To naprawdę przełomowy miesiąc. Teraz właśnie powstają ostatnie ujęcia siódmego - finałowego sezonu popularnego serialu „Mad Men”, który zmienił podejście Amerykanów do poprawności politycznej, a reszcie świata uzmysłowił, że Hollywood zdolne jest do tego, by zakpić nawet z najświętszych amerykańskich mitów. Ostatnią serię podzielono na dwie części: pierwsza miała premierę w kwietniu tego roku, efekty pracy nad drugą zobaczymy wiosną 2015 roku. Już dziś można jednak powiedzieć, że do sukcesu serialu przyczynił się przede wszystkim odtwórca głównej roli - dyrektora artystycznego agencji reklamowej z lat 60. XX wieku Dona Drapera - Jon Hamm. Jest porównywany do Cary’ego Granta.

Ma 188 cm wzrostu, sylwetkę sportowca, kwadratową męską szczękę twardziela i czarujący uśmiech, który sprawia, że kobiety marzą, by aktor zwrócił na nie uwagę.

Łatwo byłoby mu grać pozytywnego bohatera, z którym śmiało może się utożsamiać każdy widz. Ale to akurat nie jest ten przypadek.

I choć amerykańska kinematografia miała już doświadczenia z produkcjami o bezlitosnych przestępcach czy żądnych krwi wampirach, to nikt do tej pory nie odważył się stworzyć serialu, w którym główny bohater byłby palącym nałogowo alkoholikiem, klasycznym mizoginem, rasistą, homofobem i wykorzystującym kobiety uwodzicielem. A przy tym budziłby podziw i sympatię. Może chociaż z powodu swej heroicznej przeszłości? Niestety i to - nie. Choć filmowy Don brał udział w wojnie w Korei, to w momencie próby, gdy ginie stojący obok niego żołnierz, zamiast ofiarnie ratować życie towarzysza broni, kradnie mu „nieśmiertelnik” - metalową plakietkę, wojskowy dowód osobisty. Dlaczego? Bo prawdziwy Don Draper miał za kilka dni zakończyć służbę i wrócić z wojennego piekła do kraju, a Richard „Dick” Whitman (prawdziwe nazwisko postaci granej przez Hamma) wykorzystał okazję, by uratować skórę i jednocześnie pożegnać się ze swoją żałosną przeszłością. Żeby człowieka z taką biografią wykreować na budzącego podziw bohatera, trzeba było bardzo zdolnego aktora. Tymczasem w 2006 roku, gdy kompletowano obsadę serialu, o Jonathanie Danielu Hammie mało kto w Hollywood słyszał.

„Casting do »Mad Men« był niekończącym się koszmarem” - wspomina aktor. „Niemal do samego końca dawano mi sygnały, że nie jestem ulubieńcem przedstawicieli studia filmowego ani reżysera. Jedynie producent wykonawczy Matthew Weiner upierał się, żeby dać mi szansę, i przepychał do kolejnych etapów przesłuchań”.

Nikt nie palił się do tego, żeby z entuzjazmem zatrudniać do głównej roli aktora o niewielkim dorobku. Liczby świadczą o powadze decyzji - 85 odcinków, przeciętnie po 3 mln dolarów każdy. Ogromna odpowiedzialność. A choć Jon miał już 35 lat, to jego portfolio wyglądało słabo.

„Miałem bardzo dobre, można by nawet powiedzieć, »imponujące« CV... kelnera. Ponad piętnaście lat doświadczenia w podawaniu posiłków, układaniu sztućców, parzeniu kawy. Spokojnie utrzymywałem się z pracy w restauracjach w Los Angeles. I w najgorszych snach wyobrażałem sobie, co to będzie, gdy w czterdzieste urodziny wciąż zawodowo będę podawał innym do stołu” - wspomina Hamm.

