Alicja Szewczyk: Powiedziałaś kiedyś, że dziennikarz jest jak saper. Tobie życie nie oszczędzało min, jeszcze zanim się dowiedziałaś, że jesteś chora na raka.

Joanna Górska: Tak się ułożyło, że życie mnie nie rozpieszczało. Czasem żartuję, że kiedy nareszcie żyłam spokojnie, Pan Bóg powiedział: „Zaraz, zaraz... Pamiętam o tobie. Trudne dzieciństwo – już było, dojrzewanie w internacie z dala od rodziny – też było. Nieudane małżeństwo i de facto samotne rodzicielstwo – było. Długi rozwód – był, sepsa w trakcie rozwodu – była. Ha! Raka nie było! No to będzie”. (śmiech)

Dodajmy do tego proces Twojego taty, niesłusznie oskarżonego w jednej z afer gospodarczych. Jego walka o oczyszczeniez zarzutów trwała 11 lat.

Proces taty odcisnął wielkie piętno na całej naszej rodzinie. Najpierw spędził w areszcie 11 miesięcy, gdy go wypuszczono, myśleliśmy, że za chwilę będzie po wszystkim. Tymczasem walka o sprawiedliwość trwała 11 lat i była dla niego, mamy, mnie i mojego brata koszmarem. Tata w końcu został uniewinniony, dostał odszkodowanie za niesłuszny areszt. Wtedy odetchnęliśmy, ale trauma została.

Kiedy w tej historii pojawił się Robert, bo pojawił się w dość istotnym momencie?

W czerwcu 2001 roku, kiedy mój tata był już w areszcie. Poznaliśmy się na Mazurach, na wielkiej imprezie, na której bawiły się tysiące ludzi. Ja robiłam z niej relację do radia, Robert był jednym z organizatorów. Podczas zwyczajnej rozmowy opowiedziałam mu o tym, co przeżywa moja rodzina. Nie wiem, dlaczego zwierzyłam się akurat jemu, z nikim wcześniej o tym nie rozmawiałam. Robert zainteresował się tematem, radził mi, co zrobić. Zupełnie inaczej niż mój ówczesny chłopak, który powiedział wprost: „To nie mój problem, tylko twój”.

Robert miał wtedy żonę i małe dziecko.

Dlatego z dnia na dzień kontakt się urwał. Ale już wtedy wiedziałam, że chciałabym być z takim mężczyzną. Los zetknął nas z sobą ponownie w Warszawie, po 12 latach. Szukałam do poranka kogoś, kto się wspina po górach i mógłby opowiedzieć o swojej pasji. Przyjaciółka powiedziała, żebym zaprosiła do studia Roberta, który właśnie zdobył najwyższy szczyt obu Ameryk.

Kiedy podczas wakacji odkryłaś w piersi guz, byliście na etapie budowania wspólnego gniazda. 

Obydwoje mieliśmy za sobą trudne rozwody, cieszyliśmy się, że nareszcie jest po wszystkim. Nasi synowie się polubili, przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania. Wyjechaliśmy z chłopakami na Gran Canarię. Myślałam, że skoro wszystko złe, co mogło się wydarzyć w moim życiu, już się wydarzyło, to teraz będzie spokojnie, normalnie. Zdążyłam powiedzieć: „Panie Boże, dziękuję, że sobie o mnie przypomniałeś”. I wtedy pojawił się „dziad”.

Trafił Ci się silny przeciwnik.

Po biopsji gruboigłowej okazało się, że mój trójujemny rak piersi ma 95 proc. agresywności, bardzo szybko rośnie i właściwie jest zagadką dla medycyny. Pomyślałam: „Taki jesteś silny? To ja silniejsza!”. Tę myśl mam wytatuowaną
na plecach.

Przez 10 miesięcy choroby Robert woził Cię na chemię, rozmawiał z lekarzami, ale też nosił do łazienki, ubierał, zmywał makijaż, robił zastrzyki...

