Jesteś jurorką w programie „Project Runway”. W świecie mody „runway” oznacza wybieg, ale tak nazywa się też po angielsku pas startowy. Opowiesz, co dla Ciebie, Joanno, było pasem startowym?

Pas startowy to początek podróży w wybranym kierunku i celu. Dla mnie był nim okres dzieciństwa. To wtedy dostałam wszystko to, co do dziś daje mi energię i sprawiło, że mogłam zrealizować swoje marzenia.

Czy już wtedy wiedziałaś, że zostaniesz projektantką?

To były inne czasy, inna rzeczywistość, ale ja to chyba mam po prostu w genach. (śmiech) Wszystkie kobiety w mojej rodzinie – a szczególnie moja ciotka, siostra mojej mamy – miały na punkcie mody kompletnego bzika! To od zawsze był dla mnie naturalny świat. Co drugi weekend spędzaliśmy w Otwocku u krawcowej, pani Stanisławy, która miała piękny, stary drewniany dom z ogrodem. Byłam zafascynowana atmosferą, jaka tam panowała. Przymiarek, krojenia tkanin, niekończących się rozmów o modzie. Przeglądałyśmy razem często stare magazyny. Dla nas nie miało to żadnego naczenia, czy to był „Vogue” sprzed pięciu miesięcy czy „Burda” sprzed roku. Wszystko było dobre. (śmiech)

Mówisz, że modę masz w genach, opowiadasz, jak inspirujące było pod tym względem dzieciństwo, ale pochodzisz z prawniczej rodziny.

Dlatego też moim pierwszym zawodem był zawód radcy prawnego. Bardzo lubiłam swoje typowo humanistyczne studia. 

Ale jednak gen mody okazał się silniejszy.

Tak! Moda jest zmysłowa, intrygująca. To fascynujące zjawisko. Również od strony psychologicznej. Moda kreuje pewien świat piękna, tak bardzo nam wszystkim potrzebny. Obcujemy z nim na co dzień, dosłownie na własnej skórze. To najprostszy sposób, żeby poczuć się lepiej, tworzyć piękniejszy świat dla siebie i wokół siebie.

Kiedy pierwszy raz poczułaś, że kreujesz to piękno wokół siebie?

W czasach dzieciństwa tonęłam w kobiecym świecie, który był bardzo piękny i bardzo zmysłowy. Pamiętam, jak wchodziłam do domu mojej babci, w którym unosił się zapach rogalików z różą i smażonych wiśni. Pamiętam słoiki, równo poukładane, podpisane ślicznym charakterem pisma. Dom babci zawsze był zadbany, pachnący i czysty.Moja ciotka ani mama nie wyobrażały sobie, żeby serwować zwykłą kanapkę w byle jaki sposób. Zawsze przykładały wielką wagę do eleganckiego serwowania najprostszych dań. Szczypiorek kroiły zawsze nożyczkami w bardzo szczególny sposób. To był szał. I ja – już jako dziewczynka – po prostu nauczyłam się, że szczegół jest bardzo istotny. Dzisiaj staram się często przywoływać tamte chwile i zapachy. Rozpieszczam swoje panie w studiu drożdżówkami i pączkami z malinami.

I w tym, jak Cię wychowywano, upatrujesz   źródeł swojego sukcesu?

Tak. Ten „plastyczny” sposób myślenia o świecie mam w sobie. To wszystko ukształtowało się już wtedy, gdy byłam bardzo mała. Porządkuję swój świat według wzorców, w których wyrosłam. Dlatego też dzisiaj jestem pedantką i wiele jest we mnie z perfekcjonistki. Oczywiście, pedantka męczy trochę siebie i otoczenie. (śmiech) Ale z drugiej strony, jeśli tego nie masz, to nie zrobisz nigdy niczego dobrze. Charakter kobiet w mojej rodzinie na pewno doprowadził mnie właśnie tu, gdzie jestem teraz.

Można więc powiedzieć, że wyczucie estetyczne i pewność siebie dostałaś od rodziny w spadku. A pieniądze? Rodzina pomagała Ci inwestować?

