Budzisz skrajne emocje. Jesteś ceniona za to, że otwarcie mówisz, co myślisz, oraz w jaki sposób się ubierasz. Ale z tych samych   powodów jesteś krytykowana. Czy to Cię dotyka?

Nie, absolutnie. Mama nauczyła mnie, że nie należy być przeciętnym. Zawsze ubierałam się dziwnie. Nie robię tego, żeby mnie zauważono. Ci, którzy mnie nie znają, oceniają   powierzchownie. Ich opinie nie mają dla mnie znaczenia. Interesuje mnie zdanie przyjaciół. Najważniejsze, że ja wiem, w czym jestem dobra. Nie mogę się wszystkim przejmować, bo to grozi depresją, zawałem i ogólnie złym samopoczuciem. Nie przetrwałabym w show-biznesie 18 lat, gdyby nie dystans do spraw, na które nie mam wpływu.

Czytasz komentarze na swój temat?

Niektóre bolą, zwłaszcza te brutalne,   w stylu: „Dlaczego twoja mama nie zrobiła aborcji?”. A na temat mojego stroju? Bywam zaskoczona, jeśli ktoś napisze o mnie dobrze.

To się jednak zdarza...

Tak. Spodobała się na przykład moja różowa sukienka z piórami Driesa Van Notena. Nie była to taka całkiem zwyczajna sukienka, ale wydaje mi się,   że dobierając do niej klasyczne pantofle, weszłam w schemat „pani w sukience”, który jest w tym kraju uwielbiany.

A pamiętasz, kiedy po raz pierwszy poczułaś się dotknięta czyjąś krytyką?

Nie, ale czasami mam ochotę wszystko sprostować. Powiedzieć, że nie jestem wredna. Jestem dobrym człowiekiem.   To jednak nie ma sensu. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że mogą na mnie liczyć, że jestem pracowita, że oddałabym wszystko innym. Mama często żartuje, że wyniosę kiedyś cały swój dom w miasto… Boże, mówię o sobie dobrze! Czasami mam ochotę wyjść na ulicę z transparentem: „Ludzie, ja naprawdę się uśmiecham!”. A robię to rzadko,   bo uśmiechnięta nie najlepiej wychodzę   na zdjęciach.

Co Ci się w sobie najbardziej podoba? Za co siebie lubisz?

Za moją zmienność. Potrafię sama siebie zaskakiwać w kwestiach stylizacji, nie mówiąc już o zachowaniach. (śmiech) A fizycznie? Lubię moje oczy, zielone, czyli szalone. Mam też zgrabne nogi i nawet kiedy trochę przytyję,   to mogę je odsłonić… A poza tym?   Kocham żartować, śmiać się, jestem ironiczna. Moi przyjaciele również to doceniają, wspólne wyjazdy bywają niezapomniane.

A czego w sobie nie lubisz?

Tego, że jestem zbyt wrażliwa.

Nie widać tego po Tobie.

Wiem, ale naprawdę mocno przeżywam. I ta wrażliwość czasami mi w życiu przeszkadza.

 

To powiedz, dlaczego Ty sama tak bezwzględnie niektórych oceniasz? Potrafisz wbić szpilę...

Moja krytyka dotyczy wyłącznie ubrania, a ludzie odbierają ją bardzo osobiście. Uważają, że ich nie lubię, obrażam. Ostatnio Ilona Felicjańska napisała  na Facebooku, że wartość człowieka poznaje się po tym, jak traktuje innych.  A ja, komentując jej stylizację, powiedziałam tylko, że powinna zakryć ramiona. To dobry przykład, że ludzie traktują krytykę ubrania jak krytykę ich samych: charakteru, osobowości, dokonań zawodowych, spraw osobistych. A ja się tym nie zajmuję i zajmować nie chcę.

O stylizacji Joanny Moro powiedziałaś, że „wieje nudą i taniością”. Nie pomyślałaś, że – tak jak Ty – jest wrażliwa i może ją to zaboleć?

