Jeśli tyle dobrze ubranych i znających się na modzie dziewczyn. Co masz Ty, czego nie mają one? Dlaczego to właśnie Tobie się udało i masz milion wejść miesięcznie na swojego bloga?
Myślę, że byłam w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Założyłam bloga z serca i z miłości do mody, poza tym uwielbiam doradzać dziewczynom. Jestem też konsekwentna w dążeniu do celu, a bloga prowadziłam przez trzy lata, nie zarabiając na nim żadnych pieniędzy. Gdybym założyła go teraz, to prawdopodobnie nie przebiłabym się. Sześć lat temu był za granicą boom na blogi modowe. Ja to podpatrzyłam i stworzyłam taką samą stronkę. Zainspirowałam się Bryanem  Boyem, Filipińczykiem, który bardzo dużo podróżował po świecie. Inspirowała mnie też modna wtedy blogerka Tavi Gevinson. Tavi już jako 13-latka była zapraszana do pierwszych rzędów na pokazach największych projektantów, współpracowała z Anną Wintour, z Markiem Jacobsem. Pomyślałam: to, że ja mam 16 lat, nie znaczy, że nie mogę spróbować.

Twoja historia to taki „american dream”.
Hm… Ja po prostu lubię działać i próbuję spełniać swoje marzenia! (śmiech) Bywam odważna, ale staram się być grzeczna i nienachalna. Kiedy spotykam jakąś gwiazdę, to zawsze próbuję zagadać, o coś zapytać. Kiedyś zagadałam nawet do takich ważnych postaci modowych jak redaktorki Anna Wintour czy Grace Coddington. A gdy byłam na pokazie River Island & Rihanna, udało mi się wbić na backstage, gdzie zagadałam do Riri o wspólne zdjęcie. Nie miałam pozwolenia, ale próbowałam na różne sposoby i… udało się! Chyba po prostu mam szczęście.

Masz nietypowe imię. To na cześć jakiejś gwiazdy?
W latach 90. w Niemczech była moda na imiona amerykańskie. To dlatego mój brat ma na imię Justin. Tak naprawdę mama chciała dać mi na imię Mercedes, ale babcia się nie zgodziła. Kiedy mama mi o tym powie-działa, zdecydowałam, że będzie to moje drugie imię  i tak jakoś się przyjęło, szczególnie w sieci. Zwykle wszy-scy mówią do mnie Jessi. Do siódmego roku życia mieszkałam w Niemczech. Kiedy rodzicie się rozwiedli, z ma-mą i bratem przeprowadziliśmy się do Polski.

W Twoim domu rządziły silne kobiety.
Zarówno mama, jak i babcia miały silne charaktery. To one nauczyły mnie pracowitości. Koleżanki w weekend miały wolne, a ja dorabiałam sobie jako kelnerka w rodzinnej restauracji. Cała nasza rodzina świetnie gotuje: dziadek, babcia, mama. I młodszy ode mnie o trzy lata brat. Od małego gotował mi obiady, bo ja mam do tego dwie lewe ręce, a mama całe dnie pracowała. Justin ma stronkę kulinarną i otwiera właśnie kanał na YouTubie. Był w „Hell’s Kitchen”. Przez miesiąc uczył się pod okiem Wojciecha Amaro, więc jest naprawdę super!

Twój dzisiejszy sukces to efekt tego, jak byłaś wychowywana?
Moja mama wychowywała mnie sama i nauczyła mnie odpowiedzialności za siebie. Niektórzy myślą, że rodzice muszą podawać dzieciom wszystko na tacy. Uważam, że takie wychowanie do niczego dobrego nie pro-wadzi. Zarówno ja, jak i mój brat, byliśmy nauczeni pracować, bo na Zachodzie to było normalne. Tam młodzież szybko zaczyna sobie dorabiać. Jeśli marzyłam  o butach emu za 500 zł, to musiałam sobie na nie zarobić. Jak będę miała rodzinę, to wprowadzę tę samą zasadę. Musiałam walczyć o małe rzeczy, ale dzięki temu teraz nie boję się walczyć o duże sprawy. Widzę po rówieśnikach, którzy nie byli nauczeni pracy, jak dziś jest im trudno. A ja już mam to za sobą. Byłam i kelnerką,  i nianią. Najmilej wspominam czas, gdy byłam nianią  w amerykańskiej rodzinie. Opiekowałam się wtedy 9-latką, a sama miałam 13 lat. Moja podopieczna uczyła mnie angielskiego. To były zabawne czasy. (śmiech)

Pracowałaś też w hipermarkecie.
W Niemczech pracowałam w hipermarkecie Netto. To była moja najcięższa praca. Trzeba było rozładowywać tiry i potem towar ułożyć na półkach. Teraz to brzmi hardkorowo, ale po pracy wracałam do domu i blogowałam, a modowe zakupy na wyprzedażach za własne zarobione pieniądze wynagradzały mi zmęczenie po rozpakowywaniu europalet! (śmiech)