Nie byliśmy szczególnie bogaci. Ale kiedy pojawiła się wolność po 1989 roku, natychmiast wykorzystałam okazję i stworzyłam z bratową sieć klinik dentystycznych. Przedtem w Polsce nie było praktycznie niczego. Dorastałam w PRL-u. Wtedy prawie nikt nie miał dużych pieniędzy.

 

Przyjaźnisz się z naprawdę bogatymi osobami, żyjesz w świecie mody, gdzie na ubrania   wydaje się czasem fortunę. Jaki masz stosunek do pieniędzy?

Moja rodzina pracowała i pieniądze na godne życie zawsze były. Nie byłam nigdy rozkapryszoną dziewczyną, nie byłam nigdy zepsuta. Od rodziców przejęłam etos „protestancki” – jak się pracuje, to te pieniądze są. Jednak w czasach PRL-u to nawet gdy były, to i tak nie było co za nie kupić.

W „Vogue’u” ukazał się wywiad z Tobą, w którym bardzo wyraźnie wyjaśniłaś, że wszystko wzięło się właśnie z tych PRL-owskich braków.

Powiedziałaś: „Szukałam piękna, bo rzeczywistość była bardzo szara”…

Tak. Motorem moich działań była potrzeba stworzenia czegoś własnego. Miałam dobry przykład, bo otaczały mnie kobiety, które były twórcze, umiały się przeciwstawiać szarzyźnie tamtego świata. Kobiety w mojej rodzinie nigdy nie były zmęczone, choć wszystkie przecież pracowały. Były piękne i zadbane. Mama jest farmaceutką. Moja ciotka miała własne duże przedsiębiorstwo produkcji długopisów, czyli tzw. prywatną inicjatywę. W mojej rodzinie nikt nie leżał i nie pachniał – jak to się mówi. Wszyscy pracowali, ale także dbali o atmosferę dookoła i o urodę, i radość życia.

Co dla Ciebie, młodziutkiej osoby dorastającej w PRL-u, było niedościgłym marzeniem?

Dziś zabrzmi to dość banalnie, ale w dzieciństwie lalka Barbie!!! Mój wujek wyjeżdżał do Szwecji, na dwa miesiące do pracy, jest lekarzem. Kiedy miałam osiem lat, dostałam od niego pierwszą Barbie, razem z pięknymi ubrankami. Pamiętam, jak na imieniny mojej mamy zeszły się wszystkie jej koleżanki i jak zaczarowane bawiły się tą lalką. (śmiech) Razem ze mną przebierały ją, czesały. Była piękna, długowłosa. I zginały jej się ręce. Pamiętam też, że jako mała dziewczynka zbierałam pachnące gumki, różne serwetki, ładne opakowania. Chłopcy zbierali wtedy puszki po piwie czy pudełka po papierosach. To wynikało z tęsknoty za kolorowym światem. Dziś   to jest zupełnie szokujące.

I ten brak właśnie Cię ukształtował?

Tak. Na pewno rozbudził kreatywność.

W domu nauczono Cię ciężkiej pracy? Mówisz, że byłaś rozpieszczana przez ciotki i babki…

Moja rodzina była typową inteligencką rodziną, gdzie wiadomo było, że trzeba jakoś zarobić na godne życie i się na nie po prostu zarabiało. Nigdy niczego strasznie nie brakowało.

Ciekawe to, co opowiadasz, bo jednak jesteś kojarzona z kobietą bardzo luksusową.

Dla mnie luksusem jest praca, którą się kocha.

Jako projektantka jesteś z kobietami w bliskich relacjach. Zmieniasz ich myślenie?

Bardzo dużą wagę przywiązuję do tego, żeby spotykać się z klientkami bezpośrednio. Wsłuchuję się w ich potrzeby i proponuję im spojrzenie na siebie z innej, lepszej strony.

 

Jak właściwie narodził się pomysł La Manii?

Na pewno nie po to założyłam tę firmę, by zabić wolny czas czy nudę. Ja po prostu od dziecka marzyłam o tym, żeby stworzyć firmę, która bez kompleksów wejdzie na rynek światowy. Nie chcę tworzyć tylko kolekcji mody, ale wykreować swój rozpoznawalny styl.

