Ocenianie innych to łatwy kawałek chleba?

Niełatwy. Ale ci, którzy zdecydowali się przyjść do programu „Tylko taniec. Got to dance”, znają reguły gry i wiedzą, że będą oceniani. Najpierw przez nas, jurorów, a jeśli przejdą dalej, przez widzów. Ocenianie nie jest łatwe. Szczególnie dzieci. To cudowne, jeśli dzieci mają talent i chcą tańczyć, nie powinny jednak udawać dorosłych. Była w programie cudowna banda dzieciaków, przy której popłakałam się ze śmiechu, tak wiele dała mi radości i słońca. Przekazali dziecięcą energię, zgodną z ich wiekiem.

A czy Ty jako dziecko chętnie występowałaś na rodzinnych przyjęciach?

Nie, nigdy tego nie robiłam, a rodzice mnie do takich występów nie zmuszali. Kiedy podczas programu pytam dzieci, dlaczego się zgłosiły, często nie potrafią odpowiedzieć. Więc nie wiem, czy za ich decyzją kryją się niezrealizowane marzenia rodziców, czy też chęć zaprezentowania się przez same dzieci. Ale kiedy daję komuś czerwoną gwiazdkę, mówię: „Nie, ale…”, bo zawsze są jakieś dobre strony występu. Nie zamykam drzwi na przyszłość.

Czytałam, że publicznie wyznałaś, że nie znasz się na tańcu.

Widzisz, w ogóle tak nie powiedziałam. A jedynie, że nie będę oceniać techniki tańca, kroków czy prawidłowego wykonania figur, bo się na tym nie znam. Nie jestem profesjonalistką w przeciwieństwie do pozostałych jurorów, którzy mogą się wypowiadać na ten temat. Skupiam się na wrażeniach artystycznych, wrażliwości, na tym, co sprawia, że taniec staje się interesujący. A to potrafię ocenić, bo jednak trochę na tej scenie występuję. Chcę, żeby czyjś taniec był dla mnie przeżyciem, bo jestem emocjonalnym typem. I są takie występy, kiedy zmieniam zdanie w trakcie, bo jednak coś mnie porwie albo... przez solidarność wysokich obcasów (śmiech), bo zatańczyły świetne kobiety. Występ nie musi być doskonały, ale powinien być prawdziwy i emocjonalny.

Solidaryzujesz się w ogóle z kobietami? Bliskie są Ci sprawy, o które się upominają, walczą?

Tak, ale w rozsądnych granicach. Obserwuję w moim otoczeniu, że nierzadko jest toczona walka dla samej walki, a gra nie jest warta świeczki. Takie rozważanie, że na przykład to właśnie kobieta powinna zająć dane miejsce, nie zawsze mnie przekonuje. Paradoksalnie zbytnie obniżanie wartości faceta na korzyść kobiety działa na naszą niekorzyść. Kiedyś Iwona Bielska, Agnieszka Schimscheiner i ja, jako trzy duże blondyny w różnym wieku, grałyśmy w „Monologach waginy”. Żeby zachować sens zawarty w tekście, dokonałyśmy skrótów, usuwając fragmenty stricte feministyczne. Bo one działały na niekorzyść kobiet. W milczeniu też jest siła. Gdyby ten tekst był sztandarem, nie wiem, czy miałabym zabawę z grania. Ale irytuję się, kiedy o przyszłości i zdrowiu kobiety chcą decydować mężczyźni, najczęściej politycy.

Niedawno w Radiu TOK FM dyskutowano na ten temat. Padła tam uwaga, że kobiety nie są wobec siebie lojalne. I podano przykład: dwie koleżanki umówiły się, że pójdą na imprezę na luzie – bez makijażu i w spodniach. Żadna nie dotrzymała słowa, obie się wystroiły i umalowały, bo jedna chciała przyćmić drugą.

