Kiedy rozmawialiśmy kilka dni temu, powiedziałaś mi, że znajdujesz się teraz w przełomowym momencie swojego życia... Co się dzieje?

Jestem na etapie wielu zmian. Kiedy ostatnio przyszłam na wywiad do Polsat Café,koleżanka powiedziała mi: „Wydajesz się inna, coś się w tobie zmieniło!”. Przez chwilę się zastanawiałam: „Skąd ona o tym wie?”. Ale rzeczywiście, zaczynam nowyrozdział i wiem, że to będzie mój czas – czuję się dojrzalsza, inaczej patrzę na wiele spraw, bo przewartościowałam swoje priorytety. Doceniam piękno życia, nie gnam już tak bardzo jak kiedyś, koncentruję się na teraźniejszości. I choć nie jestem już 20-latką, wciąż czuję się atrakcyjna jako kobieta. Uważam, że trzydziestka to najlepszy czas – mam za sobą doświadczenia, które mnie wzmocniły, i w końcu wiem, czego chcę.

A czego chcesz?

Przede wszystkim być szczęśliwa i robić rzeczy, które sprawiają mi przyjemność, a przy tym dają satysfakcję. Aktorstwo, muzyka, architektura, taniec, sztuka – to wszystko bardzo mnie interesuje. Mam mnóstwo pomysłów i czuję głód robienia czegoś nowego. Zależy mi na tym, by wszystko było na wysokim poziomie, bo nie lubię odpuszczać. Nie toleruję słabości u innych, więc sama od siebie dużo wymagam. Chętnie otaczam się ludźmi, którzy mnie inspirują.

Do tej pory nie byłaś szczęśliwa? Pozornie miałaś wszystko, by móc się tak czuć – główne role w popularnych serialach, szczęśliwą rodzinę, pieniądze.

Rzeczywiście tak to mogło wyglądać, ale – jak wiesz – ciągle szukam czegoś nowego...

Co masz na myśli?

Nie zamykam się na to, co przynosi mi życie. Ale planowanie przyszłości byłoby w moim przypadku raczej niemożliwe. Wiem, czego chcę, znam swoje marzenia i staram się je powoli realizować.

Grałaś w serialach, teraz występujesz w programie „Twoja Twarz Brzmi Znajomo”. Ludzie rozpoznają Cię na ulicy, jesteś bardzo lubiana, a mimo to rzadko pojawiasz się na bankietach. Życie celebrytki Cię nie pociąga?

Moja praca wiąże się z częstymi nieobecnościami w domu, dlatego kiedy nie pracuję, chcę być z bliskimi – mężem i synami. Rzeczywiście, w okresie największej popularności serialu „Anna German” bywałam na różnych imprezach. Ale potem podjęłam decyzję, by z tego zrezygnować, bo to niczemu nie służyło. Świat bankietów to nie do końca mój świat – nie jestem typem celebrytki, która się cieszy, gdy zajmuje się nią sztab stylistów, fryzjerów i makijażystów. Chcę od życia czegoś więcej niż chwilowego splendoru. Uważam, że piękno to nie tylko ładna sukienka czy drogie buty, ale też to, jak sami czujemy się ze sobą.

Ty czujesz się piękna wewnętrznie?

Dążę do tego, by polubić siebie. Otrzymuję wsparcie od osób, które spotykam na swojej drodze. Często się mówi, że aktorzy to ludzie nieśmiali. Rzeczywiście mamy wiele fobii – ja też walczyłam ze swoimi lękami. Bardzo przeżyłam porażkę w Opolu, czułam się zmiażdżona krytyką, która na mnie spadła. Wcześniej wszyscy chwalili mnie za rolę „Anny German”, a tu nagle musiałam się zmierzyć z tyloma nieprzychylnymi opiniami. Znajomi mówili, że nie powinnam się tym w ogóle przejmować, w końcu nie jestem zawodową piosenkarką, tylko aktorką. Mimo to dużo czasu zajęło mi, by się z tym uporać i otworzyć na nowe wyzwania. Wszystkie ograniczenia są w naszej głowie i to my musimy je przepracować.

Spodziewałaś się, że rola Anny German, która przyniosła Ci popularność, tak bardzo zmieni Twoje życie?

