Umówić się z Wami wcale nie jest łatwiej niż z największymi gwiazdami w naszym kraju...

Jessica: Pracuję od rana do wieczora, siedem dni w tygodniu. Robię różne rzeczy, zawsze związane ze światem mody, ale w innej formie niż samo blogowanie: pracuję na stałe w agencji reklamowej, prowadzę konferencje prasowe, wykłady dla młodych ludzi, czasami też piszę teksty do gazet – swoje opinie – wybieram ulubione looki albo, tak jak dzisiaj, biorę udział w sesjach zdjęciowych...

Maffashion: Cały czas jestem w biegu. Zaczynam dzień o 7–8, a zazwyczaj kończę o 2–3 w nocy. Moi obserwatorzy doskonale o tym wiedzą. (śmiech) Wstaję, siadam przed komputerem. Sprawdzam maile, odpisuję na wiadomości, potem zaczyna się cała reszta. Czytelnicy widzą głównie tę wisienkę na torcie, a my naprawdę dużo musimy się napracować, aby wszystko miało ręce i nogi. Ja oprócz bloga mam własną firmę odzieżową, która – wiadomo – także wymaga dużo uwagi i pracy. Blog, firma, stylizowanie, sesje, grafika, fan page, maile, Instagram, spotkania, wyjazdy... 24 godziny to nie jest dużo, jeśli wszystkim zajmuje się jedna osoba. Zawsze robię wszystko na sto procent i często zakopuję się pod zleceniami i obietnicami, bo wydaje mi się, że dam radę fizycznie i czasowo, a potem zwyczajnie brakuje mi kilku dodatkowych godzin albo opcji sklonowania się. (śmiech)

W branży modowej styliści, fotografowie, modelki lubią powtarzać takie zdanie w kontekście ich pracy:„Wybierz jako zawód coś, co kochasz robić, a nie przepracujesz ani jednego dnia w swoim życiu” – czyli pasja ponad wszystko. Co jest Waszą pasją? Blogowanie?

Maffashion: Moją pasją na pewno nie jest samo blogowanie. Odkąd pamiętam, fascynowałam się estetyką zdjęć, przeglądałam przeróżne zagraniczne strony i zapisywałam ulubione fotografie na komputerze. Były to moje inspiracje, które potem zaczęłam zamieszczać na blogu, traktując go jako medium, dzięki któremu mogłam się nimi podzielić. Jednocześnie udzielałam się na portalach społecznościowych, gdzie dziewczyny oprócz zdjęć ze światowych sesji modowych wklejały zdjęcia swoje i swoich stylizacji. W sieci odnajdywałam coraz więcej blogów i to one miały największy wpływ na powstanie tego mojego osobistego. Dodawane przeze mnie wyszukane inspiracje przeplatałam ze swoimi zdjęciami robionymi aparatem z opcją samowyzwalacza, ot tak, w domu. Kombinowałam, pracowałam, więc raz w tygodniu robiłam sobie na przykład wypad do second-handu, a potem to, co udało mi się zdobyć, fotografowałam na bloga.

Jessica: Od zawsze bardzo interesowałam się modą, wiedziałam, że praca w tej branży to moje marzenie, które na pewno kiedyś spełnię. Prowadziłam bloga i starałam się wklejać jak najwięcej zdjęć swoich stylizacji, na które zarabiałam sama, pracując jako nastolatka w różnych miejscach. Byłam kelnerką, harowałam w magazynie supermarketu, wszystko po to, aby nie obciążać mamy, nie brać od niej pieniędzy na „ciuszki”, osiągnąć swoje cele samodzielnie, zapracować na nie. Chociaż podejmuję teraz wiele wyzwań, myślę, że nigdy nie przestanę prowadzić swojego bloga. Może w przyszłości przekształci się w rozbudowaną stronę internetową o tematyce modowej albo w felieton publikowany w magazynie modowym, ale nigdy nie chciałabym przestać blogować. Chcę pozostać ze swoimi czytelnikami najdłużej, jak się da, bo to oni sprawili, że zaistniałam, za co jestem im każdego dnia wdzięczna.

„Życzliwi”od lat zapowiadają, że blogerki to przejściowe zjawisko, które za jakiś czas odejdzie w niepamięć. Staracie się w tej chwili po prostu oderwać od swojej popularności jak najwięcej kuponów czy macie plan B na to, co będzie dalej, po blogowaniu?