Ja tam zawsze wolałam kumpli. Oni chętnie grali ze mną w kosza i w sobotę o siódmej rano chodzili na basen. Miałam więcej kolegów i chyba tak jest do tej pory. Ale co do mężczyzn, też mam zabawne obserwacje dotyczące ich kompleksów. 

Bardzo jestem ciekawa...

Ogromnie mnie rozśmieszył protest w związku z reklamą bodaj dezodorantu, w której świetnie zbudowany ciemnoskóry facet nawoływał: „Spójrz na swojego mężczyznę i teraz na mnie, jeszcze raz na niego i na mnie…”. Ta reklama w świecie zdobyła nagrody, a u nas została wycofana, bo mężczyźnie się nie spodobała. Gdybyśmy my tak kombinowały, dwie trzecie reklam powinno zostać zablokowanych, bo niemal w każdej występuje ładna, zgrabna dziewczyna. Nawet w sprawie blachodachówki. A wracając do programu „Tylko taniec”, każdy uczestnik powinien od pierwszego momentu chwycić widza za twarz. Wiem o tym, bo przecież też jestem oceniana co wieczór w teatrze. To publiczność jest moim jury.

Wcześniej też byłaś uczestniczką różnych konkursów. Startowałaś m.in. w Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, „Jak oni śpiewają” czy „Tańcu z Gwiazdami”. I odnosiłaś sukcesy. Ale tańczyć zaczęłaś wcześniej, jeszcze jako nastolatka.

Zaczęłam w Balecie Form Nowoczesnych AGH. Potem przez całe liceum chodziłam na zajęcia do Teatru Tańca Dance Factory Katarzyny Migały. Fantastyczne czasy! Sama sobie te zajęcia znalazłam, sama wymyśliłam. Było to coś, co uwielbiałam i kochałam. Nie zdawałam sobie wtedy sprawy, jak ta przygoda z tańcem zaprocentuje w szkole teatralnej, już przy egzaminach wstępnych. Bo z tańcem łączy się sprawność i pamięć ruchowa, świadomość ciała, poczucie rytmu, wrażliwość.

Pamiętasz swój pierwszy taniec w życiu?

Taki na scenie? Epizod w szkole podstawowej z tańcem ludowym. Bodaj w piątej klasie. 

Tańczyłaś krakowiaka, jak na krakowiankę przystało?

 

Nie, to nie był krakowiak. Śpiewałam: „Hej, przez rajcarskie pola leci sarna. Hej, nózkami psebira boby zarła! Jo by tez tak psebirała, kiejby takie nózki miała”. Śpiewałam i przebierałam nóżkami (śmiech). Ale później poza mną nikt nie chciał chodzić na zajęcia z tańca ludowego, więc umawiałam się z panią na prywatne lekcje, również baletu klasycznego. Ale szybko przelałam swoje uczucia na konie, bo tak się złożyło, że pani je hodowała. I tak spełniło się moje kolejne dziecięce marzenie. Pierwszą jazdę konną zawdzięczam tańcom ludowym.

Gdybyś miała wyrazić tańcem najważniejsze etapy swojego życia, jakie by to były odmiany?

Fajne zadanie, ale trudne. Dzieciństwo? To śmieszny taniec-opętaniec z użyciem drzew i płotów (śmiech). Byłam niespokojnym dzieckiem. Spośród rodzeństwa to ja wzięłam na siebie wszelkie niespodzianki, jakie rodzicom sprawiają niesforne dzieci.

Okres liceum?

Pasodoble, bo to czas niespokojny. Jest nie tylko rozgrywką między kobietą a mężczyzną, ale też walką, przegrywaniem, wygrywaniem, znajdowaniem siły w sobie. Nieraz trzeba było chwycić byka za rogi. U mnie wichry namiętności przyszły później, ale już na horyzoncie pojawiały się jakieś sympatie. Generalnie jednak byłam jak chłopak. Ubrana w koszule w kratę donaszane po bracie. A na nogach adidasy, koniecznie takie jak nosił Michael Jordan. Chodziłam po drzewach i na siłownię, jeździłam na rolkach, grałam z chłopakami w kosza i pływałam. Dopiero z końcem liceum kupiłam sobie pierwsze buty na obcasie i powoli odkryłam w sobie kobietę. Całkiem mi się to spodobało...

