Wspólne dzieło ojca i syna rodzi się w krzykach czy uśmiechach?

BŁAŻEJ PESZEK: Różnie bywa. Teraz już jesteśmy na tyle ze sobą zgrani i może dojrzali w tym związku ojciec – syn, że napięte sytuacje kończą się raczej na żartach i dogryzaniu sobie, mają jasną aurę. Wcześniej bywało trudniej. Ja byłem młodym aktorem, ojciec miał ambicje, żeby sprawdzić, czy się do tego nadaję, więc bywało głośniej.

JAN PESZEK: Co nie oznacza, że nasze spotkania są sielanką i krzyków nie ma. Bywają krzyki, rzadkie, ale ostre.

W spektaklu „Wejście Smoka. Trailer” gracie Panowie Bruce’a Lee i jego syna Brandona. Trudno było wyjść z własnego życia i wejść w rolę dwóch mężczyzn z kompletnie innej kultury?

BŁAŻEJ: Nie musimy wychodzić z własnej skóry. Dla nas jest to układ naturalny, bo jesteśmy realnie ojcem i synem, nie musimy specjalnie na siłę się postaciować. Ten układ jest zapisany również w sztuce, co zwalnia nas z gry w kontekście tego faktu. Jako aktorzy mamy tu sprawę z głowy.

JAN: Jeśli chodzi o relację ojciec – syn. Pozostaje jeszcze problem postaci. Jeśli ja, prawie siedemdziesięciolatek, gram Bruce’a, to trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: kim ja jestem? Oczywiście jest casting, ja przychodzę taki wierzący, że jestem Bruce Lee. Każdy ma swoje ideały, wzorce i tu się zaczyna opowieść o świecie męskim – jakie wzorce mają mężczyźni? Co robią, żeby swoją męskość udokumentować? Poza relacją ojciec – syn jest to opowieść o świecie męskim. Jak Błażej często podkreśla, chłopcy nie wyrastają nigdy z krótkich spodenek. Bruce Lee, który dla mnie nie był idolem wtedy, kiedy się pojawił, teraz, kiedy mu się przypatruję, badam go, oglądam jego filmy, czytam wypowiedzi, w gruncie rzeczy wydaje mi się coraz ciekawszy. Jednocześnie tekst Mateusza Pakuły to nie jest biografia Bruce’a Lee. Widzowie, którzy myślą, że gram Bruce’a 1:1 czy Bruce’a na starość, mylą się.

Przygotowując się do spektaklu, spędzili Panowie dwa tygodnie w Chinach, odwiedzili m.in. Hongkong, gdzie kręcono sceny walki, oraz słynny klasztor Shaolin. Co z tego pobytu osobiście było dla Panów najważniejsze?

BŁAŻEJ: Spotkania ojciec – syn wieczorem w hotelu.

JAN: Spotkania zakrapiane ginem, który jednocześnie nas chronił przed niezbyt higienicznymi okolicznościami przyrody i konserwował. Mieszkaliśmy przez ścianę i spotykaliśmy się w którymś z naszych pokoi bez założenia, że jedziemy i mamy szansę nagadać się i nadrobić zaległości. Naturalnie się to otworzyło. Znaleźliśmy się na drugim końcu świata, ten Hongkong, niezwykle nasycone miasto ze wszystkim: ludzie, zgiełk, wysoka temperatura, wilgotność, ciasnota, szczury w nocy, karaluchy, co jednocześnie nie było wcale odpychające. Te nocne spotkania to jest coś, co mam najsilniej w pamięci. Tematy przychodzące same z siebie, na które nigdy w życiu nie ma czasu, jakby ten Hongkong sam nam je wypychał. Oprócz tego noce, dnie, w deszczu, wypełnione były pracą. My nie tylko poznawaliśmy różne miejsca, ale również kręciliśmy motywy filmowe do przedstawienia. Na przykład na cmentarzu jest scena z „Wejścia Smoka”, kiedy on przysięga, że pomści śmierć siostry. Ja dokładnie w tym miejscu stałem, gdzie Bruce Lee, widać ten sam nagrobek, a obok w filmie jest człowiek, który zamiata ścieżkę i to jest właśnie Błażej. Była cała masa sytuacji, które oddziaływały na nas emocjonalnymi nawiasami.

BŁAŻEJ: Ta podróż nie miała w ogóle charakteru turystycznego. To była ciężka praca.

20 lat temu też odbyli Panowie taką wspólną podróż – do Chin i Japonii. Łatwiej podróżuje się z ojcem w wieku lat 20 czy 40?