Był też zaopatrzeniowcem, terapeutą, płacił za wszystkie leki, peruki i badania. Prowadził mnie za rękę od gabinetu do gabinetu w centrum onkologii, robił notatki, zadawał lekarzom pytania, a kiedy trzeba było, stawiał mnie do pionu. Mało tego – zajmował się moim synem, woził go na treningi i do szkoły. Wziął na siebie wszystko. Jestem przekonana, że gdyby nie Robert, nie rozmawiałybyśmy teraz. Bez niego bym nie przeżyła.

Twoja choroba bardzo zbliżyła Roberta i Twojego syna Kacpra. 

Nasze dzieci to świętość. Dla mnie zawsze najważniejszy będzie Kacper, dla Roberta jego syn – Maciej. Szanujemy swoje relacje i siebie nawzajem, wspieramy się i zawsze możemy na siebie liczyć. Robert w czasie mojego leczenia bardzo koncentrował się na kondycji psychicznej Kacpra. Mój syn szybko dorósł, mam wrażenie, że za szybko. Rozwód rodziców, moja sepsa i później rak... Pilnowaliśmy, żeby nie wszystko widział, nie wszystko wiedział, ale żeby miał świadomość tego, co się dzieje. Na początku Kacper nie rozumiał, co nas czeka, co to znaczy, że mama będzie słaba, łysa i będzie potrzebować pomocy. Obserwowanie Roberta pozwoliło mu oswoić moją chorobę. Kiedy widział, że Robert traktuje mnie całkowicie normalnie, że mnie przytula, całuje w łysą głowę, robił tak samo, naśladował jego gesty. To było rozczulające.

Zdarzały się momenty, że nie chciałaś, żeby Twój partner i syn byli blisko i oglądali Cię chorą?

Tak, dlatego np. sama sobie ogoliłam głowę. Nie chciałam, żeby przy tym byli. Potrzebowałam czasu, żeby się z tą nową sobą oswoić. Robert widział mnie w najbardziej ekstremalnych sytuacjach, trzymał za rękę, kiedy zwijałam się z bólu. Wiele razy zastanawiałam się, czy sobie poradzi z tym, co zobaczył. Czy zaakceptuje mnie taką, jaka jestem? Czy przyjdzie taki moment, kiedy stwierdzi, że nie w takiej Asi się zakochał? Że nie chce kobiety chorej, grubej, łysej... Ale on codziennie mi mówił, że jestem najpiękniejsza na świecie. Odpowiadałam, żeby przestał, przecież widzę się w lustrze. A on uparcie twierdził: „Naprawdę pięknie wyglądasz...”

A Ty akceptowałaś siebie zmienioną przez chorobę?

Bywało tak, że nie poznawałam siebie w lustrze. Przyglądałam się sobie i widziałam obcego człowieka. Czy akceptowałam siebie? Nie, raczej tolerowałam. Skupiałam się na innych sprawach związanych z moim organizmem. Frustrował mnie nieustający ból... Miałam wysuszone śluzówki, musiałam używać sztucznej śliny, sztucznych łez, trzeba było nawilżać uszy... Przyjmowałam leki, które prawie na rok wprowadziły mnie w menopauzę farmakologiczną. Moje libido szorowało po dnie. W czasie leczenia nasza intymność ograniczała się do zaśnięcia na łyżeczkę. Gdy wszystko cię boli, głowa, kości, stawy, a nawet żyły, odchodzą ci paznokcie i swędzi skóra, to naprawdę nie myślisz o seksie.

W książce szczerze przyznałaś, że bywałaś dla Roberta wredna i opryskliwa, a nawet chamska i zła.

To prawda, on to dzielnie znosił. Nie byłam sobą, roznosiły mnie sterydy, nie radziłam sobie z emocjami, ze strachem i z bólem. Denerwowało go, gdy żartowałam ze śmierci, mówiąc np. że robię zapasy, żeby mieli co jeść, kiedy mnie już nie będzie. Wkurzał się, kiedy mówiłam o sobie „rakówka”. Krzyczał, kiedy czytałam statystyki w internecie i zaczynałam panikować.

Zdarzało Ci się pytać samą siebie, dlaczego akurat Ciebie to spotkało?