Lata studiów?

Rumba – niesamowicie zmysłowy i namiętny taniec. Żeby ją zatańczyć, trzeba odnaleźć w sobie kobiecość. To był czas odnajdywania siebie, poczucia kobiecości, tego, kim jestem. Czas odkrywania swoich emocji, wrażliwości. Na studiach zaczął się też mój romans z tangiem argentyńskim. Trochę tańczyłam pod okiem nauczycieli z Argentyny, ale przede wszystkim śpiewałam tanga Piazzolli z Kwartetem Revirado. Przepiękny epizod, może kiedyś wróci. Koncerty Piazzolli wzruszają mnie do łez, jednocześnie dając wewnętrzną siłę, niesłychaną energię. Okres studencki to też latynoskie swawole (śmiech), bo jakżeby inaczej! Swawole, radość i energia zawsze się u mnie przewijały.

Należysz do tej nielicznej grupy aktorów, którzy nie tylko grają, ale też śpiewają i tańczą. Co sprawia Ci największą radość?

Generalnie wszystko. W musicalach „Chicago”, „Panna Tutli Putli”, „Romeo i Julia”, „Vichry” czy „Człowiek z La Manchy” łączyłam wszystkie te sztuki i byłam szczęśliwa. W ogóle uwielbiam grać. Nawet w trudnych warunkach. Ostatnio przez dwa tygodnie jeździłam po Polsce ze spektaklami „Lewe interesy” i „Miłość i polityka” w reżyserii Jerzego Bończaka. Było to czasami męczące, ale utwierdziło mnie w przekonaniu, że kocham swój zawód.

I nie przeszkadzało Ci, że to nie scena Teatru Narodowego, tylko skromnego teatru w Tychach albo domu kultury w Łomiankach?

A jakie to ma znaczenie? Najważniejsza jest publiczność. Ta, z którą się spotykamy, dużo wcześniej wie, że spektakl przyjeżdża; czeka na nas, docenia. Zawsze jest pełna sala, a bije od niej tyle pozytywnej energii i otwartości, że zapominam o trudach podróży. To dla nas, aktorów, budujące.

Bardzo dużo ostatnio pracujesz. Poza tymi sztukami grasz też w „Wydmuszce”, spektaklu „Fredro dla dorosłych”, jesteś jurorką w show i jednocześnie przygotowujesz się do premiery „Antygony 2012” w reżyserii Tadeusza Kiljańskiego. To macierzyństwo sprawiło, że jesteś tak wygłodzona na pracę?

Taki głód grania czułam przez pierwsze trzy lata po studiach, kiedy wykonywanie zawodu było dla mnie niezmiernie ważne. Bo wiedziałam, że to wcale nie jest oczywiste. Wtedy rzeczywiście pracowałam na wariackich papierach. Tak intensywnie, że czasami nie wiedziałam, gdzie jestem. Rano miałam próbę w Warszawie, o 14 puszczano mnie na pociąg do Krakowa, a tam z dworca szłam prosto na próbę. Następnego dnia o szóstej rano znów byłam w pociągu, żeby zdążyć na próbę w Warszawie, a wieczorem ponownie w Krakowie. Trzykrotnie w ciągu dwóch tygodni miałam premierę i w Krakowie, i w Warszawie. Kiedy akurat nigdzie nie musiałam się przemieszczać, budziłam się rano i zastanawiałam: „Gdzie ja jestem?”. Ale warto było, bo robiłam ciekawe rzeczy. Jest takie cudowne powiedzenie: „Kochaj to, co robisz, a nigdy nie będziesz musiał iść do pracy”. Teraz pracuję falami. Okres intensywnej pracy pozwala mi potem docenić moment wyciszenia i radość, z jaką oddaję się życiu rodzinnemu. Śmieszy mnie, kiedy czytam w prasie, że skoro podjęłam się jurorowania, cały czas muszę być w Polsce. Kulisy są inne – castingi trwały tydzień i nagrano je w pierwszej połowie lutego. Pozostały raptem cztery piątki programów na żywo. Więc to nieprawda.

