W grudniu, na dwa miesiące przed 35. urodzinami Jennifer, ma przyjść na świat jej pierwsze dziecko. Choć wydaje się to dość późno, dla aktorki wszystko stało się bardzo szybko. Jeszcze dwa lata temu nie myślała o założeniu rodziny, a przyjaciele martwili się o nią, bo nie potrafiła z nikim związać się na stałe. Zakochiwała się zazwyczaj w partnerach z planu filmowego, a gdy kręcono ostatnie sceny, wracała do domu sama. Tak było z Wilmerem Valderramą czy Jamiem Kennedym. Tak mogło być również tym razem, ale na szczęście Brian Hallisay okazał się tym, na kogo czekała.

To zabawne, bo Brian w serialu „Lista klientów” (premiery odcinków na kanale AXN White w środy o 21.05, począwszy od 2 października) gra męża Jennifer, który znika i zostawia ją z dwojgiem małych dzieci na utrzymaniu. Samotna matka nie ma wyboru – musi zatrudnić się w salonie masażu (a tak naprawdę agencji towarzyskiej), by zarobić na utrzymanie. Perypetie pracujących w „spa” dziewczyn i ich klientów stanowią fabułę „Listy klientów”.

Jennifer Love Hewitt znana jest przede wszystkim z filmów familijnych i seriali, takich jak „Zaklinacz dusz”. Aktorski talent pokazała w thrillerze „Koszmar minionego lata” czy komedii sensacyjnej „Wielki podryw”. Ale w Hollywood miała opinię „cnotki”. Odrzucała wszystkie propozycje od „Playboya”. Nie chciała też rozbierać się do filmu. Na etapie scenariusza walczyła o wycięcie wszystkich scen, w czasie których byłoby widać jej nagie ciało. Jednak odkąd dostała propozycję udziału w „Liście klientów”, zmieniło się całe jej życie.

Od kiedy lubi pani prowokować?

Mam 34 lata i to chyba właściwy moment, by coś w swoim życiu zmienić. Zawsze byłam grzeczna i spokojna. Uważałam, żeby nie zrobić żadnego fałszywego ruchu, który odbiłby się negatywnie na moim wizerunku i karierze. Jedyne, czego się dorobiłam, to opinii cnotki, a przecież to nie jest moja prawdziwa natura.

A jaka jest pani naprawdę?

Jestem gorącą dziewczyną z Teksasu. Odpowiedzialną, ale namiętną i nie zamierzam tego ukrywać – seksowną. Przynajmniej tak się czuję. I mam dowody na to, że tak jest.

Ma Pani na myśli Briana?

Nieprzypadkowo poznaliśmy się na planie „Listy klientów”. Podeszłam do tego serialu bardzo otwarcie. Chciałam być sobą. Nic więc dziwnego, że zakochałam się. Na szczęście z wzajemnością. (śmiech)

To samo mogłaby powiedzieć o sobie postać, którą Pani gra w serialu „Lista klientów”.

Nigdy wcześniej, przed zagraniem roli Riley Parks, nie miałam okazji ani ochoty, by pokazać tak otwarcie swoją seksualność. Prowokowanie nie leży w mojej naturze, ale to jest przecież także część mnie. Gdy byłam młodsza, nie chciałam być postrzegana jako „kociak”. Bałam się, że jeśli raz sobie na to pozwolę, to już zawsze będę obsadzana w rolach prostytutek albo „dodatków” do umięśnionych osiłków w filmach klasy C.

Co się zmieniło?

Wszystko. Przestałam się bać, bo jestem spokojna, szczęśliwa w życiu prywatnym i zrealizowałam znaczną część planu swojej kariery zawodowej. A scenariusz, który dostałam, był daleki od sztampy. Mąż Riley znika z domu. Kobieta zostaje sama z dwojgiem dzieci, którym musi zapewnić utrzymanie i godne życie. Propozycja pracy w salonie masażu jest tak naprawdę jedyną szansą na zarobek. A przy okazji Riley może pomóc swoim klientom, których problemy wykraczają poza sprawy zdrowotne i te natury seksualnej. To naprawdę fascynujący scenariusz.

Producent wysłał Panią na kurs masażu?

Ważniejsze było to, by nauczyć się ze swobodą nosić wyuzdaną bieliznę i szybko się jej pozbywać, nie niszcząc przy okazji koronek. (śmiech)

Łatwo weszła Pani w rolę?

Nie było to tak trudne, jak się na początku obawiałam. To też przewaga serialu nad filmem kinowym. Kręcimy odcinki po kolei i mam czas, by razem z postacią, którą gram, przełamywać kolejne bariery, dojrzewać. Riley powoli odkrywa swoją seksualność i siłę kobiecości, nie od razu jest gotowa podjąć każde wyzwanie. Towarzyszenie jej w tej drodze dało mi dużo radości i satysfakcji. Nie bez znaczenia było też to, że towarzyszyła nam doskonała ekipa filmowa. Wszyscy mieliśmy poczucie misji.