Jessica: Wystarczy podglądać, co się dzieje za granicą w blogosferze modowej. Top of the top, typu Bryanboy, czy Elin Kling, został – pootwierali róż-ne biznesy i wykorzystali swój moment, ale pozostają do dziś w modzie i w blogowaniu. Niektórzy wybierają inną drogę i nie pracują w modzie. Ja na pewno w niej zostanę. Interesuje mnie tylko branża modowa, ta cała reszta – to, że portale plotkarskie piszą, jak wyglądam, gdzie wyszłam – to coś, czego ja nigdy nie planowałam. Blog nie miał być dla mnie furtką do świata show-biznesu. On miał być furtką do świata mody. Tworzę go dla czytelników i dla siebie. Rok temu byłam przekonana, że w tej chwili będę pracowała w jakiejś redakcji, może na początku tylko parzyła kawę dla redaktor naczelnej... A jednak pracuję na własną rękę.

Maffashion: Często zadaje mi się pytanie, co bym robiła, gdyby nie blog, z czego bym żyła. Kiedy założyłam bloga, studiowałam i pracowałam normalnie. I też żyłam. Miałam już kilka etatów w mniejszych lub większych firmach, więc blog nie miał być dla mnie źródłem zarobku. Dopiero po jakimś czasie systematycznego tworzenia go zaczęły pojawiać się ciekawe propozycje i oferty współpracy czy kampanii reklamowych. To są moje kupony. Więc jeśli z czegoś korzystam, to tylko z tego, co sama sobie wypracowałam, z marki, jaką wyrobiłam. Mam wiele zainteresowań i pomysłów oraz lubię pracować i uczyć się nowych rzeczy. W życiu nie ograniczam się tylko do bloga.

Wasi obserwatorzy chętnie sprawdziliby również Wasze portfele... Czy faktycznie blogowanie to tak dochodowe zajęcie?

Maffashion: Tak jak w innych zawodach, zarobki zależą od specyfiki pracy, dobrego pomysłu, zaangażowania i chęci. Jeśli chodzi o blogi, to zarobisz tyle, ile sobie wypracujesz, na ile pozwoli ci kreatywność i przedsiębiorczość, a to są kwestie indywidualne. Mój blog rósł w siłę, ale przez pierwsze dwa lata działałam bezgotówkowo, częste były natomiast propozycje barterowe. Czuję się obecnie takim królikiem doświadczalnym, bo dopiero w ostatnich latach firmy tak bardzo uderzyły w kierunku blogosfery. Gdy strona stawała się coraz bardziej popularna, a obserwatorów przybywało, wtedy pojawili się pierwsi poważni klienci z propozycjami. Jednak nic nie spada samo z nieba, a szczęściu także trzeba pomóc. Najpierw należy wypracować sobie markę, zasłużyć na konkretne propozycje, a potem można czerpać z tego profity.

Skoro rozmawiamy o profitach... Wylicza się Wasze zarobki, regularnie pojawiacie się na portalach plotkarskich,nie tylko na czerwonym dywanie, ale nawet wyśledzone gdzieś ze znajomymi, na mieście. Jak podchodzicie do tej nowej sytuacji?

Jessica: To jest problem w polskim myśleniu. Marki modowe wysyłają mnie na eventy poza krajem, gdzie mam styczność z zagranicznym show-biznesem. U nas jest całkowicie inne podejście do kariery niż tam. Nie chcę mówić, że u nas ludzie są zawistni czy nieżyczliwi – bo nie są – ale wydaje mi się, że są zbyt skromni, fałszywie skromni. Za granicą gdy ktoś chce się wspiąć na sam szczyt, spełnić swoje marzenia w danej branży – otwarcie się tym szczyci, chwali, wręcz dąży do tego po trupach. Wbrew pozorom to jest dobre, bo tylko silni psychicznie ludzie są w stanie osiągnąć sukces. W Polsce jest tak, że ludzie się wielu wyzwań boją, nie do końca chcą mówić, nad czym pracują, a osoby z branży modowej nie chcą na przykład, żeby ktoś na czerwonym dywanie zrobił im zdjęcie. Uważają, że skoro pracują jako styliści, ubierają gwiazdy, to oni nie mają prawa pozować – to byłoby już to okropne „celebryctwo”. A moim zdaniem to głupie myślenie, bo na przykład w Stanach na imprezach modowych wszyscy styliści są otaczani przez paparazzi, fotografów, a później ich stroje są szeroko komentowane na branżowych portalach internetowych. To zresztą byłoby niegrzeczne, gdyby Rachel Zoe czy Carine Roitfeld nie zapozowały na ściance. Nikt ich potem nie rozlicza, że są celebrytkami i to jest „be”, bo przecież poza błyskami fleszy te osoby dalej pracują, robią swoje. U nas jest inaczej, dlatego my niestety wciąż nie mamy w Polsce sławnych ikon w branży, bo one pozostają w cieniu swojej pracy. Przeciętny Polak nie zna ani ich nazwisk, ani tym bardziej twarzy.