Kursujesz między Szwecją a Polską. Ale też świat się skurczył – odległość między Warszawą a Göteborgiem, gdzie mieszkasz, to zaledwie półtorej godziny lotu.   

Cała podróż do Szwecji trwa krócej niż jazda pociągiem z Warszawy do Krakowa.

Kiedyś znałaś obsługę pociągów na linii Warszawa – Kraków. Zdążyłaś już zaprzyjaźnić się ze stewardesami?

Zdarzyło mi się zobaczyć te same stewardesy, a pilota poznaję już po głosie... Ale teraz są różne możliwości podróżowania, nie jest już tak jak z pociągiem.

Reżyserka i scenarzystka Joanna Kos-Krauze uważa, że miłość polega na wspieraniu partnera w jego rozwoju. Masz szczęście, że Twój mąż rozumie Twoje potrzeby i nie protestuje, gdy wyjeżdżasz do pracy.

Oboje uważamy, że to zdrowe dla związku. To cudowne, że ja i Ola jesteśmy razem, ale ważne jest też, że oboje mamy źródło dodatkowej satysfakcji i wzajemnie je pielęgnujemy, by nie wyschło. Jesteśmy nie tylko mężem i żoną, ale i partnerami, przyjaciółmi. To oczywiste, że trzeba się wzajemnie wspierać. Poza tym nie jest tak, że mój mąż poznał mnie jako nic nierobiącą osobę, i zaskoczyło go, że nagle się do czegoś zabrałam. Oboje wiedzieliśmy, co   robimy. 

 

Ogromnie mi się podoba, że chcesz pozostać kobietą niezależną. Choć praktycznie mogłabyś nic nie robić, wyłącznie cieszyć się dzieckiem.

Od razu się zacietrzewiam na taką ewentualność. Nawet bym nie rozpatrywała tego ani praktycznie, ani teoretycznie. Nie wiem, dlaczego taka myśl się pojawia i w różnych publikacjach powraca, że skoro teraz jestem mężatką, to właściwie nic nie muszę robić. Nie widzę tu żadnego związku. Stan zamężny bądź – wielokrotnie podkreślana przez różne osoby – zamożność niczego nie zmienia. Jeśli się kocha swoją pracę, nie ma to żadnego wpływu. Nie rozumiem, dlaczego miałabym się nagle zmienić i być zupełnie inną osobą.

Może to po prostu polski punkt widzenia, zdominowany przez symboliczną matkę Polkę?         

Matka Polka już chyba nie ma wielkiej siły rażenia. Nie wiem, może. Ale to myślenie, z którym się nie zgadzam i nie zgodzę nigdy. Na pewno trzeba znać granice, to ważne. Ale nie mam z tym problemu, co dla mnie najważniejsze – to rodzina. Potem dopiero idzie praca. Ale ona raz jest, raz jej nie ma, jakieś sukcesy są przez chwilę, a potem trzeba pracować dalej. Kariera raz jest, to znów jej nie ma. To, o co trzeba dbać, to najogólniej pojęte życie prywatne, czyli rodzinne. Bo ono naprawdę jest naszym życiem. Praca jest tylko jego częścią. Od momentu narodzin dziecka żyję aktywnie, ale nigdy nie dzieje się to z uszczerbkiem dla córeczki. Czas dla dziecka jest święty.

Emma jest teraz z Tobą w Polsce?

Oczywiście, jak zawsze. Jest dobrze, że nie trzyma się cały czas maminej spódnicy, ale musi wiedzieć, że ma moją miłość i mnie na wyłączność. Jeśli matka o tym pamięta, nie widzę problemu, a więc i powodu, dla którego miałabym nagle stać się inną osobą i siedzieć cały czas w domu. Bycie domatorką jest przyjemne, ale na jakiś czas. To kwestia temperamentu.