Ale teraz już wygląda lepiej!

Może z jakiegoś szczególnego powodu akurat wtedy nie wyglądała dobrze?

Wyglądała dobrze w tym sensie, że się postarała: wypożyczyła ubranie albo specjalnie kupiła na tę okazję. Do tego miała świetny make-up, nową fryzurę. Wszystko byłoby OK, gdyby nie pewien zgrzyt między tym, że strój sobie a ona sobie. Nawet gdy coś jest wykreowane, otoczenie może to odbierać jako prawdziwe. Wszystko jest kwestią treningu   i dobrych doradców. Stylu można się nauczyć, popatrz na Victorię Beckham.

Wielu osobom doradzasz?

Tak. Zajmuję się też private shoppingiem, mam sporo klientek. To jest moja praca i głównie z tego się utrzymuję. A krytykowanie stylu gwiazd jest swego rodzaju zabawą.

Nie czujesz się czasami samotna?

Mam osobowość samotnika. Nie uważam, że to jest coś przykrego. Teraz wszyscy jesteśmy samotnikami. Warto się z tym oswoić.

Masz rodzeństwo?

Nie mam.

A dużo czasu spędzasz z mamą?

Tak. Jest moją przyjaciółką. Należymy razem do grupy pasjonatek opery i jeździmy po świecie „łapać” kolejne artystyczne doznania. Ostatnio byłyśmy w Pradze, w lipcu lecimy do Zurichu na „Carmen”, w październiku do Nowego Jorku. A później do Los Angeles na wakacje.

Co jeszcze Was łączy?

Moda! Nosimy ten sam rozmiar, więc wymieniamy się ciuchami. Mama jest po sześćdziesiątce, ale idealnie wygląda w moich „kosmicznych” rzeczach. Zamiłowanie do nich mam po niej – ona zawsze wyglądała zaskakująco i oczywiście była i jest z tego powodu wręcz wytykana palcami. Pani profesor ekonomii przychodzi na wykłady ubrana inaczej niż pozostałe panie profesor?

 

A nie chciałabyś może mieć takiej córki, jaką sama jesteś dla swojej mamy?

Kocham dzieci i marzę o nich! Spotkałam się z krzywdzącymi opiniami w stylu: „Stara baba! Zajęłaby się rodzeniem dzieci, a nie ciuchami!”. Skąd wiadomo, że nad tym nie pracuję? Może jest inny powód, że nie mam jeszcze dzieci: nie mogę, nie udaje mi się, coś mi dolega? Od dłuższego czasu myślę też o adopcji.

Wracając do ciuchów, co z nimi robisz? Bo kupujesz ich chyba bardzo dużo.

Tak. Z jednego pokoju zrobiłam magazyn, w którym wszystko trzymam.

Pamiętasz, co masz w szafie?

Nie do końca. Dużo rzeczy pożyczam i potem okazuje się, że czegoś mi brakuje. Muszę zacząć prowadzić listę wypożyczeń. Wtedy nic mi nie zginie. 

Wydajesz miesięcznie fortunę na ubrania?

To zależy. Zdarza się, że nic nie kupuję. Niektóre rzeczy dostaję w prezencie od mamy, ostatnio torebkę Chanel, którą mam dzisiaj. Przyznaję, że kiedyś ubrania stanowiły sens mojego życia. Tak mną zawładnęły, że byłam od nich uzależniona. Dzisiaj szukam tylko tego, co mi się naprawdę podoba i do mnie pasuje. Emocji, dreszczy.

Czy za ubranie jesteś gotowa zapłacić każdą cenę?

Patrzę, jak wykonana jest dana rzecz, bo nie wszystkie są tak dopracowane, jak wskazywałaby na to metka.

A nosisz ubrania z sieciówek?