Nie jesteś rozkapryszoną celebrytką, tylko dziewczyną, która dochodziła do celu powoli i konsekwentnie.
Nigdy nie byłam rozkapryszona. Za pieniądze, które sama zarobiłam, plus to, co mama mi dołożyła na bilet lotniczy, poleciałam do Londynu na pokaz Krzysia Stróżyny. Wejściówkę na niego wygrałam w konkursie Grażyny Kulczyk w Starym Browarze. Na pokazie siedziałam w pierwszym rzędzie, ale spałam w najtańszym hostelu. Potem stałam przed wejściem na inne pokazy i pytałam ludzi, czy mnie nie wezmą ze sobą. (śmiech) Pewna stylistka z zagranicy ofiarowała mi swój karnet, bo nie chciało jej się chodzić na wszystko. Kiedyś tego rodzaju pytania były nie do pomyślenia, a dziś na fa-shion weekach pełno jest tzw. wannabe – ludzi, którzy nie są blogerami czy dziennikarzami, ale stoją przed wejściem i czekają, aż fotografowie zrobią im zdjęcia streetstyle’owe i w ten sposób znajdą się w magazynach. Taka jest historia blogerki Elin Kling, która brała na fashion week kilka walizek i co godzinę, przed każdym pokazem zmieniała stylizację.

 

O tobie można powiedzieć, że jesteś chodzącym  billboardem, jednoosobową redakcją modową.
Ciągle idę do przodu, rozwijam bloga. Rok temu przebudowałam go w personalny portal modowy. Moim obserwatorom i klientom to się podoba. Kiedyś na blogu były tylko moje zdjęcia, moje stylizacje. A teraz są też relacje z pokazów mody, przeglądy shoppingowe czy zdjęcia streetstyle’owe. Wprowadzam też nowe działy, np. z Anją Rubik zrobiłyśmy zdjęcia streetstyle’owe  i opublikowałyśmy je na moim blogu. Anja jest cudowną osobą, która bardzo wspiera młodych ludzi z branży.

Dostajesz telefony od osób, które chcą kupić twój biznes?
Nie, bo rok temu zmieniłam numer telefonu. (śmiech) Na razie rozwijam firmę. Jako poznanianka jestem bardzo zapobiegliwa. Może to także zasługa szkoły katolickiej, którą kończyłam? Szczerze mówiąc, chyba właśnie przez urszulanki zajęłam się modą. Byłam buntowniczką, miałam etapy ubierania się na rockowo. Miałam piercing w nosie, który ukrywałam tak, że siostry tego nie widziały. (śmiech) Do mundurków przyczepiałam ćwieki, które siostry zawsze kazały mi ściągać. (śmiech)  Ale w tej szkole poznałam dziewczyny z prawdziwą klasą. Jedna nosiła eleganckie koszule i perły. Inna miała mamę krawcową, która szyła jej świetne kreacje.

Pisano, że miałaś depresję, że byłaś kłopotliwą nastolatką…
Ludzie różne rzeczy o mnie piszą. Zawsze byłam optymistką. Kiedyś nie miałam żadnych depresji. To raczej dziś stresuję się wieloma rzeczami, np. gdy zaczęto pisać o mnie na portalach plotkarskich, straciłam poczucie własnej wartości. Miałam taki okres, że myślałam, że jestem brzydka, wszystkiego się wstydziłam. Przeszło mi to, ale do dziś, gdy pozuję na ściance, jestem lekko zestresowana i sztywna.

Masz wielu przyjaciół?
Piszę dla dziewczyn. Na maksa kocham kobiety, ale przyjaźnię się z chłopakami. Moim najlepszym przyjacielem jest Igor. On też prowadzi bloga modowego.

Ale podobno najbardziej marzysz o tym, żeby rzucać w Kubę Wojewódzkiego swoimi ciuszkami?
(śmiech) Ha, ha, nie… Program Kuby Wojewódzkiego dużo mi pomógł w prowadzeniu JEMERCED.com, bo ludzie, którzy nie są mocno internetowi, dowiedzieli się, kim jestem. Ludzie kochają mnie za to, że wzięłam się z internetu, i na razie jest mi tu dobrze, więc zamierzam w internecie pozostać.

Krąży plotka, że zarabiasz 50 tysięcy miesięcznie. To prawda?
Cieszę się z tego, że są takie blogerki modowe, które potrafią prześcignąć największe portale założone przez ogromne wydawnictwa, i te pieniądze zostają w Polsce. Dlaczego portale należące do wielkich korporacji mają zarabiać, a twórcy internetowi nie? To chyba jest fajne, że my ludzie z internetu jesteśmy młodymi przedsiębiorcami.

Komu najwięcej w życiu zawdzięczasz?
Całej rodzinie, która mnie zawsze wspierała. Mamie, która doradzała mi w pierwszych stylizacjach. Bratu, który robił mi pierwsze zdjęcia na blogu naszą cyfrówką z 5 pikselami. Moi bliscy bardzo mi kibicowali. Dlatego tak bardzo wierzę w rodzinę.