A przy czym odpoczywasz najlepiej?

Na przykład przy gotowaniu. Jak mam czas, lubię pójść do sklepu, wolniutko wybrać produkty i improwizować. Ta sama potrawa w moim wykonaniu za każdym razem smakuje inaczej, bo za każdym razem są inne proporcje. Trudno by mi było podać jakikolwiek przepis. Nawet jeśli gotuję według przepisu, i tak się go nie trzymam. 

A jak się czujesz w Szwecji? Jesteś tam u siebie?

Miejsca tworzą ludzie. Trudno się nie czuć u siebie, dobrze i bezpiecznie, gdy jesteś tam, gdzie twoje serce, gdzie twoja miłość. Kiedy po studiach zaczynałam pracę i mieszkałam w pokojach gościnnych w Warszawie, doskwierała mi samotność. Chociaż byłam w Polsce, byłam sama. Bo nie miałam tu znajomych. Dopiero gdy zagrałam w musicalu „Chicago” i poznałam mnóstwo osób, zaczęłam się tu dobrze czuć. Więc nie ma znaczenia, gdzie mieszkasz. Szwecja, nie Szwecja, inny kraj czy tylko inne miasto... Tam, gdzie nie ma znajomych, zawsze jest ciężko. Można być wyobcowanym, nawet gdy wokół słychać ojczysty język.

Czy prawdziwe jest powiedzenie, że jeśli ludzie odnajdują się w tańcu, to to się przekłada na życie?

Nie mam pojęcia. Wszystko jedno, jak się tańczy i wyczuwa drugą osobę, ważne jest, czy sprawia to nam przyjemność, czy nie. Najważniejsze, by oboje zmierzali w tym samym kierunku. W tańcu zawsze miałam tendencję do prowadzenia. Przydało się to na studiach, gdy mój kolega, dzisiaj znany, na zajęciach z tańca miał problemy. Prowadziłam, co wcale nie było proste, bo to duży chłopak.

A kto prowadzi w Twoim życiu?

To tajemnica.

Jaki taniec najpełniej wyraża Twoją kobiecość?

Samba. Absolutnie się w niej zakochałam To cała ja. Teraz to wiem, ale kiedy w „Tańcu z Gwiazdami” Robert Kochanek pokazał mi pierwsze kroki, uznałam, że nie ma takiej możliwości, żebym się tego nauczyła. Dopiero gdy się na sambę otworzyłam, poczułam, że ją uwielbiam. Piotr Galiński uznał, że stworzyłam nowy styl – „wild samba”, dziką sambę.

Miewasz teraz okazje, by ją zatańczyć?

Średnio, aczkolwiek kiedy w domu usłyszę te rytmy, od razu ruszę bioderkiem. A mam czym! Kocham słońce, kocham się śmiać, a te rytmy zawsze niosą ze sobą radość.

A lata tuż po studiach z jakim tańcem byś powiązała?

Z tańcem na linie. Bo nigdy nie było wiadomo, co się zdarzy. To swoista akrobatyka cyrkowa: ma się jakąś propozycję, a za chwilę już się jej nie ma. Towarzyszy temu poszukiwanie pewności siebie, wiary. Szkoła teatralna otwiera trochę człowieka, uwrażliwia, przygotowuje do sceny, ale tak naprawdę zawodu zaczynamy się uczyć później. Ja nagle wypłynęłam na szerokie wody Teatru Wielkiego w „Siedmiu grzechach głównych” z Januszem Wiśniewskim, Emilem Wesołowskim i rolą, którą grałam na zmianę z Krystyną Jandą. Piękny początek, ale ile mnie to kosztowało! Wystarczy, że na tej linie noga trochę drgnie, i można spaść. W ogóle to taki zawód – ciągle stąpamy po linie. I zawsze można z niej zlecieć. A dalsza droga to już turniej z różnymi figurami, czasem potwornie niebezpiecznymi.