Ale jak to się zaczęło?

Z pasji. Z miłości. Z manii mody. Po prostu pojawił się etap w moim życiu, kiedy mogłam to zrealizować. I zrealizowałam.

A kiedy moda Cię denerwuje?

Moda jest jak uzależnienie, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Kiedyś Stephane Rolland – projektant haute couture w Paryżu powiedział mi: „Raz wejdziesz, nie wyjdziesz już nigdy”. Praca czasami daje mi w kość. Jeśli czegoś nie dopracuję, przeoczę, zaniedbam – kolekcja będzie słabsza. Tu nie ma miejsca na wpadki. To nieprawdopodobnie konkurencyjny biznes.

Ciebie to nie stresuje?

Nie, jestem jakoś zaimpregnowana na rywalizację.

Ale w tym świecie ciągle trzeba uwodzić,  zaskakiwać. To nieznośne.

Oczywiście. Ale tak jest w każdej branży. Nie posiądziesz tajemnicy sukcesu raz na zawsze. Musisz non stop weryfikować rynek, analizować, rozmawiać, oglądać. I przede wszystkim musisz zaskakiwać. Podam przykład totalnego zaskoczenia, szokowania, ale w inny niż do tej pory przyjęty sposób. Ostatnio byłam na pokazie Chanel. Godzina 10.30, zaproszeni goście wchodzą do Grand Palais, ogromnego historycznego i pięknego budynku w Paryżu i… co widzą? Supermarket! Wnętrze Grand Palais wyglądało jak np. Tesco! Koszyki na zakupy, dziesiątki regałów z tysiącami produktów: makarony, herbata, owoce, sery, waciki, płyny do kąpieli – wszystko z logo Chanel… Do tego prawdziwe kasy, sprzedawcy w białych fartuchach i wielkie banery promocyjne. A wystrojeni goście wchodzą i zasiadają w rzędach pomiędzy kolorowymi półkami. Wokół leżą jajka, soki, kawa. To się nazywa zaskoczenie!

A ceny też były jak w Tesco?

Nie! (śmiech) Modelki chodziły pomiędzy półkami z koszykami i robiły zakupy, prezentując najnowszą kolekcję. To było przeniesienie wielkiej mody do codziennego świata. Po pokazie rozmawiałam z Karlem Lagerfeldem na ten temat, pytałam, skąd ten jego genialny pomysł. Powiedział mi, że taki jest dzisiejszy świat, jak twórczość Andy’ego Warhola, która wyniosła masowe produkty spożywcze do rangi wielkiej sztuki.

To są jednak zabawy, a tak naprawdę moda dzieli ludzi. Pokazuje, że jedni są bogaci, drudzy biedni, że jedni ładni, drudzy brzydcy.

Moda i ubrania są od wieków wykorzystywane jako symbole statusu. Nasz styl mówi o nas i przez nas. Pomaga nam w stworzeniu wizerunku, który chcemy zaprezentować całemu światu, a jednocześnie zakamuflować to, czego pokazać nie chcemy.

 

Polki mają klasę? Dobrze się ubieramy?

Polki są pięknymi kobietami, cenionymi za urodę i styl na świecie. Mają wrodzoną klasę i wdzięk, jednak w ogóle tego nie widzą. Same siebie nie doceniają. 

Jest aż tak źle?

Badania pokazują, że przeciętna Polka stawia siebie na ostatnim miejscu. W pierwszej kolejności zawsze jest najbliższa rodzina, dzieci, mąż, a ona oczywiście najmniej potrzebuje. Nie poświęca sobie ani swojemu wyglądowi wystarczająco czasu i uwagi. I to jest bardzo smutne…

Ty swoimi kolekcjami postanowiłaś walczyć z takim podejściem.

Odkryłam, że Polki lubią kolor biały i kremowy. Stworzyłam więc małą białą, zamiast nieśmiertelnej małej czarnej. Okazało się, że kobiety chcą czuć się świeżo, młodo, a przede wszystkim emanować dobrą energią. Biel je rozświetla. To podstawowy kolor La Manii i jest zawsze obecny w kolekcji.