 

Chłopiec wśród samych kobiet

Mocne słowa, choć dla chłopaka z Saint Louis nad Missisipi kariera kelnera w Mieście Aniołów i tak była sporym krokiem naprzód. Matka - sekretarka, i ojciec - sprzedawca w salonie samochodowym, rozwiedli się, gdy Jon miał dwa lata. Do dziesiątego roku życia mieszkał z mamą, a po jej śmierci (chorowała na raka jelita grubego) przeniósł się formalnie pod opiekę ojca, a praktycznie - zamieszkał z babcią. Później będzie wspominał z nostalgią, że latom spędzonym w towarzystwie kochających go samotnych kobiet zawdzięcza umiejętność inteligentnej rozmowy o kolorach, torebkach i butach na obcasie. „Kobiece” tematy go nie drażnią ani nie nudzą. Jest też świetnym słuchaczem. Babci może podziękować za to, że namawiała go, by został nauczycielem. Uparła się, żeby poszedł na anglistykę zamiast na politechnikę, jak chciał ojciec.

Nie wyrósł na zniewieściałego wrażliwca, bo po ojcu odziedziczył krzepę i zamiłowanie do sportu. Już w szkole błysnął talentem jako zawodnik drużyny futbolu amerykańskiego, grał też w bejsbol na pozycji łapacza i reprezentował szkołę średnią w drużynie pływackiej. Jako szesnastolatek zadebiutował też na scenie, w szkolnym przedstawieniu jako. Kubuś Puchatek. A gdy kółko teatralne zdecydowało się wystawić musical „Godspell” oparty na Ewangelii św. Mateusza, wywalczył najciekawszą rolę Judasza. Na Uniwersytecie Missouri w rodzinnym mieście studiował literaturę angielską i równocześnie aktywnie grał w miejscowym teatrze. Dostał się tam dzięki ogłoszeniu, które przeczytał na tablicy w uniwersyteckim kampusie. Po ukończeniu studiów wrócił na trzy lata do swojej szkoły średniej - tym razem jako nauczyciel, by spłacić stypendium, które pobierał w czasie nauki.

Miał 25 lat, gdy podjął decyzję, by rzucić wszystko i spróbować szczęścia w Hollywood. Właśnie rozstał się ze swoją pierwszą miłością - Sarah Clarke (ona również zostanie aktorką, zagra po latach w serialu „24 godziny” i w sadze „Zmierzch”) i pragnął zacząć życie od nowa. Pojechał do Los Angeles, jak wielu aspirujących aktorów bez doświadczenia. Miał w kieszeni zaledwie 125 dolarów i marzył o wielkiej karierze. Ale zaczął od tego, co miało stać się jego jedynym źródłem utrzymania przez najbliższe pięć lat - od pracy kelnera.

Talerze i seks

Początki kariery aktorskiej były bardzo trudne. Choć Jon został wciągnięty na listę jednej z agencji aktorskich i kalendarz miał gęsto wypełniony castingami, to mijały pracowite miesiące, a on nie dostał ani jednego zlecenia.

„Mój problem polegał na tym, że najwięcej nowych twarzy poszukiwano do seriali dla młodzieży” - wspomina Hamm. „Szukano aktorów dorosłych o wyglądzie nastolatków. A ja, nawet w wieku osiemnastu lat, wyglądałem co najmniej dziesięć lat starzej. Gdy miałem 25 lat, proponowano mi role czterdziestolatków. I oczywiście w castingach przegrywałem z prawdziwymi czterdziestolatkami albo, co gorsza, doświadczonymi pięćdziesięciolatkami o wyglądzie czterdziestolatków. Na kogoś takiego jak ja nie było po prostu miejsca”.

Po trzech latach bez pracy wyrzucono go z agencji aktorskiej. Znajoma pracująca na planie „Randki w ciemno” załatwiła mu rolę jednego z trzech kandydatów walczących o luksusowy wyjazd w towarzystwie dziewczyny szukającej „drugiej połówki”. Ale na antenie Jon stracił pewność siebie i w efekcie dał się pokonać innemu kandydatowi. W akcie desperacji postanowił nauczyć się nowego fachu - projektowania wnętrz planu zdjęciowego. Wkrótce też jako projektant znalazł zatrudnienie w branży... porno. Nie chciał jednak porzucić marzeń o aktorstwie.

Zacisnął zęby i próbował dalej. Chodził na castingi, a nawet udawało mu się załapać na nieme epizody w serialach. W „Ally McBeal” zagrał kelnera. W „Powrocie do Providence” - zakochanego strażaka. W filmie Clinta Eastwooda „Kosmiczni kowboje” dostał rolę „młodego pilota nr 2” i jedno zdanie do wypowiedzenia. W niezależnej, niskobudżetowej komedii romantycznej „Całując Jessikę Stein” zagrał jednego z kochanków. Ale przełomem w karierze stał się dopiero dramat Mela Gibsona „Byliśmy żołnierzami”. Na planie tej superprodukcji w 2001 roku świętował swoje trzydzieste urodziny. Tego dnia porzucił na zawsze fach kelnera i projektanta wnętrz w Almach pornograficznych. Miał dość pieniędzy, by zacząć optymistycznie patrzeć w przyszłość.

