Szczupły, wysoki blondyn o ujmującym, nieco wstydliwym uśmiechu. Niechętnie godzi się na wywiady. Podczas rozmowy z rozmysłem cedzi słowa, dopełnia zdania. Dochodzi do niej właściwie tylko dlatego, że kiedy zadaję mu pytanie podczas konferencji prasowej, nie chce odpowiadać na nie przy pełnej sali. „A czy nie możemy o tym porozmawiać później?” – pyta. „Ależ, oczywiście. Z przyjemnością”.

Pytanie dotyczy studiów w krakowskiej szkole teatralnej. Media podają, że je skończył. Z moich informacji wynika, że nie.

„W szkole mam indywidualny tok nauczania – wyjaśnia później Jakub. – Trwa to już dosyć długo, bo mam to szczęście, że od dawna pracuję. O ficjalnie zaliczyłem przedstawienie dyplomowe i kilka przedmiotów z różnych lat. Wierzę, że uda mi się dokończyć studia. Bardzo mi na tym zależy, ale pracę na planie trudno pogodzić z nauką. A chcę pracować. Zwłaszcza że mam takie przekonanie: gdy ci dają pracę, to ją wykonaj, jak możesz najlepiej, bo takie sytuacje mogą się nie powtórzyć”.

Na brak pracy Kuba nie może narzekać. W Warszawie od 10 listopada będzie go można oglądać w Teatrze Dramatycznym w spektaklu „Miasto snu” w reżyserii samego Krystiana Lupy. Właśnie skończył zdjęcia do filmu „Performer” o artyście Oskarze Dawickim, gdzie gra kolekcjonera sztuki. Wystąpił również w brytyjskiej produkcji „The Fold” w reżyserii Johna Jencksa (premiera 2013). Na premierę czeka też kolejny lm Jacka Borcucha „Nieulotne” z jego udziałem.

Przyjaciele

To dzięki Borcuchowi Gierszał dał się poznać szerszej widowni. Miał 21 lat, gdy we „Wszystko, co kocham” (polskim kandydacie do Oscara w 2011 roku) zagrał Kazika, zbuntowanego rockmana i przyjaciela głównego bohatera granego przez Mateusza Kościukiewicza. Filmowe koleżeństwo przeniosło się również na życie. Tym łatwiej, że obaj są studentami krakowskiej szkoły teatralnej.

Zresztą w Krakowie Kuba nie narzekał na brak dobrego towarzystwa. W akademiku mieszkał z Dawidem Ogrodnikiem, który w tym roku w Gdyni zdobył nagrodę za drugoplanową rolę męską w filmie „Jesteś Bogiem”, a Marcin Kowalczyk (nagroda za debiut aktorski w Gdyni) to kolega Kuby z roku. Razem ze starszym o dwa lata Tomaszem Schuchardtem i Kościukiewiczem stanowią grono przyjaciół.

Kościukiewicz jest starszy, bardziej doświadczony. „Czy doradzał w sprawach zawodowych młodszemu koledze?” – pytam Jakuba. „Rozmawialiśmy na tematy filmowe, co się w szkole teatralnej nie zdarza często, bo konkurencja jest wpisana od pierwszego dnia szkoły – mówi Gierszał. – A mimo to my prowadziliśmy przyjacielskie, serdeczne rozmowy. Chodziliśmy na swoje przedstawienia dyplomowe (Gierszał zagrał tytułowego Hamleta w reżyserii Jana Peszka – przyp. A.S.). Oglądamy nawzajem swoje filmy, komentujemy. Staramy się nawzajem napędzać. Jest między nami zdrowa rywalizacja”.

To niejedyna osoba, z którą Jakub mógł porozmawiać o warsztacie. Jego ojciec Marek Gierszał jest reżyserem teatralnym, pracującym głównie w Niemczech. „Kiedy mówiłem mu o jakimś moim kłopocie, że nie mogę się na przykład dogadać z reżyserem, starał się pokazać mi, jak widzi to reżyser, bo ja przecież nie jestem obiektywny” – wyjaśnia.

Ojciec odradzał mu szkołę teatralną, ale Jakub był zdeterminowany. „Nawet gdybym się nie dostał, robiłbym wszystko, żeby pracować przy filmie. Mógłbym być nawet kierowcą albo chłopcem na posyłki” – wyznał w jednym z wywiadów. A jak dzisiaj ojciec ocenia role syna? „Dobrze, wypowiada się pozytywnie” – uśmiecha się Kuba.

Gierszał urodził się w Krakowie, ale kiedy miał cztery miesiące, rodzice zabrali go do Hamburga. Mieszkał tam do jedenastego roku życia, a jego kolegami byli przybysze, jak on, z innych krajów: Rosjanie, Irańczycy, Polacy. Do Polski wrócił z mamą w 1999 roku. Zamieszkali w Toruniu, jej rodzinnym mieście. „Niemcy były moim pierwszym domem, pierwszym światem, jaki poznałem, ale zawsze czułem się Polakiem, który wie, gdzie są jego korzenie” – mówi.