Kim właściwie są kobiety, które u Ciebie kupują?

Mamy kilka tysięcy klientek i śmiało mogę powiedzieć, że są to trzy generacje. Przychodzi czterdziestokilkulatka, przyprowadza ze sobą córkę, na przykład 22-latkę, i swoją mamę, która ma lat 70. Wszystkie są moimi klientkami.

A bariera finansowa?

Panuje pewien mit. Średnia cena sukienki w La Manii to dwa tysiące złotych, ale modele są ponadczasowe, na wiele sezonów – warte inwestycji. To oczywiście pewna bariera, bo dla większości to duże pieniądze, ale raz na jakiś czas, na wyjątkową okazję, można sobie kupić coś bardzo pięknego i ponadczasowego. Nowością La Manii jest też linia Fit dla aktywnych i nowoczesnych kobiet, a ceny w tej kolekcji zaczynają się już od 290 złotych.

Opowiedz o klientkach. Są wśród nich tak znane osoby jak Hanna Lis czy Aldona Wejchert.

Piękne kobiety o silnym charakterze, często egzystujące zawodowo w męskim świecie nie powinny obawiać się zmysłowości. Zarówno Aldona, jak i Hania są tego w pełni świadome. To moje przyjaciółki i dobrze je znam. Obie mają świetny gust i styl.

Uczysz kobiety odwagi?

Klientki przekonuję do akceptowania i doceniania siebie. Nie wolno mówić: „To masz nie za dobre, to lepiej sobie ukryj, tu się zakryj, tu się przykryj”. Odwrotnie! Eksponuj to, co jest piękne! Jeśli czujemy się dobrze we własnej skórze, emanujemy pozytywną energią. Najgorsza stylizacja, jaką można mieć, to… niepewność siebie, swoich zalet i atutów. Uważam, że każda kobieta, bez względu na to, czy mieszka w malutkim mieście czy w metropolii – musi mieć swoją codzienną bajkę, swój rytuał, kilka minut dla samej siebie.

Jesteś kobietą, która rządzi mężczyznami?

Która zawsze ma to, czego chce? To nie jest kwestia rządzenia kimś. Mam wysokie poczucie swojej wartości. Nie mam kompleksów, bo są ogromnym życiowym hamulcem. Ktoś bardzo mi bliski i mądry powiedział: „Pamiętaj, to, czego najbardziej trzeba się w życiu bać, to czyichś kompleksów”. I, niestety, jest w tym dużo prawdy. Robiłam wszystko, by nie dać się tej złej osłabiającej energii.

 

Pamiętasz pierwszą rzecz, którą sobie zaprojektowałaś?

Kiedy miałam dziewięć lat, byłam w trzeciej klasie szkoły podstawowej, zrobiłam sobie superobcisłe bojówki z kieszeniami i do tego mały top. To znaczy, że już wtedy byłam świadoma kobiecej zmysłowości, bo nie zrobiłam sobie spodni-worów. Doskonale pamiętam materiał, z jakiego były uszyte – to był czerwony sztruks. Pamiętam też, że te spodnie lekko podwijałam, więc były jeszcze śmieszniejsze, bo lekko przykrótkie. Zresztą zawsze lubiłam takie spodnie. Pierwszy pokaz mody zrobiłam w Liceum im. Poniatowskiego, w pierwszej klasie. Koleżanki z klasy były moimi pierwszymi modelkami.

Jaki wtedy miałaś look?

Byłam ekstrawagancka. W liceum nosiłam często dresy do bardzo wysokich szpilek. Teraz to jest modne, ale wtedy wszyscy pukali się w głowę. Lubiłaś prowokować? Oczywiście, jak się jest nastolatką, to strasznie chce się świat obrazić, sprowokować…

Jak myślisz, co poza urodą pociąga w Tobie mężczyzn? Ta wolność właśnie?

Myślę, że tak naprawdę chodzi jednak o kobiecość. Są kobiety, które nie mają ani urody, ani figury supermodelki, ale mają w sobie to „coś” – magnetyzm, charyzmę, wiarę w siebie.