Nie, bo to może spotkać każdego. Rak dotyka biednych i bogatych, młodych i starszych, pesymistów i optymistów, grubych i chudych, kosi równo. Zastanawiam się jednak, po co był ten rak, bo przecież po coś był. Jestem pewna, że w tej chorobie jest jakiś cel, wcześniej czy później go znajdę. Może dzięki temu, co przeżyłam, będę mogła komuś pomóc, kogoś zainspirować.

A może spotkał Cię po to, żebyś wiedziała, że spotkałaś prawdziwą miłość?

Do tego nie potrzebowałam raka. Codziennie dziękuję za to, że mogliśmy się odnaleźć w tym świecie.

Swoją część książki zakończyłaś mottem na przyszłość: „Odzyskaj to, co straciłaś”. Udało Ci się to już?

Ciągle się staram, ale to nie takie łatwe. Pewnie nigdy nie odzyskam dawnej beztroski... bo strach, że „dziad” może wrócić, będzie we mnie już zawsze. Lekarze mówią, że jestem zdrowa i mam normalnie żyć, jednak ja sama tego nie czuję, szczególnie że skutki uboczne leczenia onkologicznego ciągle mi doskwierają. Ale powiedziałam sobie, że odzyskam siebie, gdy będę mieć włosy takiej długości jak przed rakiem, gdy przebiegnę 10 kilometrów bez zadyszki, bo tyle wcześniej biegałam, i gdy wrócę do wagi sprzed choroby. Dopóki nie osiągnę tych trzech celów, nie poczuję, że mam to za sobą. Beztroskę straciłam na zawsze. Trudno, najważniejsze, że żyję.

Robert Szulc: "To, że nie dam rady, nie przyszło mi nigdy do głowy"

Ile razy w czasie choroby Joasi usłyszałeś pytanie: „Robert, jak ty się czujesz?”?

Robert Szulc: Szczerze? Tylko mama pytała. Nikt inny nigdy o to nie zapytał. Znajomi uważają mnie za silnego faceta, pełnego energii, takiego, który zawsze da radę. Widzieli, że ogarniam sytuację, przyjęli to za normę, że jest OK, i nie wnikali, jak choroba Asi odbija się na mnie. Wszystko koncentrowało się na Joasi. Z perspektywy czasu wiem, że ci, którzy wspierają chorych, też potrzebują wsparcia. I o tym za mało się mówi.

Jak zareagowałeś na wiadomość, że Asia ma nowotwór?

Do końca miałem nadzieję, że guzek, który wyczuła w piersi, nie jest groźny ani nie jest nowotworem złośliwym. Gdy jechałem z pracy do domu, w głowie kłębiły mi się najróżniejsze myśli, a jednocześnie już mobilizowałem siły do działania. Joasia jest delikatna i krucha. Byłem pewien, że wiadomość o raku sprawi, że się rozpadnie i to ja będę musiał ją „pozbierać”. Kiedy wszedłem do domu, siedziała zapłakana na tarasie. Objąłem ją i powiedziałem, że będzie dobrze. Już wtedy zaczynałem pracować nad jej głową.

Napisałeś w książce, że to Twój najważniejszy cel.

To prawda. Nasza lekarka, dr Katarzyna Pogoda, powiedziała mi, że jeśli pacjent się uprze, to na pewno umrze. A jeśli będzie chciał żyć, to wszystko pokona. Chodzę po górach i wiem, że silna psychika to 90 proc. sukcesu, żeby wejść na szczyt, czyli osiągnąć cel. Gdy wspinasz się przy -30 stopniach Celsjusza, wietrze, który wieje w oczy, i na siedmiu tysiącach metrów oddychasz rozrzedzonym powietrzem, to do przodu pcha cię tylko psychika, bo wiesz, że trudności miną. To jest potęga umysłu. Jeśli się poddasz, przegrasz.

Twoja mama na wieść o chorobie Joasi powiedziała: „Dobrze, że ma Ciebie, bo Ty jesteś silny”.