Podróż z Torunia do Krakowa na studia była naturalną koleją losu. A potem z Krakowa do Warszawy. „W Krakowie miło spędza się czas, ale wcześniej czy później zaczynamy myśleć o ucieczce” – przyznaje.

Idol z charyzmą

Hallo, my name is Jakub Gierszał” – wita czytelników na swoim blogu. Powitaniu towarzyszą dwa zdjęcia pokazujące jakby dwie różne osobowości, dwie strony tego samego medalu. Na jednym uśmiechnięty, pewny siebie przystojniak z włosami zaczesanymi do góry. Na drugim zamyślony, wrażliwy chłopak z rozwichrzoną grzywką.

Leonardo DiCaprio i James Dean w jednym. Media, kochające drogę na skróty, natychmiast wychwyciły to podobieństwo. Ale określenie „polski Leonardo DiCaprio”, coś jak „polski dżins”, nie spodobało się aktorowi. „Trochę mnie to bawi, ale trochę też denerwuje. Nie chciałbym stylizować się na kogokolwiek”.

Na blogu aktora, w tekście „5 powodów, dla których KOCHAMY Jakuba Gierszała”, prócz tych oczywistych wpisów podkreślających jego aktorskie umiejętności i skromność (niekłamaną!) jest również taki: „Jest prawdziwym ciachem!”. I uzasadnienie: „O takim facecie marzy niejedna dziewczyna. Wysoki, przystojny, zawsze świetnie wygląda: czy to w garniturze na oficjalnej gali, czy w zwykłych dżinsach na mniej formalnych spotkaniach. Gierszał to po prostu ciacho nie z tej ziemi”.

 

Nic dziwnego, że gdziekolwiek się pojawi, zaraz otacza go wianuszek dziewcząt proszących o autografy. Ale daleko mu do zachowań celebryty. Nie romansuje z mediami. Znane są jego pasje: konie, motor, narty i snowboard. Ale nie to, z kim się spotyka. Czy urocza panna Adela była jedynie jego menedżerką, czy może kimś znacznie bliższym? Była lub jest nadal. Od niego się tego nie dowiemy. Mimo rozgłosu, jaki przyniosła mu „Sala samobójców”, a później najważniejsza europejska nagroda przyznawana młodym aktorom Shooting Star, czyli Gwiazda Jutra, według zapewnień współpracowników z planu nie gwiazdorzy. Nie słychać, by wdawał się w awantury czy wywoływał skandale. W plotkarskich portalach nie bywa, ponieważ trudno znaleźć pretekst do napisania o nim chwytliwej notki. No chyba że... o brudnych trampkach, w których przyszedł na premierę „Yumy”.

Jak ma kiedyś wyjść, wyjdzie

O ile o popularność nie zabiega, o tyle o dobre role potrafi walczyć. Od początku postanowił wziąć sprawy zawodowe w swoje ręce. Na plan pierwszych filmów trafił dzięki castingom. Do „Wszystko, co kocham” startował podczas wakacji po pierwszym roku studiów, do „Yumy”, „Sali samobójców” i komedii „Milion dolarów” – po drugim. Od początku grał w doborowym towarzystwie, m.in. Kingi Preis, Tomasza Karolaka, Andrzeja Grabowskiego, Danuty Stenki. „Nie można myśleć, że teraz jestem jeszcze za słaby, niedouczony, do czegoś niezdolny. Jak ma to kiedyś wyjść, to i tak wyjdzie. Jeśli reżyser uzna, że jestem za młody, niezdolny czy po prostu mu nie pasuję, to mnie zwyczajnie nie weźmie. Tak teraz, jak i później” – tłumaczył.

Mimo że „Sala samobójców” pojawiła się na ekranach wcześniej od „Yumy”, to właśnie Zyga, mózg yumaczy znad Odry, był pierwszą dużą rolą Jakuba Gierszała.

Reżyser Piotr Mularuk wspomina ich pierwsze spotkanie: „Kuba przyszedł na casting na samym początku, był jeszcze wtedy nieznanym aktorem. Zobaczyłem jego niesamowitą energię i pomyślałem: »To wielki talent«. Ale nie mogłem mu powierzyć roli Zygi. Był za młody. Potem robiliśmy castingi we wszystkich miastach Polski, a ja wciąż nie miałem głównego bohatera. Pamiętam, że jechałem przez las na rowerze i zastanawiałem się, co robić. Wtedy »wyświetlił« mi się Kuba. I po dwóch latach wróciłem do niego. Okazało się, że przez ten czas zdążył już trochę wydorośleć”.