 

Maffashion: Jessica ma wielkie ambicje i bardzo interesuje się światem mody: zawsze rozpozna dany model i nazwę torebki, orientuje się,który projektant pracuje dla którego domu mody... Mnie to raczej nie interesuje, dlatego mam problem, jeśli nazywa się mnie modowym guru lub trendsetterką. Sama nigdy siebie tak nie nazwę. Nie mam ambicji, żeby być dla kogoś wzorem. Działam na podstawie własnej estetyki i intuicji. Jeśli to spotyka się z aprobatą innych, jest mi bardzo miło, ale nigdy nikomu się nie narzucam i nie wmawiam, że coś jest fajne, modne. Nie czuję się w żadnym razie celebrytką. Dla mnie celebryta to osoba, która nic szczególnego nie zrobiła, jest znana głównie z tego, że jest znana. Ja nie uważam, że nic nie robię – moja obecność w mediach to wynik kilku lat pracy. Ludzie, którzy mnie znają, stali czytelnicy bloga, doskonale wiedzą, dlaczego i za co mnie obserwują, i wciąż mnie wspierają. Widzieli ten cały proces, znają specyfikę bloga. Są najlepsi i dają wiatr w żagle. To, że teraz, kiedy idę na pokaz czy nawet na kawę ze znajomą, ktoś zrobi nam zdjęcia i opublikuje, traktuję z dystansem. Zawsze te sytuacje powodują u mnie stres. Nie jestem do tego przyzwyczajona, nie przewidywałam tego w dniu, w którym założyłam bloga, ani nawet wtedy, kiedy pojawiły się pierwsze zaproszenia na pokazy.

Czyli nie śledzicie słupków popularności Waszych blogów? Nie macie doradców, aby nie zagubić się w tej marketingowej machinie, w której jesteście pożądanym kąskiem dla specjalistów od PR-u, reklamodawców?

Maffashion: Osobiście nigdy nie potrzebowałam informacji, ile osób wchodzi na mojego bloga czy Facebooka. Nie potrzebuję tego w życiu codziennym. Te informacje sprawdzam wtedy, gdy jakiś projekt, współpraca tego wymaga. Nie mam doradców i wszystko, co robię, na co się decyduję, polega na mojej intuicji. Fakt, pojawia się mnóstwo przeróżnych propozycji i niekoniecznie są one zarobkowe. Jeśli jednak czuję wewnętrznie, że jakiś temat będzie dla mnie fajny, interesujący, będzie wyzwaniem, możliwością sprawdzenia się w nowej dziedzinie, wtedy decyduję się. Byłam na kilku spotkaniach na temat nowych mediów i ogromnie zdziwiłam się, że w wielu rankingach mój blog widniał na samej górze. Nigdy nie chodziłam na szkolenia dotyczące pozycjonowania własnej strony oraz nie reklamowałam się i nie miałam nikogo od PR-u. Jestem w miarę dobrym obserwatorem i psychologiem, działam i tworzę takiego bloga, jakiego sama chętnie bym śledziła. W ostatnich latach spotykam na swojej drodze naprawdę wiele ważnych, twórczych i inspirujących osób. Często to od nich dostaję jakieś rady, sugestie. Dojrzałam oraz sporo nauczyłam się w ostatnim czasie o specyfice tej branży. Każdy mówi, że znajomości są bardzo ważne. Jednak znajomości to po prostu relacje międzyludzkie. Jeśli ktoś cię nie lubi albo uważa, że w czymś nie jesteś dobry, to nigdy nie zaproponuje ci wspólnego projektu oraz nie będzie utrzymywał z tobą kontaktu.

Jessica: Polegam na rodzinie i bliskich, zawsze staram się mieć wokół zaufanych ludzi, którzy doradzą, jak w tym całym internetowo-modowym szaleństwie się nie zatracić, jak nie zostać oszukanym, jak zarobić. Oszczędzam pieniądze, bo od dziecka nie miałam możliwości bazowania na rodzicach. Bardzo bym chciała studiować za granicą, ale jeszcze nie mam na to środków, więc wiem, że muszę pracować na swoją przyszłość. Staram się być odpowiedzialna i dojrzała w tym biznesie, ale mając 20 lat, łatwo się potknąć, pomylić. Ciężko samej podejmować różne ważne decyzje, bo blogowanie to nie tylko ubrania, ale również praca, w której muszę podpisywać kontrakty, umowy, wystawiać rachunki, robić rozliczenia...