Skąd w Tobie ta siła? Myślę, że to składowa wielu czynników. Wychowania, wartości, które wyznaję, a także automotywacji, której się nauczyłem. Jedna, druga, piąta czy dziesiąta trudność pojawiająca się życiu, podczas wyprawy czy przy zawodowym projekcie, mnie nie zniechęcają. Gdy Asia zachorowała, wiedziałem, że będę musiał wziąć na siebie absolutnie wszystko. Na początku postanowiliśmy, że zrobimy, co w naszej mocy, żeby choroba nie zdemolowała naszego życia.

To w ogóle możliwe?

Da się to zrobić, ale ogromnym wysiłkiem. Wiedziałem, że na pewnym etapie leczenia Joasia wpadnie w apatię, że będą górki i dołki. Nie pojechałem z nią tylko na dwie z 16 chemii, poza tym byłem przy niej przez cały czas. Rozmawiałem z nią, motywowałem ją, znajdowałem jej zajęcie. Spełniałem wszystkie jej zachcianki. Jak w niedzielę o 22 chciała zjeść np. pierogi albo szarlotkę z ulubionej restauracji, wsiadałem w samochód i jej to przywoziłem. Wiem, że ona też by się tak mną zajmowała. Nie lubię określenia „komfort chorowania”, ale ważne było dla mnie, żeby nie myślała, czy mamy cokolwiek w lodówce albo czy jej syn Kacper odrobił lekcje... Zajmowałem się tym wszystkim, żeby ona mogła skupić się na swoim zdrowiu.

Wiedziałeś, czego się spodziewać, kiedy ktoś bliski choruje na raka? 

Nie, miałem tylko jakieś ogólne wyobrażenie, jak to jest. Chemia wywołuje skoki nastrojów: od euforii po depresję. Pojawiają się totalne odloty i spanie po kilkanaście godzin dziennie. Po pierwszej „czerwonej” chemii Joasia wyszła z sali, gdzie są wlewy, mocno pobudzona. Byłem pozytywnie zaskoczony, że wszystko jest OK. Wsiedliśmy do auta, pojechaliśmy coś zjeść, Asia siedziała przy stoliku uśmiechnięta, zjadła swój makaron i zgasła dosłownie w sekundę, jakby ktoś odłączył jej prąd. Nie miała siły przejść 15 metrów z restauracji do naszej klatki. Z windy do mieszkania już ją zaniosłem. Kacper mocno się wtedy przestraszył.

Jak radziłeś sobie z jej wahaniami nastrojów? Asia przyznała, że bywała dla Ciebie okrutna. 

Brałem to na klatę, bo wiedziałem, że to nie jest prawdziwa ona. Powtarzałem sobie, że to tylko choroba, ale nie zmienia to faktu, że takie sytuacje zostają w głowie. Kobietom jest łatwiej – przerabiają to i wyrzucają z siebie, zwierzają się koleżankom i przyjaciółkom. Mężczyźni są introwertykami. Kumulują to w sobie i nie wiadomo, kiedy nastąpi erupcja.

Zdarzało się, że miałeś dość i bałeś się, że nie dasz rady?

To, że nie dam rady, nie przyszło mi nigdy do głowy. Ale trudnych momentów było sporo, np. gdy widziałem, że Joasia jest załamana, albo fizycznie nie dawałem sobie rady z wszystkim. Miałem na to sposób: wychodziłem wieczorem z domu, szukałem miejsca, w którym nikogo nie było, i sypałem przekleństwami, żeby wyrzucić z siebie negatywne emocje.

Myślałeś, żeby odejść?

Nigdy.

Wielu mężczyzn nie wytrzymuje i odchodzi.

Podłoże takiej decyzji jest pewnie bardziej skomplikowane. Myślę,że jeśli w związku nie ma miłości, to rak go rozerwie i zniszczy. Jestem przekonany, że uczucie sprawia, że człowiek chce zrobić dla tej drugiej osoby dosłownie wszystko. Czasem tylko nie wiadomo, co powinno się robić, a czego nie. Po tym jak Joasia napisała na Facebooku, że ją wspieram, zaczęli kontaktować się ze mną mężczyźni, których partnerki też chorują. Pisali i ciągle piszą, że nie wiedzą, jak się w tym odnaleźć, pytają o poszczególne etapy leczenia i o to, jak mają się zachowywać, co mówić, a czego nie. Skąd mają to wszystko wiedzieć?