Nie. W Rosji ten serial był popularny, ale nie tak jak w Polsce. O castingu dowiedziałam się od mojej koleżanki Aleksandry Prykowskiej. Chociaż listę kandydatek już zamknięto, zadzwoniłam i przekonałam komisję, żeby zgodziła się mnie przesłuchać. Byłam ostatnia w kolejce i na początku nie miałam partnera,z którym mogłabym zagrać swoją rolę.Później pojawił się Szymon Sędrowski, serialowy mąż Anny German, i utworzyła się między nami fajna relacja. 

Od razu dostałaś tę rolę?

Na odpowiedź musiałam czekać pół roku. Pamiętam, że agentka zadzwoniła do mnie w święta, kiedy byłam u rodziny w Wilnie. Dla bliskich to było duże zaskoczenie, bo nie opowiadałam im o tym szczegółowo. Wiedzieli, że brałam udział w castingu, ale nie mieli pojęcia, do jakiego serialu.

Jak subtelna i wrażliwa dziewczyna, którą jesteś, odnalazła się w świecie show-biznesu?

Musiałam znaleźć swoje miejsce, żeby przetrwać. Nie jestem typem osoby, która walczy za wszelką cenę i dąży do sukcesu po trupach. Dla mnie najważniejsze to ludzie, emocje. Mam grono oddanych przyjaciół, którzy są przy mnie. Poza tym nauczyłam się nie myśleć o tym, co mówią o mnie inni, bo nie da się przecież zadowolić wszystkich.

Dużo czasu zajęło Ci zrozumienie tego?

Pomogli mi bliscy. Ostatnio ktoś napisał do mnie na Facebooku: „Niepotrzebnie pchasz się do programu »Twoja Twarz Brzmi Znajomo«, skoro nie umiesz śpiewać”. Uznał, że powinnam być bardziej pokorna. Na koniec dodał: „Przecież w Opolu pokazałaś, że nie masz za grosz talentu”.

Dlaczego więc zdecydowałaś się na udział w programie „Twoja Twarz Brzmi Znajomo”?

Bo lubię robić rzeczy, które mnie rozwijają. Do każdego występu muszę się przygotować wokalnie, dużo też czytam o danej postaci. To pomaga mi wejść w rolę. Z odcinka na odcinek nie tylko szkolę warsztat, ale też coraz więcej dowiaduję się o historii muzyki i wykonawcach. Wcześniej ten temat mnie aż tak nie pasjonował i gdyby nie „Twoja Twarz Brzmi Znajomo”, pewnie nadal nie wiedziałabym, jak niesamowitym człowiekiem był na przykład Grzegorz Ciechowski. Poza tym za udziałem w programie przemawiał też jego aspekt charytatywny. Uczestnicy robią coś nie tylko dla siebie, ale też dla innych.

A co Tobie daje ten program?

Lubię doświadczać nowych emocji, podejmować wyzwania. Chyba nie byłabym w stanie zbyt długo wytrzymać w jednej pracy, wykonując codziennie te same obowiązki.

Czyli towarzysząca zawodowi aktora nieprzewidywalność Cię nie przeraża?

Dla mnie punktem odniesienia jest rodzina, a nie praca. To bliscy dają mi poczucie bezpieczeństwa. Poza tym wierzę, że jestem już na tyle silna, mocna i utalentowana, że poradzę sobie w każdej sytuacji. Aktorstwo nigdy nie było dla mnie priorytetem. Owszem, pozwala mi żyć na całkiem przyzwoitym poziomie i spełniać marzenia, ale to wszystko. Nie tęsknię jednak za serialami. Chciałabym wystąpić w czymś ambitnym – dobrym filmie fabularnym u reżysera, który pozwoliłby mi rozwinąć skrzydła. A tych propozycji brakuje, bo ludzie wciąż kojarzą mnie z tamtą rolą. Producentka „Anny German”, kiedy zaczynałam pracę na planie serialu, mówiła, że teraz będę dostawała same ambitne role, że ten serial umocni moją pozycję. Tymczasem stało się inaczej. Wielkim szczęściem jest dla mnie teatr, dzięki któremu realizuję się jako aktorka.

Kiedy trafiłaś na plan „Anny German”, nie czułaś, że spełniają się Twoje marzenia o wielkiej roli?