W takim razie jak można nazwać Waszą relację? Strategia marketingowa czy prawdziwa przyjaźń?

Jessica: Nas połączyły kolejne projekty, do których byłyśmy wspólnie zapraszane. Jeśli pracuje się razem przez kilka dni non stop i nawet śpi się w jednym miejscu, to powoduje zażyłość. Julka jest fantastyczną osobą o dobrym sercu, która wiele razy mi pomogła. Czasami śmieję się, że to moja starsza siostra. Zresztą jesteśmy z Julią w podobnej sytuacji, w tej samej branży, mamy takie same problemy, spostrzeżenia i razem pewne rzeczy przeżywamy. Fajnie jest poradzić się kogoś szczerze, zapytać, jak w danej sytuacji postępować.

Maffashion:  Po prostu siedzimy w tym razem, więc mimo że mamy mnóstwo znajomych, których uwielbiamy, to oni nigdy nie rozumieją do końca tych naszych „branżowych” problemów i rozterek. Jako blogerki jesteśmy do siebie nieustannie porównywane. Obserwatorzy czasem krytykują jedną z nas na korzyść swojej ulubionej. Albo lubi się mnie i wtedy krytykuje Jess, albo odwrotnie (śmiech) U innych blogerek jest to samo. Prawda jest taka, że dobrze nam się razem współpracuje, a zamiast rywalizować, naturalnie się zaprzyjaźniłyśmy. Fajnie jest mieć taką koleżankę, która świetnie rozumie to, czym się zajmuję i jak wygląda moje życie.

Nie odczuwacie konkurencji między sobą? Nie śledzicie swoich blogów?

Maffashion: Każda z nas jest inna, mamy wspólne sprawy, jednak nasze zainteresowania czy styl się różnią. Nie mam dużo czasu, aby systematycznie śledzić blogi wszystkich koleżanek. Ale co jakiś czas zaglądam albo zwyczajnie mamy kontakt i nadrabiam zaległości. Wspieramy się. A przynajmniej z niektórymi na pewno tak mam.

Macie setki tysięcy fanów, obserwatorów. I jak to w życiu, są Wasi zwolennicy, ale też przeciwnicy. Jak Wy, jako młode dziewczyny, przyjmujecie często bardzo przykre komentarze, zazwyczaj związane z Waszym wyglądem? Uodporniłyście się na to, kasujecie krytyczne wpisy czy czasami zdarza Wam się „złapać doła” z ich powodu?

Maffashion:  Ja płakałam może ze dwa razy, i to na samym początku. Teraz mam sto razy więcej dystansu do wszystkiego. Nienawidzę tylko bezradności i niekiedy konieczności czytania nieprawdy na swój temat. W większości przypadków jest to jednak walka z wiatrakami i już nauczyłam się omijać to łukiem. Czasem jednak zwyczajnie jest mi przykro, że ludzie są tak okrutni i chamscy. Prowadząc bloga, na którym publikuję zdjęcia swoich stylizacji, a więc swojego wyglądu, na taką skalę, mam świadomość, że nie doświadczę tylko pochwał. Będą też „negatywy”. Nie mam żadnych blokad i komentować może każdy. Jednak jest różnica między konstruktywną krytyką a zwykłym wylewaniem na kogoś pomyj. Znam swoją wartość, a w życiu staram się otaczać ludźmi wartościowymi i robić swoje. Czasami taki „hejter” pozwala mi jeszcze bardziej doceniać wartościowe osoby, przyjaciół, którzy mnie otaczają. Wolę skupiać się na tym, co mam do zrobienia, co sobie zaplanowałam, co jest przyjemne, niż na negatywnej energii, nic niewnoszącej do mojego życia ani do wartości, którymi się kieruję.