 

Misji?

To nie jest tylko i wyłącznie serial rozrywkowy. Opowiada o kobietach, które używają seksu, by pomóc ludziom, ale także sobie. Chcą poprawić swoje życie, znaleźć miłość, wychować dzieci. Takiego filmu jeszcze nie było. Wiem po pierwszych reakcjach publiczności, że kobiety nazywają „Listę klientów” serialem inspirującym.

Mimo wszystko widzowie, którzy uważnie śledzą Pani karierę, mogą być zaszokowani. W filmach, w których Pani występowała, nie pokazywała Pani swego ciała tak otwarcie.

To sprawa odpowiedzialności. Jeśli rozbieranie się przed kamerą jest uzasadnione jedynie chęcią reżysera, by popatrzeć sobie na gołą aktorkę, to nie mam zamiaru się w to bawić i spełniać fantazji seksualnych napalonych samców. Ale w serialu o dziewczynie pracującej w agencji towarzyskiej trudno jest uniknąć pokazania czegoś więcej niż uśmiechnięta, umalowana buzia. Wszystkie sceny, w których występuję nago bądź w skąpej bieliźnie, mają swoje uzasadnienie. Jestem dumna z tego, że najbardziej prowokujące i szokujące momenty są filmowane tak, by rozgrywały się w wyobraźni widza, a nie na ekranie. To nie jest film pornograficzny, choć na pewno mocny serial erotyczny. Dochodzimy do granicy, dotykamy cienkiej linii, która oddziela dobry smak od porno, ale w moim odczuciu nie idziemy za daleko.

W telewizji te granice są przesunięte znacznie dalej niż w kinie. Widzowie mają wrażenie, że widzieli już wszystko. Naprawdę można ich jeszcze czymś zaszokować?

Lubię telewizję i nie mam nic przeciwko temu, by mnie od czasu do czasu szokowała. Są doskonałe seriale, w których świadomie przekracza się granice, które do niedawna były nienaruszalne. Na przykład „Dexter” albo „Rodzina Soprano”. Ale prawdziwe, niekontrolowane emocje przyniosła reality TV, której akurat ja nie lubię. Bo uważam, że filmy, nawet w telewizji, powinny opowiadać nam jakąś bajkę. Nie są od tego, by pokazywać rzeczywistość. Od tego mamy kanały informacyjne.

A to podobno życie jest najlepszym scenarzystą.

Prawda, dlatego filmy, a zwłaszcza seriale telewizyjne nie mogą być oddalone od życia. „Lista klientów” ma w sobie całkiem spory ładunek realizmu. W ostatnich latach kryzys ekonomiczny sprawił, że wiele rodzin, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i na całym świecie, stanęło na granicy ubóstwa i miało przed sobą dramatyczne wybory. Tysiące kobiet jest w sytuacji takiej jak Riley. Mają na utrzymaniu dzieci, a mąż je opuścił.

Skoro to prawda, to gdzie mamy „bajkę”?

To, co dzieje się w salonie masażu, opowieści klientów, ich problemy i niekonwencjonalne metody, którymi dziewczyny przywracają do zdrowia swoich podopiecznych, to prowokacyjna, miejscami nieprzyzwoita, ale jednak pełna ciepła i humoru bajka.

Udało się Pani bezpiecznie przejść przez wszystkie typowe rafy w karierze. Wiele doskonałych nastoletnich aktorek nie poradziło sobie jako dorosłe kobiety.

Może to przez szacunek do tego zawodu. Nigdy nie uważałam się za gwiazdę, której coś się należy. Wierzyłam, że ciężka praca przynosi efekty, a każda dobra rola sprawia, że dostaję jeszcze lepsze propozycje. Nie ma też co czarować – to także kwestia szczęścia. Trafiałam we właściwym czasie na odpowiednich ludzi. Parę dni temu rozmawiałam o tym nawet z moją mamą. Mam 34 lata i od ćwierć wieku nieustannie pracuję. Nie pamiętam już, jak to było przedtem. Odkąd sięgam pamięcią, jestem aktorką!

Może już czas pójść krok dalej i zająć się reżyserią?

Skąd wiesz, że mam taki zamiar? To miała być tajemnica, ale widzę, że w Hollywood nie da się utrzymać żadnego sekretu dłużej niż tydzień. Producenci „Listy klientów” zaproponowali mi, bym wyreżyserowała ostatni odcinek. Wiem o tym biznesie tyle, że mogę się podjąć tego zadania i mam pewność, że nie dam plamy. Choć trzeba przyznać, że pozostali aktorzy są tym mocno zdenerwowani. Zawsze byłam ich koleżanką, a teraz te relacje, przynajmniej dopóki będziemy na planie, muszą się zmienić. Boję się, ale jestem zdeterminowana, by to zrobić. W końcu skoro seks mnie kręci, mogę też nakręcić seks...