Wychowywałam się w niedużym mieście na Litwie, pochodzę z niezamożnej, bardzo tradycyjnej rodziny. Od dziecka wiedziałam, że pragnę czegoś więcej niż moi rówieśnicy. Rodzice dbali, żebym razem z siostrą mogła rozwijać swoje artystyczne zainteresowania. W przedszkolu chodziłam na zajęcia z baletu, których nienawidziłam, ale dawałam się przekupić ciastkiem (śmiech). Raz w roku mama zabierała nas na przedstawienie baletowe. Traktowała to jak prawdziwe święto – kochała sztukę, sama tańczyła przez wiele lat w zespole ludowym. Pamiętam, że kiedy miałam 15 lat, bardzo chciałam nagrać piosenkę. Mama zebrała pieniądze, żebym mogła to zrobić w profesjonalnym studiu. Sama napisałam tekst i ułożyłam melodię. To był typowo rockowy kawałek zatytułowany „Szalona” (śmiech).

Mimo to powiedziałaś mi kiedyś, że nie możesz nazwać swojej mamy przyjaciółką. Dlaczego?

Nigdy nie ukrywała przede mną ważnych spraw. W domu nie było tematów tabu, rozmawiało się o wszystkim. Ale granice dziecko – rodzic były wyraźnie zaznaczone. Dopiero po wyjeździe na studia do Polski nasze relacje się zmieniły. Uważam, że głównie z mojej winy spędzamy razem za mało czasu. Mama chciałaby, żebym wróciła teraz do Wilna na stałe – kiedy ostatnio wpadłam do domu na kilka dni, nadskakiwała mi, jakbym była królewną.

Dlaczego wyjechałaś z Wilna?

Jestem niespokojnym duchem. Uważam, że każdy z nas tak naprawdę przechodzi przez życie samotnie i trzeba walczyć o swoje marzenia.

Mówi to żona i matka dwóch synów?

Tak, mamy z mężem obszary, w których realizujemy się wspólnie, ale dbamy też o wolność w związku.

To świadczy o dojrzałości Waszej relacji.

Czasami czujemy się tak, jakbyśmy żyli ze sobą już 70 lat (śmiech). Z jednej strony to piękne, z drugiej – straszne.

Rutyna?

Wiemy, że skakanie z kwiatka na kwiatek nie jest zbyt rozsądne, a w długoletnim związku trzeba walczyć o miłość, ciągle ją podsycać, bo związek ma sens do momentu, kiedy obie strony są w stanie się od siebie czegoś uczyć, inspirują się wzajemnie.Rutyna może zabić każde uczucie.

Twój mąż, podobnie jak Ty, pochodzi z Wilna, ale poznaliście się w Warszawie.

Tak, w Teatrze Rozmaitości na spektaklu „Makbet”, w którym grał nasz wileński kolega Janek Dravnel. Spotkałam tam nauczycielkę z mojego liceum w Wilnie, która przedstawiła mi swojego syna. Ja byłam na drugim roku studiów, Mirek już pracował w Warszawie. Spodobał mi się – był wysoki, intrygujący. Odwiózł mnie do domu i tak zaczęła się nasza znajomość.

Miłość od pierwszego wejrzenia?

Długo się docieraliśmy, ale czuliśmy, że łączy nas coś silnego. Na początku traktowałam Mirka jako kolegę, który daje mi tu, w Warszawie, namiastkę Wilna. Często razem jeździliśmy do rodziców. Zauroczyło mnie, że pochodzi z zupełnie innego świata niż ja – jest inżynierem, specjalizuje się w informatyce. To poukładany i racjonalny mężczyzna, stanowi dla mnie duże wsparcie. Kiedy ja pracowałam na planie „Anny German”, on przejął większość obowiązków związanych z wychowywaniem dzieci. Taki podział wynikał ze wspólnie podjętych decyzji. W naszym domu każdy ma prawo głosu i wszyscy traktowani są na równi.

Wyszłaś za mąż, kiedy miałaś 24 lata.  Czułaś, że to miłość na całe życie?

Nie myślałam w ten sposób, ale sądziłam, że to właśnie mężczyzna, z którym chcę się na ten moment związać. Nie wiem, czy będziemy razem do końca życia jako mąż i żona. Istotne jest dla mnie to, aby żyć w relacji, która coś mi daje. Najważniejsze, że mąż to zarazem przyjaciel. Pielęgnujemy każdy kolejny dzień. Nie wyobrażam sobie życia bez swojej rodziny.