 

Kochanka i recenzentka

Czasy, gdy Jonathan będzie po kolei obwoływany symbolem seksu przez amerykańskie media, nadejdą w 2007 roku, po światowym sukcesie serialu „Mad Men”. Ale nie zmieni to niczego w sytuacji sercowej aktora, który kobietę swojego życia znalazł w czasie największego kryzysu twórczego i finansowego. Jennifer Westfeldt, scenarzystka, pisarka i aktorka związała się z nim na dobre i złe w 1998 roku. Wspierała Jona w trudnych chwilach, cieszyła się razem z nim w momentach sławy. Nigdy nie wzięli ślubu, ale ich związek trwa dłużej niż statystyczne siedmioletnie hollywoodzkie małżeństwo „z papierkiem”. W przeciwieństwie do innych znanych „wiecznych narzeczonych” - Angeliny Jolie i Brada Pitta - podjęli decyzję, by nigdy nie mieć dzieci. Za to przygarnęli psa, suczkę Córę, która jest z nimi już trzynaście lat. Mają dwa mieszkania: w Nowym Jorku i Los Angeles. Jon Hamm pytany o to, gdzie jest jego prawdziwy dom, odpowiada bez wahania: „Tam, gdzie akurat przebywa nasz pies”.

Uczucie, które połączyło go z Jennifer, jest bardzo dojrzałe. „Jen jest dla mnie miłością, najlepszym przyjacielem i szczerym doradcą” - tłumaczy aktor. Znają się tak długo, że nauczył się jej ufać bezgranicznie. To ona czyta scenariusze, które jemu się spodobały i już... już byłby skłonny podpisać kontrakt. Ale jej zmarszczone brwi i grymas niechęci sprawiają, że papiery lądują w koszu. Jennifer zna Jona na tyle dobrze, by wiedzieć, w jakiej roli się sprawdzi, a która mogłaby położyć się cieniem na jego karierze. W dodatku jest świetną pisarką i scenarzystką, więc poprawia jego kwestie, szlifuje język. To jej darmowej pracy w zaciszu domowym Hamm zawdzięcza wiele zachwycających bon motów, które są perełkami serialu „Mad Men”.

Szalony z Madison Avenue

Bo to właśnie „Mad Men” jest największym osiągnięciem Jona Hamma. Serial przeorał głęboko psychikę Amerykanów. Akcja toczy się w latach 60. XX wieku, ale łatwo zauważyć, że dotyczy problemów, które są aktualne do dziś. Tylko że kostium i stylizacja na epokę, w której nie obowiązywała obecna poprawność polityczna, pozwalają powiedzieć wprost to, czego dziś nie mogą nawet wyszeptać politycy czy media, a o czym powszechnie ludzie myślą w swoich domach. Im więcej tematów tabu w przestrzeni publicznej, tym więcej pytań o sens hiperpoprawności politycznej. „Mad Men” to wentyl bezpieczeństwa, który daje ujście frustracjom i uprzedzeniom. Doprowadza do białej gorączki feministki, genderystów, bojowników o równość rasową, etniczną i walczących z ksenofobią idealistów. Ale nawet oni oglądają serial, bo w postaci granej przez Jona jest tyle uroku, że pozwalamy mu na więcej, niż by wypadało. A w porównaniu z cynicznymi, pełnymi otwartej wojny płci latami 60. XX wieku nasz świat w sumie nie wygląda wcale tak źle.

„Mad Men” to serial o szalonych ludziach w szalonych czasach?” - dopytują zawsze dziennikarze Jona Hamma podczas wywiadów, sugerując się tytułem. Aktor uśmiecha się i kręci przecząco głową. „Zupełnie nie o to chodzi. Agencje reklamowe w Nowym Jorku miały swoje biura zazwyczaj na Madison Avenue. Ludzi tam pracujących nazywano więc »Mad Menami«. To wszystko”. I mruga do nich porozumiewawczo.