Masz za sobą rozstanie z ojcem trzech Twoich synów. To musiał być trudny dla Ciebie czas.

Oczywiście, że był. Jednak nie można powiedzieć, że miłość się nie udaje. Miłość udaje się zawsze, jeżeli jest prawdziwa. Tylko czasem się po prostu wyczerpuje. Cudownie było mi, kiedy byłam żoną, to wspaniały czas w moim życiu. Wyszłam za mąż, kiedy miałam 20 lat, po dwóch latach bycia razem. Pierwsze dziecko urodziłam w wieku 21 lat, byłam wtedy na studiach, później na aplikacji radcowskiej, w międzyczasie miałam już swój biznes, jeden, drugi, kolejny. W tym czasie niesamowicie się zmieniłam. Rozstałam się z mężem po 14 latach małżeństwa, kiedy byłam już kompletnie inną osobą.

Jesteś kobietą, która mówi mężczyznom: „zmieniaj się ze mną”?

Muszę mieć mężczyznę, przy którym czuję się kobieco, który pomoże mi w pewnych rzeczach, któremu mogę powiedzieć: słuchaj, nie daję sobie z tym rady, pomóż mi.

Czyli od czasu do czasu też chcesz być słabą?

Nie słabą – kobiecą, delikatną. Słuchanie rad nie jest słabością. Kobiety potrzebują męskiego ramienia. Mężczyzna, jak Mistrz z powieści Bułhakowa, po prostu wie, co i kiedy należy zrobić. Nie trzeba go o nic prosić ani mu tłumaczyć. Ważna jest dla mnie zarówno siła charakteru, jak i troskliwość i czułość. Do związku trzeba wnosić jak najwięcej dobrej energii. Kiedyś chiński mistrz feng shui powiedział mi, że przynoszę mężczyźnie szczęście. Mam to podobno na stałe zapisane w swojej aurze. To całkiem dobre wiano. (śmiech)

Jak wychowujesz swoich synów?

Moi synowie są bardzo samodzielni, nigdy nie byli rozpuszczani. Zresztą mają tak zupełnie inne charaktery, jakby byli nie tylko z innych rodzin, ale wręcz z innych kultur czy galaktyk. Na pewno wiedzą jedno – byli synami mamy, która wychowywała i wychowuje ich sama, od lat. Potrafią też o mamę zadbać, mają w sobie dużo pokory i ogromną pracowitość.

Przez dziesięć lat byłaś związana z Janem Kulczykiem. Czy nadal się przyjaźnicie?

Wiele nas łączy. Mamy mnóstwo pięknych wspomnień. Niektóre media piszą, że nie witamy się ze sobą, że ze sobą nie rozmawiamy. To wymysły. Jesteśmy dorosłymi ludźmi, którzy bardzo się szanują. Wzajemny szacunek – to ostatecznie jest sprawdzian klasy człowieka.

Dużo sobie daliście?

Bardzo wiele. Wielką miłość, przyjaźń, fascynacje.

 

Dlaczego się rozstaliście?

Ogromne tempo życia i jeszcze większe nasze temperamenty. (śmiech)

Jesteś silną kobietą, od wielu lat budujesz własną firmę, a jednak nie masz pełnej rodziny. W dzisiejszych czasach to dosyć częsty scenariusz…

Doceniam bardzo to, co daje spełniony, szczęśliwy związek, ale nie zawsze się tak dzieje. Moja rodzina  jest dla mnie ogromnym wsparciem. Bez nich, bez ich miłości nie byłabym sobą. Nie wyobrażam sobie życia bez moich ukochanych synów i fantastycznych przyjaciół, których mam od lat. Dbamy o siebie bardzo. I uwielbiam to.

Podkreślasz, jak ważne są dla Ciebie relacje z bliskimi, z rodziną, i pokazujesz, że trzeba o nie dbać tym bardziej, im mocnej jest się zapracowanym – tak jak Ty. Ostatnio poza prowadzeniem La Manii robisz karierę telewizyjną.

Jestem jurorką w programie „Project Runway”. To dla mnie wielkie wyzwanie.

