdwojenia. Z jednej strony musimy się pogodzić ze stratą, a z drugiej nie wolno nam się z tą stratą pogodzić. To jest proces trudny. To, co stało się w Polsce, jest sytuacją znaną wielu polskim rodzinom. Ktoś umiera, wszyscy jesteśmy wstrząśnięci, gromadzimy się, mobilizujemy. Jest pogrzeb, stypa, cała rodzina zjednoczona w bólu. A potem otwierają testament i zaczyna się piekło. Wszyscy dobrze to znamy. Jak nie z doświadczenia to z literatury. I to się stało.

GALA: My mieliśmy „rodzinną kłótnię” o miejsce pochówku, o Wawel...

 

JACEK ŻAKOWSKI: Rozegrała się klasyczna walka o to, która część rodziny przejmie kontrolę nad rodzinną kryptą. Wawel ma tu wyjątkowo paskudną tradycję. Jest przedmiotem takich skandalicznych sporów od dawna. Polacy spierają się, kogo tam pochować albo kogo absolutnie nie wolno tam pochować. Mnie to dziwi. Bo tam leży masa nieciekawych facetów: nieudani poeci, niewydarzeni politycy... Dla mnie to wcale nie jest takie miłe towarzystwo. Nie rozumiem ani gwałtownej potrzeby jednych, żeby tam Marię i Lecha umieścić, ani gwałtownego sprzeciwu wielu innych osób. Ale ta awantura musiała wybuchnąć. Wybuchła jako kolejna odsłona awantury o Piłsudskiego, o Miłosza. Od razu pojawiło się pytanie, czy Lech Kaczyński dorasta do tych osób, które były dotychczas chowane na Wawelu. Sposób, w jaki oddzielano Lecha Kaczyńskiego i jego żonę od pozostałych ofiar katastrofy, był deprymujący i niehonorowy. Bez klasy, którą Lech Kaczyński miał jako dowódca tej grupy. I jako spadkobierca tradycji polskich dowódców, którzy nie porzucają żołnierzy w obliczu ostateczności. Jestem przekonany, że chciałby leżeć tam, gdzie znaczna część ofiar katastrofy. We wspólnej kwaterze na Powązkach. To by było dużo bardziej honorowe. To by była symbolika odpowiadająca jego wrażliwości. Każdy, kto go znał, wie, że miał swoje wady, ale jego ogromną zaletą było to, że bardzo blisko wiązał się z ludźmi. Czuł się odpowiedzialny za swoje otoczenie, za ludzi z którymi pracował. Troszczył się o nich.

GALA: Znał Pan dobrze Lecha Kaczyńskiego?

JACEK ŻAKOWSKI: Nie znałem go dobrze. I byłem wobec niego krytyczny. Ale nie mogę nie uznać, że przyczynił się do otwarcia debaty, do zakwestionowania nudnej i jałowej jednomyślności oraz skostniałej hierarchii autorytetów. Bracia wyciągnęli na światło dzienne wiele rzeczy, które trzeba było wyciągać, bo były pomijane, pomniejszane. Takich jak korupcja, nierówności społeczne, kwestie naszego stosunku do tożsamości. Stawiali sporo trafnych pytań, ale odpowiedzi, które znajdowali, były przeważnie nietrafne, zbyt płytkie, często szkodliwe. Żeby wyciągnąć te rzeczy, trzeba było mieć wrażliwość, determinację i trochę odwagi. Ale żeby się z nimi uporać, trzeba też mieć jeszcze kompetencje. To był dramatyczny problem Lecha Kaczyńskiego – słabość intelektualna jego otoczenia, które nie było w stanie pomóc mu wypełnić tej misji, którą on chciał wypełnić. To jest postać tragiczna. Wpisuje się w romantyczną tradycję polskiej polityki, która wydaje mi się mroczna. Ma bardzo szlachetne intencje i fatalne skutki.

GALA: Ma Pan jakieś osobiste wspomnienie związane z Prezydentem?

JACEK ŻAKOWSKI: Robiłem z nim wywiad, gdy był prezydentem Warszawy. Przyszedłem do niego do urzędu, gdzie nie można było oczywiście palić. Zauważył, że mam w kieszeni koszuli papierosy i zapalniczkę i mówi: „O, pewnie chciałby pan zapalić”. Ja na to, że chciałbym, ale tu jest wyraźnie napisane, że nie wolno. Na co Lech Kaczyński: „Otworzymy okno. Nikt się nie zorientuje”. Była w tym taka życzliwość, uważność na potrzeby innego człowieka.

GALA: W czasie żałoby rok temu wszyscy się zastanawiali, czy ta żałoba nas odmieni. Odmieniła?