Tak, z linii basic. T-shirty, topy, wakacyjne ubrania. Dużo rzeczy przywożę z podróży. Jedwabne piżamy z Wietnamu i Kambodży, za grosze, noszę latem po mieście ze szpilkami. Zdecydowanie wolę takie autentyczne rzeczy od tych dość typowych z sieciówek. Nie chcę wyglądać jak większość. Czy to zbrodnia?

Kto dla Ciebie jest ikoną mody?

W Polsce co drugą osobę określa się mianem ikony, to kuriozalne. A jeśli tego określenia używa się wobec mnie, leżę na plecach ze śmiechu. Moim zdaniem, osobami, które mają w sobie to „coś” są Kasia Herman, Małgosia Kożuchowska, Monika Brodka, Lidia Popiel, Aneta Kręglicka, Katarzyna Warnke (moje ostatnie odkrycie!). I Monika Olejnik – dla mnie czarownica mody i polityki. Ubóstwiam ją! Nawet jeśli założy coś, co kompletnie nie pasuje bądź nie jest adekwatne do jej wieku, to i tak kupuję ją całą! Zachwycam się też Tildą Swinton, Kate Moss, Cate Blanchett, Diane Kruger i Helen Mirren  – chciałabym tak wyglądać w jej wieku.

Ile czasu zajmuje Ci wystylizowanie się przed wyjściem?

Dwie godziny. Ubranie staram się przemyśleć wcześniej. Makijaż robię sama. Najwięcej czasu potrzebuję na ułożenie fryzury. Czasami na imprezie jest fatalne światło i wygląda się na ściance nieciekawie... I tu słowo do panów fotoreporterów: nie potraficie robić zdjęć! Długonogie dziewczyny mają na nich krótkie nogi, tułów jak szyja żyrafy, twarze płaskie, głowy gigantyczne. Dramat! Rzadko się zdarza, żeby jakieś zdjęcie było dobrze zrobione. A kiedy już któraś z nas nie ma na sobie obcisłej małej czarnej, tylko na przykład szerokie spodnie czy płaszcz oversize, to już w ogóle katastrofa! Rozumiem, że następnej ścianki nie zaliczę, bo jestem szczera. Czekam na bunt fotoreporterów. (śmiech)

 

Radzisz się czasami kogoś?

Nigdy. Nawet jeśli później okaże się, że coś nie do końca mi się udało i widać to dopiero na zdjęciu, nie traktuję tego jak problemu. Za trzy sekundy zapominam.

Co włożyłabyś na jakąś spektakularną imprezę, np. na rozdanie Oscarów?

Na pewno byłoby to coś z MMC, bardziej awangardowe niż hollywoodzkie, czerwonodywanowe kreacje. MMC to moi przyjaciele. Inspirujemy się wzajemnie, wspieramy. Doceniam to, że ich mam.

Jesteś twarda, zdecydowana. Faceci obawiają się takich kobiet.

Oni lubią laski, które pokazują kawałek nogi, są seksownie, a nie dziwnie ubrane. Nie lubią skomplikowanych kobiet. Wolą miłe, z ładnym ciałem, opalone – niestety, są wzrokowcami. Jak mówią, że ważna jest dla nich i dusza, i ciało, to zwyczajnie kłamią. My jednak chętnie tego słuchamy. Oglądałaś komedię romantyczną „Ugly truth”? To film o tym, jak kobieta buduje sobie wizję mężczyzny, jakby wydrukowała profil z internetu, a on próbuje jej udowodnić, że to nie jest prawda. I mężczyźni, których spotykam, są właśnie tacy, zazwyczaj prości.

Zdarzyło Ci się, że jakiś facet skomplementował Cię za Twój wygląd?

Za granicą tak, w Polsce raczej nie. Mój dawny, dawny partner lubił styl, w jakim się ubieram, nawet zachęcał mnie do dalszych eksperymentów.

Uważasz, że masz pecha?