Wyszukujecie młodych zdolnych, ale czy czasami nie martwisz się, jak ci młodzi ludzie poradzą sobie w trudnym świecie mody?

Nie, bo widzę w nich pasję. „Project Runway” to program, który osiągnął sukces w tak wielu krajach nie tylko dlatego, że pokazuje rywalizację pomiędzy ludźmi, ale przede wszystkim dlatego, że stwarza im realną szansę rozwoju kariery. Dzisiaj modę kochają wszyscy, w każdym wieku, na całym świecie. Zapanowała także moda na polską modę. Nareszcie! Wiele osób marzy o karierze projektanta, która jest trudniejsza, niż może się wydawać. To kariera, która wymaga naprawdę wiele pracy i poświęcenia. Każdy, kto w niedzielę o godzinie 21 włączy TVN, przekona się, ile wysiłku kosztuje próba dostania się do świata mody.

A nie boisz się, że biorąc udział w takich programach, wychowujesz sobie rywali?

Nie. Tego się nie boję. Mam taką zasadę: nic tak nie rozwija, jak zdrowa rywalizacja. Uważam, że tylko konkurencja skłania nas do ciągłego rozwoju. W świecie mody nie liczy się tylko talent artystyczny, ale także wiele innych cech charakteru, niezbędnych do wybicia się, przetrwania na trudnym, konkurencyjnym rynku. „Project Runway” to świetny trening i sprawdzian przed prawdziwym życiem w modowym świecie.

A jak Cię młodzi zmiażdżą?

Nie zmiażdżą. Nie mam takiego lęku w sobie. Wręcz przeciwnie – jeśli znajdę kogoś utalentowanego, to wiem, jak mu pomóc. Tak też postrzegam swoją rolę w „Project Runway”. Nie jestem tam po to, żeby krytykować bez celu, ale żeby pomagać znaleźć swoją drogę, nauczyć czegoś ważnego. Jeżeli znajdę genialnych projektantów, to z chęcią zatrudnię ich u siebie. Popracują ze mną rok czy dwa, po czym mogą rozwinąć skrzydła i pofrunąć, ale będą bogatsi o wiele nowych doświadczeń.

I nie będzie ukłucia zazdrości?

Nie. Bo kiedy widzę pracowitą, zdolną osobę, to się cieszę.

Niczego nigdy nikomu nie zazdrościsz?

Doceniam bardzo to, co mam. Zazdrość przeważnie jest destrukcyjna, więc unikam jej jak ognia.

Bierzesz udział w programie „Project Runway”, przygotowujesz nową kolekcję, często pracujesz za granicą – to Twoje życie naprawdę pędzi. Ale gdy czytam, że jedziesz na urodziny kota Karla Lagerfelda, to myślę sobie, że ten świat oszalał.

Na takie rzeczy musimy patrzeć z przymrużeniem oka i poczuciem humoru. Karl z tego właśnie słynie. Spójrzmy na to tak: pewne sytuacje są pretekstem, żeby spotkać się z przyjaciółmi. Nie można wszystkiego traktować całkiem serio! Przecież tu wcale nie o kota chodzi, lecz o ludzi.

Skoro już mówimy o szaleństwie, to powiedz, jaką największą sumę zapłacono za Twój ciuch?

Najbardziej szokujące ceny to ceny mody haute couture. Kosztują średnio od 60 do 250 tys. euro za sztukę. To są prawdziwe kaprysy i szaleństwa, a nie to, że się lubi swojego kota.

To jednak obłęd!

To jest obłędny świat. (śmiech)

A co Ty robisz, żeby nie zwariować?

Stąpam mocno po ziemi. Nie daję się złudzeniom, iluzji, blichtrowi. Mam przyjaciół, od lat niezmiennie tych samych. To mnie trzyma w pionie. Jestem wielką optymistką, ale też realistką. Bez względu na sytuację, w jakiej się w życiu znajdowałam, zawsze najważniejsze dla mnie było to, żeby nie stracić kontaktu z tym, co naprawdę ważne – czyli z bliskimi mi ludźmi.