JACEK ŻAKOWSKI: Niczego nowego się o sobie nie dowiedzieliśmy i nie widzę, żebyśmy się istotnie zmienili. Raczej odtworzyliśmy tradycyjne role – wszystkie stereotypy. Po pierwsze, że Polacy zawsze potrafią się pokłócić. Po drugie, że jest trwały podział na dwie Polski. Ten sam podział, który dzielił Piłsudskiego i Dmowskiego. Teoretycznie tragedia powinna nas połączyć, bo każdy stracił swoich przyjaciół, ludzi z którymi sympatyzowaliśmy. Więc powinniśmy się połączyć, a myśmy natychmiast się pokłócili.

GALA: Czy to tak źle? Coś nas jeszcze obchodzi. O coś się spieramy.

JACEK ŻAKOWSKI: Cenię spory, bo mogą uruchamiać jakąś dynamikę, która jest pożyteczna. Na przykład pod krzyżem. Tam z jednej strony byli zwolennicy pozostawienia krzyża pod Pałacem, którzy nie chcieli oddać go nikomu. A z drugiej młodzież – zbuntowana, obrazoburcza. Zderzyły się dwa polskie anarchizmy. To doprowadziło do czegoś bardzo ważnego. Do dyskusji na temat miejsca Kościoła i roli religii w Polsce, która się przez 20 lat nie pojawiła w życiu publicznym

GALA: Niektórzy twierdzą, że żałoba pokazała słabość świeckich rytuałów.

JACEK ŻAKOWSKI: Ten ceremoniał był taki, jacy są Polacy. Główną formą ekspresji kulturowej jest religia. U Anglików jest inaczej – u nich muzyka popularna od dawna odgrywa ważną kulturową rolę. Dlatego po śmierci ważnych osób urządza się koncerty. Nie chcę nikogo obrażać, ale można było też uniknąć banalnych kazań wygłaszanych przez księży i zamiast nich przeczytać parę wierszy księdza Twardowskiego albo Zbigniewa Herberta, albo Czesława Miłosza, albo Cypriana Norwida. Albo przypomnieć fragment homilii Tischnera. Mamy fantastyczne teksty, które mogłyby coś w takim momencie powiedzieć. A zamiast tego przychodzi ksiądz z kropidłem.

GALA: Bardzo krytyczna wobec tej żałoby jest pisarka Manuela Gretkowska. Jej zdaniem w tej sytuacji eksponuje się swoje ego, własne emocje. Mieliśmy płaczących dziennikarzy w telewizji, w radiu...

JACEK ŻAKOWSKI: Płaczący dziennikarz eksponuje swoje cierpienie. To jest typowe dla takiej kultury, w której najważniejsza stała się ekspresja własnego „ja”. To nie ma nic wspólnego z wartościami wspólnotowymi. W czasie żałoby widziałem, że ludzie szukają bliskości, ale nie dają sobie bliskości. Eksponowali swoje emocje, ale mało interesowali się emocjami innych. Nie wydaje mi się, żeby to było wielkie zbiorowe przeżycie. To raczej było indywidualne przeżycie wielkiej grupy ludzi.

GALA: Jak zachowały się w tym wszystkim media?

 

JACEK ŻAKOWSKI: Łatwo jest mieć zastrzeżenia do czegoś, co ludzie robili w totalnym szoku. Ale można powiedzieć dwie rzeczy: po pierwsze bardzo szybko większość ofiar została zepchnięta w cień pary prezydenckiej. Tu mamy do czynienia ze śmiercią – czyli jedną rzeczą, wobec której wszyscy jesteśmy równi. A media zgodnie ze specyfiką współczesnego przekazu, który kręci się wokół celebrytów, sprowadziły całą tragedię do celebryckiego dramatu pary prezydenckiej. A druga rzecz, która wydaje mi się ważna, to jest przypomnienie, że jednak naszym – mediów – obowiązkiem jest dostarczanie ludziom środków zrozumienia świata. Nie tylko towarzyszenie im w emocjach. A dziennikarze na długo wpadli w histeryczny, ckliwy i sensacyjny ton. Do dziś on trwa. Media odegrały bardzo złą rolę, utrudniając godne przeżycie żałoby i wpędzając nas w ton sensacji, powtarzając niesprawdzone informacje. To jest niegodne, nieprofesjonalne, narusza powagę tragedii.

GALA: Jak Pan będzie obchodził tę rocznicę?

JACEK ŻAKOWSKI: Umówiłem się na wieczór z przyjaciółmi. Będziemy w wąskim gronie. Powiem szczerze, ważniejsze jest dla mnie, żeby przelać mój 1 procent na fundację prowadzoną przez wdowę po Arkadiuszu Rybickim, która zajmuje się dziećmi chorymi tak jak ich własne dziecko, niż żeby chodzić po mieście, robić spektakularne gesty i obnosić się ze swoją żałobą. Najgorsza rzecz, którą można zrobić w obliczu takiej tragedii, to myśleć o tym, jak dać upust swoim własnym emocjom. Lepiej przez chwilę pomyśleć, jak pomóc tym, którzy z powodu tej tragedii dużo bardziej niż ja potrzebują wsparcia.