Która w Twoim przypadku okazała się najbardziej niebezpieczna?

 

Fajnie jest cały czas pracować w zawodzie, utrzymywać się w rytmie. Lepiej jest być zmęczonym pracą niż nicnierobieniem. Ta druga pozycja jest dużo bardziej irytująca i mecząca. Tak się stało, choć nie do końca z mojego wyboru – dziś jestem z tego zadowolona – że działam jako wolny strzelec. W związku z tym raz jest lepiej, raz gorzej. Ale jeżeli ma się tego świadomość, upadki nie bywają bolesne. Było mi przykro, że telefon nie dzwonił przez jakiś czas, ale wiedziałam, że to się zmieni, jeśli się zmobilizuję. Więc nie był to dla mnie szok. Poza tym jestem przekonana, że najważniejsze jest to, co mamy oprócz pracy. I to trzeba chronić, bo to jest constans. Bo co znaczy „kariera”? A tym bardziej „bycie gwiazdą”, którą dzisiaj może być każdy? Oczywiście, ponosiłam małe porażki. Bywało, że myślałam: „Boże, po co ja w tym zagrałam?!”. Ale chyba każdy ma na swoim koncie coś, czego z perspektywy czasu się wstydzi i wie, że nie powinien był tego robić. Doświadczenia są cenne. Trzeba tylko starać się wyciągnąć z nich wnioski. A to już nie jest takie oczywiste (śmiech).

Twoje dzisiejsze życie – jaki to taniec?

Strasznie przyjemny, na pewno taniec-przytulaniec. Powiem: jestem szczęśliwa, choć zawsze bałam się to mówić głośno. Bo u nas cudze szczęście kole w oczy. Nie rozumiem tego. Nie rozumiem niedowartościowanych ludzi, którzy chcą zagłuszyć kompleksy, wylewając jad na kogoś innego. Jeśli mnie się nie układało, cieszyłam się, że komu innemu się dobrze wiedzie. Myślałam: „Może kiedyś to przyjdzie i do mnie”. Bo pozytywne myślenie przyciąga pozytywną energię. A wokół widzę wiele zawiści. Ludzie szukają igły w stogu siana, żeby tylko móc mi wbić szpilę. To bardzo nieprzyjemne.

Często Cię to dotyka? Dowiadujesz się o tym, czytając uwagi na swój temat?

Już nie czytam. Szkoda na to czasu. Ale różne wieści do mnie dochodzą. Czasem śmieszne, czasem przykre, czasem irytujące. Chyba nigdy się z tym nie pogodzę, mimo że doskonale wiem, iż jest to wpisane w zawód. Skupiam się na tym, co istotne, i robię swoje, jak najlepiej potrafię. W zgodzie ze sobą.

Zawsze chciałaś być aktorką dramatyczną i oto pozytywne myślenie się sprawdziło – zagrasz Antygonę. Jaka będzie Antygona 2012 roku?

Spektakl jest na początkowym etapie, więc wciąż jeszcze jej w sobie szukam. Antyczna Antygona kojarzy się z heroiną, kieruje nią honor i duma. Moja będzie współczesna i zwyczajnie ludzka – ze swoimi wątpliwościami, strachem, wszystkim tym, co niesie ze sobą człowieczeństwo. Została przecież postawiona w dramatycznej sytuacji rozdarcia. „Antygona 2012” to widowisko muzyczne, więc będę również śpiewała. 

A najważniejsza w życiu jest...?

…miłość, jak zawsze, od wieków. Bo lepiej kochać bez wzajemności, niż nie kochać w ogóle. Lepiej przeżyć miłość, która rani, niż nie zaznać jej wcale. To jak z marzeniami. Zapamiętałam tekst z jakiegoś filmu: „Miałem wiele marzeń, żadne się nie spełniło, ale dobrze, że je miałem”.

Twoje marzenie?

Wyjechać do ciepłych krajów. Słońce, palmy, biały piasek i turkusowe morze. A tam zatańczyć, jak muzyka poniesie.