BAŻEJ: Po pierwsze, 20 lat temu jakość świata, który nas otaczał, była zupełnie inna. To było dla mnie szokujące spotkanie, jeśli chodzi o Chiny. W Pekinie przeżyłem pewnego rodzaju zawód. Cała nasza wyobraźnia legła pod gruzami tego świata zniewolonego przez system. A jeśli chodzi o nasze relacje, teraz mamy za sobą pewne doświadczenia, naukę, umiemy ze sobą bywać. 20 lat temu bywało różnie. Tamta podróż to była głównie przygoda, ona wzięła górę nad emocjami. Tym razem bardzo dużo rozmawialiśmy, byliśmy sobie bliżsi.

JAN: Myślę, że 20 lat robi swoje, lepiej urządza rodzinną demokrację. Jesteśmy dla siebie tolerancyjni, kiedy zbliża się burza, to potrafimy ustąpić albo dmuchnąć, żeby się od nas odsunęła. Tego nie było 20 lat temu. Wtedy zresztą Błażej był moim studentem, ja pojechałem z nim i grupą studentów ze spektaklem dyplomowym, w którym grałem główną rolę, bo taka była idea – mistrza i uczniów. Nie byłem miłym nauczycielem. Nie chciałem być pomówiony o nepotyzm. Miałem poczucie, że te cięgi wymierzane w ich stronę są słuszne, że im się przyda. Myślę, że Błażej musiał wtedy poważnie zaciskać zęby i pięści. Teraz potrafi odreagować od razu, dużo spokojniej. Nauczyliśmy się z konfliktów żartować, co jest bardzo trudne, szczególnie w rodzinie. Pierwszymi ofiarami wyrzucanych emocji są przecież najbliżsi. My dojrzeliśmy do pewnych spraw, więcej rzeczy możemy spostrzec i dla siebie zyskać. W tym sensie była to dla nas bezcenna podróż.

Można się czegoś nauczyć od syna?

 

JAN: Od syna nauczyłem się, że można wcześniej dojrzeć. Ja o wiele dłużej byłem chłopcem. Pamiętam, jak w 1970 roku, wtedy Błażej się urodził, wskakiwałem do tramwaju we Wrocławiu i Anna Lutosławska, moja serdeczna koleżanka, powiedziała: „Ty jesteś kompletnie nienormalnym i nieodpowiedzialnym ojcem, masz dziecko i nie wolno ci tak skakać”. Takie uwagi słyszałem co chwila. To mi uzmysławiało, że w moim życiu coś się zmieniło, a ja tego kompletnie nie rejestruję. Błażej w wieku 40 i ja w wieku lat 40 to są kompletnie inni ludzie, w innym miejscu życiowym. Ja wielu rzeczy nie potrafiłem rozstrzygnąć. To chyba nie jest kwestia temperamentu, bo mamy bardzo podobny. On po prostu jest w innym miejscu życiowym, niż ja byłem, mając lat 40. Ja byłem gówniarski i smarkaty, Błażej jest dojrzały i odpowiedzialny. Na pewno nie byłem tak dobrym nauczycielem w jego wieku, mniej umiałem niż Błażej. Kiedy go obserwuję, wiem, że sam chciałbym mieć takiego nauczyciela. Ja do tej pory bywam egzaltowany i niecierpliwy, on potrafi poczekać i ma o wiele lepsze rezultaty.

Wiem, że studenci Pana uwielbiają. Myśli Pan, że to zasługa surowej lekcji, którą sam dostał Pan na uczelni?

BŁAŻEJ: Na pewno doświadczenie wyniosłem ze szkoły, wcześniej poznałem zasady. Często ktoś mnie pyta, dlaczego jestem aktorem. A moja odpowiedź może brzmieć podobnie jak na pytanie: dlaczego jestem pedagogiem?...

Czyli...

BŁAŻEJ: ...to jest kwestia powołania. Jeśli kogoś coś fascynuje, to wierzę, że uda mu się w tym zrealizować, że ta fascynacja zaowocuje. Wracając do pytania, dlaczego jestem aktorem – bo zostałem skażony. Dla jednych to dziedzictwo, więzy krwi, obserwacja. Ja zostałem skażony. Ta decyzja została, w jakimś sensie, podjęta za mnie, w innych sferach istnienia. Ojciec nigdy mnie nie namawiał, nie odradzał ani też nie pchał do tego zawodu. Sam długo się nie pchałem, aż nagle padło pytanie, na które musiała paść odpowiedź. I ta odpowiedź padła.

Jak Pan zareagował?