Jakim ojcem jest Mirek?

Zaangażowanym, ma dużo cierpliwości do synów. Lada moment zaczynam próby do spektaklu „Lekcje stepowania” w reżyserii Krystyny Jandy i wiem, że gdy znów zostanę pochłonięta nowym projektem, nasi synowie będą mieli najwspanialszą opiekę. Pojawienie się dzieci w domu na pewno sprawiło, że mocniej stąpamy po ziemi.

Na jakich mężczyzn chciałabyś wychować swoich synów?

Po prostu na szczęśliwych. Chciałabym, żeby byli świadomi tego, co chcą osiągnąć, i do tego dążyli. W naszym domu nie ma tematów tabu – staramy się, by Mikołaj i Jeremi sami podejmowali decyzje, uczyli się też na własnych błędach. Dla mnie najważniejsza w życiu jest prawda.

Z czym Ci się kojarzyła Polska, zanim tutaj przyjechałaś?

Z dobrobytem, serdecznością, ciepłem. Czułam, że to po prostu lepszy świat.

Jak wyglądał Twój pierwszy dzień w Warszawie?

To był czerwiec, kilka dni przed egzaminami do szkoły teatralnej. Pamiętam, że leżałam na łóżku w mieszkaniu na Koszykowej, które wynajmowałam, i jadłam czereśnie. Popołudniami chodziłam do Łazienek, gdzie uczyłam się tekstów. Ludzie patrzyli na mnie dziwnie, bo recytowałam je na głos (śmiech). Potem, już na studiach, często przechodziłam okresy załamania. Wracałam do domu po zajęciach zapłakana, dzwoniłam do mamy i mówiłam, jak jest mi tutaj źle. A ona spokojnym głosem tłumaczyła, żebym pakowała walizki i wracała do niej. Wiedziałam jednak, że zaszłam już tak daleko, że nie mogłam się poddać.

Rodzice są z Ciebie dumni? Podoba im się to, co robisz?

Tak, doceniają mnie, ale uważają, że aktorstwo to zawód jak każdy inny.

W przyjaźni jesteś stała w uczuciach?

Otacza mnie grono zaufanych przyjaciółek. Nie należę jednak do kobiet, które lubią sobie paplać przy kawce o nowościach kosmetycznych czy sukienkach. My rozmawiamy o tym, co dla nas ważne, o emocjach. Zdarza się, że nie mamy kontaktu przez kilka dni albo tygodni, ale przyzwyczaiłyśmy się do tego.

Okres Twojej największej popularności przypada na pierwsze lata życia Mikołaja i Jeremiego. Nie bałaś się, że coś tracisz, stawiając na karierę?

Nie odzyskam tamtych chwil spędzonych na planie zamiast z dziećmi, ale dzięki temu moi synowie mogą sobie pozwolić na wiele rzeczy, które dzisiaj mają. Moja nieobecność jest w pewnym sensie usprawiedliwiona.

Rozmawiacie w domu po polsku czy po rosyjsku?

Po polsku. Mikołaj i Jeremi nie znają rosyjskiego i nie wiem, czy będziemy ich uczyć tego języka. Stawiamy przede wszystkim na angielski, bo to on jest przepustką do świata.

W jednym z wywiadów powiedziałaś: „Nie osiągnęłabym tyle, gdyby nie moje dzieci”. Rodzina jest dla Ciebie motorem do działania?

Tak. Czasem przechodzimy chwile załamania, kiedy nie widzimy sensu naszej pracy i chcemy się poddać. A potem zaczynamy myśleć o dzieciach, które nas potrzebują, i od razu nabieramy sił do działania.

Co daje Ci radość w życiu oprócz dzieci, rodziny i pracy? Jakie małe przyjemności sobie sprawiasz?

Dobre jedzenie i woda – kocham pływać. Poza tym moim żywiołem są podróże. Wcześniej wyjeżdżaliśmy głównie z dziećmi, a teraz możemy sobie pozwolić na wakacje tylko we dwoje, bo nasi synowie świetnie się czują u dziadków.

Jaka pragnęłabyś być za kilka lat?

Chciałabym się trochę uspokoić – poczuć równowagę i harmonię. To jest mój cel.