Nie, jestem teraz w bardzo udanej relacji. Przerobiłam wszelkie możliwe męskie przypadki, nawet takie, kiedy facet wiąże się z kobietą dla finansowych korzyści. To, moim zdaniem, całkiem nowy model faceta: pijawka, rzep, kasjer z banku. Teraz w końcu jestem szczęśliwa i wiem, z kim chcę być. Żeby nie zapeszyć, nie będę o tym opowiadać.

A Twoje relacje z kobietami?

Wolę pracować z mężczyznami. Z kobietami zawsze miałam jakieś zgrzyty, choć ostatnio bywa lepiej. Uwielbiam pracować z Adą Fijał i cenię moją szefową Polsat Café, Jolantę Borowiec. Ona naprawdę ma charakter.

Wracając do projektantów, mówiłaś, że cenisz MMC. Kogo jeszcze w Polsce?

Anię Kuczyńską – za konsekwencję. Bo nigdy nie zboczyła z obranej drogi, jest sobą, choćby nie wiadomo co. Cenię też Maćka Zienia – za to, że jako pierwszy potrafił z mody zrobić biznes. Gosię Baczyńską – za to, że jest niezwykle oryginalna, robi tak charakterystyczną modę, że nie pomylisz jej z żadną inną. Tomka Ossolińskiego, u którego „chodziłam” w pokazach w Bytomiu, gdy miałam szesnaście lat – za to, że jest dżentelmenem, jakich mało, artystą. Roberta Kupisza – za to, że wie, czego chce, i za pozytywne nastawienie do świata. To ważne w dzisiejszych czasach.

A z zagranicznych?

Lubię Alexandra Wanga, Proenza Schouler, Erdem, Driesa Van Notena, Marni, Petera Pilotto. No i Chanel! Działa jak czarodziejska różdżka: zakładasz i piękniejesz. (śmiech) Martwi mnie tylko, że coraz więcej osób w Polsce nosi torebki z logo Chanel i traktuje jak podniesienie swojego statusu i pochwalenie się przed mniej zamożnymi koleżankami. Chanel przez to trochę traci. Szkoda…

 

Kochasz operę, uwielbiasz romantyczne komedie, a co czytasz?

Głównie książki, które ulepszają moje życie. Jeżdżę na medytacje do Tyńca i tam je tonami kupuję. Są nie tylko o tym, jak żyć, ale jak połączyć swoją duchowość i emocje z tym, co dzieje się obok nas. Żeby sobie jakoś radzić. Bo zachowania ludzkie sprawiają, że czasami nic ci się nie chce.

A mówiłaś, że się niczym nie przejmujesz?

Nie chodzi o to. Po prostu zastanawiam się, dlaczego ludzie robią sobie takie rzeczy. Niszczą się. Analizuję to.

Znalazłaś odpowiedź?

Jeszcze nie. Dlatego nadal jeżdżę na medytacje. Teraz zapisałam się na kurs malowania ikon, połączony z medytacją. Będę się uczyła dodatkowo cierpliwości, której też mi czasem brakuje.

Kiedy zaczęłaś?

Dwa lata temu. Ostatni rok był dla mnie dosyć trudny: miałam trochę problemów zdrowotnych, własnych oraz w rodzinie. Zaczęłam od leczenia duszy. Postanowiłam odpowiedzieć sobie na pewne pytania i poszukać wewnętrznego spokoju.

Szukasz w sobie siły?

Jestem silna w tym sensie, że wiem, czego nie chcę. Wiele rzeczy w życiu przetrwałam. Doświadczyłam sytuacji, kiedy wszystko nagle mi się zawaliło, a nikt dookoła nawet się tego nie domyślał. Jestem silna, ale to nie wyklucza mojej wrażliwości. Naprawdę nie jestem suką, za którą mnie większość uważa tylko dlatego, że się nie uśmiecham. Choć ostatnio – zauważyłaś? – unoszę lekko kąciki ust… (śmiech)