JAN: Łyżka mi wypadła, bo byłem z trakcie jedzenia zupy. Tadeusz Łomnicki zadał to pytanie Błażejowi podczas obiadu w naszym domu: „A ty kim będziesz?”. „Będę aktorem” – odpowiedział. Przeczuwałem, miałem margines przeczucia, że to możliwe, choć Błażej absolutnie nie kierował się w tę stronę. Maria zawsze chciała być artystką. Błażej rezerwował dla siebie rejony samotności, ciszy, nawet myśleliśmy, że będzie leśnikiem, że pociąga go dezercja z cywilizacji.

BŁAŻEJ: Ten zawód też daje azyl.

Może Pan ten azyl ma w sobie? Maria zawsze podkreśla, że w rodzinie szalonych indywidualistów jest Pan ucieleśnieniem spokoju i dobroci.

JAN: Błażej jest niezwykle uczciwy. To jest coś, z czym zawsze polemizuję, ponieważ jest to cecha, która w tym zawodzie strasznie nie popłaca i przeszkadza. W tym zawodzie używa się masek, w życiu zresztą też. Błażej nigdy nie zakłada maski. To w wielu decyzjach środowiskowych nie jest popularne zachowanie.

Powiedział Pan ojcu komplement w ciągu ostatniego tygodnia?

JAN: Jesteśmy obaj oszczędni w komplementach (śmiech).

BŁAŻEJ: Jak bym się porządnie zastanowił, to bardziej ojciec mógł mi coś powiedzieć. Ja sobie raczej myślę – co ja będę komplementował ojca, co ja mu właściwie mogę powiedzieć, że dobrze gra? To jest takie oczywiste...

JAN: Ja wiem, kiedy mój syn ma taką sprzyjającą aurę wobec mnie, bo wtedy używa sformułowań, których używa wobec Zosi, swojej córki, która ma 14 lat, gra na basie, jest niezwykła, wymarzona księżniczka. Więc jak Błażej używa takich sformułowań jak do Zosi, np. jak mówi „zarazka”, co oznacza zaraz, to ja już wiem, że jest pozytywne otwarcie, dobra aura i dla mnie to jest komplement. Nie mówimy sobie: ach, jaki jesteś zajebisty i cudowny. Czasami może być spojrzenie, wzruszenie.

Powoli nadchodzi czas, kiedy to syn będzie opiekował się tatą?

BŁAŻEJ: Tata jest niewiarygodnie silny, ma w sobie tak ogromną chęć pomocy dla mnie, że trudno mi się z tego wydobyć. Z domu wyniosłem odruch pomocy czysto praktycznej. Ale nawet teraz, gdy rodzice na przykład pakują się na wyjazd i ja chcę coś przenieść czy zanieść, to tato mi nie pozwala.

JAN: Ja jestem Zosia Samosia. Ale rejestruję odruchy. Błażej ma odruch pomocy związany z moim wiekiem, to jest bardzo czułe, bo on ma refleks i robi to w odpowiednim czasie. Ta relacja przez to jest autentyczna i pełna. Jak wracamy z żoną z podróży, zawsze w domu jest pieczywo, ser, masło, zaproszenie na obiad.

Pana dzieci Maria i Błażej należą do pokolenia, które wystartowało w dorosłe życie w wolnym świecie, którego Pan dość późno zaznał.

JAN: No tak, ja jestem z ostatniego roku wojny, więc przeżyłem te wszystkie nawałnice, ale wcale w związku z tym nie uważam, że miałem gorsze życie. Wręcz przeciwnie, przez to, że człowiek żyje w ciężkich czasach, ma wpisany inny system wartości, inaczej funkcjonujący. Uważam, że każdy czas jest dobry, żeby człowiek się w nim sprawdzał i poznawał siebie. Oczywiście to było wielkie szczęście, że dzieci miały szansę wywinąć się dość szybko z poprzedniego systemu, bo to, co się głównie pamięta z tamtego czasu, to rodzaj upokorzenia. Upokorzenia wynikającego z tego, że nic nie można zrobić, chyba że się zaprzedasz. Wtedy możesz wyjeżdżać i tak dalej, ale to wszystko było nędzne, zawsze tak twierdziłem, na pasku komuny. Tak jak każda epoka ma swoje rozkwity, tak każdy człowiek tak czy inaczej sprawdza się w epoce, w której żyje. Nasza demokracja ma swoje bardzo indywidualne cechy i narzuca cały szereg ograniczeń, wobec których młodzi ludzie muszą się odnaleźć.

BŁAŻEJ: Jestem szczęśliwy, że moja Zośka żyje w takim świecie. Mam skalę porównawczą i bardzo się cieszę.