Może mężczyzn przerasta to, że ich partnerka zmienia się pod czas choroby fizycznie. U nas ciągle panuje kult piękna...

Kiedy Asia zgoliła włosy, pierwsze, co pomyślałem, to nie: „O kurde, jest łysa”, tylko: „Jejku, jaką ma ładną czaszkę”. Jeśli patrzysz optyką miłości, to patrzysz inaczej. Asia pewnie chciałaby, żebym wymazał z pamięci kilka sytuacji, w których ją widziałem, ale nie da się tego zrobić. Dla faceta to trudne doświadczenie, kiedy kobieta, którą kocha, na skutek choroby nie wygląda tak jak wtedy, gdy się w niej zakochał, i nie zachowuje się tak jak kiedyś. Ale trzeba pamiętać, że to minie. Facet musi w chorobie dawać kobiecie pewność, że jest piękna i kochana. Wtedy będzie silna.

Choroba to po prostu sprawdzian z człowieczeństwa.

Właśnie. Kiedy jestem z kimś, to na sto procent. Mam już trochę lat, mentalnie jestem w czasach, kiedy relacje międzyludzkie miały kluczowe znaczenie. Empatia jest na wymarciu, a chorzy budzą litość, której sobie nie życzą. Przeszliśmy z Asią przez piekło, byliśmy silni sobą. Nigdy nie miało dla mnie znaczenia, że Joasia jest łysa, że odpadają jej paznokcie, że musi używać sztucznej śliny, bo ma w ustach pleśniawki. Zastanawiałem się jedynie, jak mogę jej pomóc.

Po jednej z chemii zabrałeś ją na Seszele. To element terapii? 

Wymyśliłem, że dam jej motywację do walki o życie. Wyjazd uzgodniłem z lekarką, zadbałem o najlepsze ubezpieczenie medyczne – takie, że gdyby trzeba było, przyleciałby po nas helikopter medyczny. Sprawdziłem szpitale, mieliśmy z sobą sterydy i antybiotyki z dokładnymi wytycznymi onkologa, co w jakich sytuacjach zażywać. Wyjazd był nam bardzo potrzebny, oderwaliśmy się od brutalnej rzeczywistości leczenia onkologicznego. Po powrocie Asia miała rewelacyjne wyniki badań krwi i dużo sił na dokończenie chemioterapii. Nie ma znaczenia, czy wybralibyśmy Seszele, Słowację, czy Mazury. Chodziło o to, żeby Asia miała cel.

Jak przez ten cały czas radziłeś sobie bez pracy i wyjazdów na drugi koniec świata, które są Twoim paliwem?

Z pracy nie zrezygnowałem nawet na chwilę. Miałem do utrzymania firmę, pracowników, trzeba było płacić rachunki. Kiedy Joasia zasypiała, siadałem do komputera i organizowałem kolejne wyjazdy dla klientów. Mój sen się skrócił do czterech-pięciu godzin na dobę, był czas, kiedy goniłem resztkami sił. Przed chorobą Asi 200 dni w roku spędzałem po- za granicami kraju – od wielu lat to mój sposób na życie i na to, by mieć dobrze poukładane w głowie. Wyobraź sobie, jak się czułem, kiedy to straciłem i nigdzie nie wyjeżdżałem. Było ciężko, ale dałem radę. Jestem fighterem. Im jest trudniej, tym bardziej jestem zmobilizowany.

Asia mówi, że jeszcze nie czuje, że wygrała walkę z rakiem. Dla Ciebie to już zamknięty temat? 

Asia ciągle odczuwa skutki uboczne leczenia onkologicznego i chyba nigdy nie powie, że wygrała. Ma dużo pokory wobec raka i wie, że on może wrócić. Żyjemy z tą świadomością, ale ja staram się wyrzucać złe myśli i nie rozpamiętuję tego, co było. Dlatego miałem duży problem z napisaniem swojej części książki – wiele sytuacji po prostu wyparłem. Skupiam się na przyszłości. Ona jest teraz najważniejsza. Mamy dużo planów... z datą realizacji.