Do „Sali samobójców” Jan Komasa wybrał Gierszała spośród 500 aktorów: „Był szalenie wrażliwy. Ta ogromna wrażliwość i intuicja sprawiały, że ja, jako reżyser, musiałem jedynie utwierdzać go w przekonaniu, że jest dobrze. Bardzo przeżyliśmy ten film obaj, stał się bardziej osobisty niż jakakolwiek rzecz, jaką mam w planach. Kuba dał z siebie strasznie dużo i to mnie dopingowało, by także dać z siebie wszystko. Jest dość skryty, bacznie obserwuje świat. Później korzysta z tego w pracy. Onieśmielająco pokorny, lekko wstydliwy. Ale jako aktor lubi wyzwania, co dobrze widać w jego roli”.

Wszyscy, którzy z nim pracowali, przyznają, że jest tytanem pracy. Na planie potrafi siedzieć od rana do wieczora. Nieustannie szuka lepszych wariantów dla danej sceny, doskonalszych rozwiązań. Czasem rodzi to problemy ze zgraniem aktorskich temperamentów. „Kasia Figura – wspomina Piotr Mularuk – pierwsze ujęcie ma rewelacyjne, drugie bardzo dobre, trzecie dobre, czwarte gorsze, a ostatnie... A Kuba odwrotnie, długo się rozkręca...”.

A zanim się rozkręci, długo się do zdjęć przygotowuje. Przed przedzierzgnięciem się w nastoletniego Dominika Kuba przyglądał się życiu dzisiejszych nastolatków, chodził z nimi na imprezy, czytał szkolne lektury, śledził wpisy w internetowych portalach. Młodsi koledzy nie wiedzieli, kim jest, brali go za rówieśnika. Kiedy przed wejściem na plan przefarbował włosy na czarno i przejrzał się w lustrze, nie mógł uwierzyć, że to on. Poczuł, że jest tym chłopakiem z „Sali samobójców”. A po skończonych zdjęciach, żeby się całkowicie odciąć od postaci, ogolił się na łyso. Dopiero wtedy mógł rozpocząć normalne życie.

Rolę Zygi pomogły mu zagrać spotkania z weteranami yumy. Pojechał do Krosna Odrzańskiego: „Chciałem poznać tych ludzi, zwyczaje yumowskie i na własny sposób je zinterpretować. Spotkaliśmy się kilka razy w hotelu przy kieliszku wódki, a oni zasypywali mnie drastycznymi historiami. Któregoś wieczora byłem jedynym obcym przy ich stoliku i szczerze mówiąc, nie czułem się bezpiecznie. Facet o kulach, okołoczterdziestki, opowiadał, jak butelkami z szamponem stłukł do nieprzytomności właściciela okradanego sklepu. A do mnie mówił: »Widziałem cię w tej kurtce, w której grasz. Żaden yumacz nigdy by się tak nie ubrał ani nie jechał takim samochodem jak ty«. Ciężko było się z tego wytłumaczyć. Ale chciałem ich poznać i te opowieści przełożyć na film”.

Delikatny złodziej

Czy zdarzyło się Panu w życiu coś ukraść?” – pytam Gierszała. „Nie. Chyba że serce. To może tak”. „To pewnie często się Panu zdarza...” – nie mam co do tego wątpliwości. „Nie, nie – Jakub oblewa się rumieńcem. – Nie kradnę serc. Może kiedyś...”. „Jak się Pan wobec tego czuł w roli złodzieja?”. „W przypadku Zygi kradzieże są delikatne – wyjaśnia. – Kiedy kradnie po raz pierwszy, bardzo to przeżywa. Jest wrażliwy. Kradzież jest dla niego przełomem. Wyzwala lawinę, a on przekracza kolejne granice. Później to inni kradną dla niego. On mógłby tego psychicznie nie wytrzymać”.

Serialowe propozycje na razie odrzuca. „Chodzi głównie o to, aby nie stracić jeszcze tej swojej niewinności czy naiwności, która też jest ważna. Póki nie muszę, to nie chcę. Jak będę postawiony w sytuacji bez wyjścia, to się cztery albo pięć razy zastanowię, zanim podejmę decyzję” – wyznaje.

 

Czy ma mistrza? „Nie mam nikogo takiego. Moją wielką inspiracją, kimś, kto wyznaczył mi wektory, jest Jan Peszek. Był naszym mistrzem na roku. Wywarł na mnie duży wpływ, nauczył, jak patrzeć na aktorstwo, przekonał, że warto bronić swoich racji. Namawiał nas, żebyśmy robili swoje. To był taki kopniak w tyłek: »Pracujcie, bo jesteście zdani tylko na siebie«. Wziąłem to sobie do serca. Mieliśmy jednak w szkole zbyt mało osobistego kontaktu, żebym mógł powiedzieć: »To mój autorytet«. Mam ich dużo, kiedy oglądam filmy. Co jakiś czas kimś się inspiruję”.

O czym marzy? „By móc w przyszłości spełniać się w wielu gatunkach, podejmować nowe próby, pokazywać się z różnych stron”.

A co zrobi, żeby się nie dać show-biznesowi? „Muszę dbać o swoje granice – odpowiada z czarującym uśmiechem. – Nie chcę zbyt szybko stracić niewinności”.