Jessica: Mnie też zdarzyło się popłakać, bo dla mnie najgorsza jest krytyka nie tyle tego, jak się ubieram, czy tego, jak piszę, ale tego, jak wyglądam. Nie mam wpływu na swoją urodę – na mój nos, uszy i tak dalej – nie zamierzam się zmieniać operacjami plastycznymi. Taka jestem i koniec. Pracujemy w internecie, więc... Szczerze? Jeśli nie ma negatywnych komentarzy, to ja osobiście się dziwię, bo coś chyba jest nie tak. Mam takie raczej zdrowe podejście, że chociaż ktoś krytykuje mój styl pisania czy nawet stylizacje, to ja wiem, że mam ledwo skończone 20 lat i jeszcze mnóstwo czasu, by się rozwinąć, iść do przodu. Biorę do siebie każdą uwagę i staram się być w tym wszystkim coraz lepsza. Bardzo daleko mi jeszcze do ekspertki, nie uważam się za najlepszą. Wiem, że muszę mieć dużo pokory w sobie, ale także pewności siebie, by te wszystkie negatywne aspekty przetrwać.

A jak na Waszą obecność w pierwszych rzędach na pokazach mody reagują inne gwiazdy?

Maffashion: Dobrze, że zapytałaś o ten pierwszy rząd. Zawsze czuję się trochę głupio i dziwnie, patrzę, kto siedzi na wprost mnie, obok mnie. Czuję się trochę nie na miejscu, wciąż nie potrafię sobie uzmysłowić, że to wszystko dzieje się naprawdę, tak po prostu. Przecież jakiś czas temu wszystkie te osoby oglądałam w gazetach, telewizji. Co do ich reakcji, to ja sama jestem ciekawa, co gwiazdy myślą sobie w momencie, gdy my zajmujemy te pierwsze miejsca. Czy patrzą i oceniają nas, czy nie zwracają uwagi, jest im to obojętne? A może są złe, że one pracowały na swoją pozycję tyle lat w tym ciężkim biznesie, a tu nagle pojawiają się dwie dziewczynki i siedzą z nimi na tych samych zasadach, są tak samo traktowane jak one? Zawsze gdzieś mam z tyłu w głowie taką myśl: „Nie zasłużyłam na to wszystko”. Chociaż w sumie nic nie dzieje się bez przyczyny. Na całym świecie popularni blogerzy są traktowani podobnie. W sieci pojawiło się już parę wypowiedzi osób z branży, które wyraźnie zaznaczyły swój teren, a blogerów mają za infantylne zjawisko. Jednak w realu nie spotkałam się osobiście z żadnym przykrym komentarzem. Wręcz przeciwnie, mam świetny kontakt z wieloma mniej bądź bardziej medialnymi osobami. Z niektórymi się przyjaźnię, a z innymi mam sporadyczny, ale zawsze miły kontakt. Polubiłam Warszawę szczególnie za ludzi, których tu poznałam.

Jessica:  W Polsce nasza obecność na pokazach mody to wciąż zaskoczenie, podczas gdy za granicą jest pełno takich „it-girls”, młodych dziewczyn, które są na przykład początkującymi stylistkami czy dziennikarkami modowymi albo prowadzą popularne blogi. Czasami są znane trochę nie wiadomo skąd, ale ich ubrania czy wygląd sprawiają niesamowite wrażenie, dlatego wszyscy chcą je poznać, wszyscy je obserwują, robią sobie z nimi zdjęcia... Tak jak w Anglii jest Alexa Chung czy Poppy Delevingne, w USA Olivia Palermo, tak w Polsce jesteśmy my i zaznaczam, że absolutnie nie chodzi mi o porównywanie się z tamtymi dziewczynami, tylko wydaje mi się, że nadchodzi czas, gdy polskie portale plotkarskie, paparazzi, a przede wszystkim internauci mają dość oglądania wciąż tych samych gwiazd, które tkwią w przewidywalnych stylizacyjnych schematach – baskinka, beżowe szpilki... Mają też dość dziewczyn znanych z tego, że pokazały goły tyłek albo są czyimiś dziewczynami. My same pracowałyśmy na swoje konto, nie jesteśmy z Warszawy, nie mamy znanych rodziców czy portfela wypchanego pieniędzmi, ale mamy pasję i pracę, którą kochamy. Nadeszła pora na świeżą krew. Panuje moda na modę i ludzie chcą oglądać młode, ambitne osoby, które mają swój gust, swój styl, które mogą podpowiedzieć najnowsze trendy i w pewien sposób zainspirować. Nie chcę być gwiazdą, ale chcę pomagać Polkom się ubierać. I to jest moja misja na najbliższy czas.

 

PRZECZYTAJ TAKŻE:

Najlepiej ubrane Polki według Julii Kuczyńskiej

Najlepiej ubrane Polki według Jessiki Mercedes