GALA: Na czym polega Pański fenomen?

JOHN PORTER: Daj, spokój – fenomen to chyba nie to słowo. Ono dotyczy raczej takich postaci jak Hendrix czy Rolling Stones. Ja po prostu śpiewam i gram.

GALA: Co takiego w Panu jest, że ludzie chcą tego grania i śpiewania słuchać?

JOHN PORTER: To dziwne pytanie... Co ja mam w sobie? Mam nadzieję, że dobrą muzykę. Może wyrażam emocje moich słuchaczy, pokazuję publicznie coś, co dzieje się w ich podświadomości? Moja nowa płyta jest, w moim odczuciu, naładowana namiętnością i dojrzałością. Choć „Back in Town” skierowałem raczej nie do tych, którzy chcą zrywać z siebie T-shirty (ale oczywiście nie zabraniam – niech pokazują, co mają!). Kieruję ją jednak bardziej do tych, którzy wiedzą już, co lubią. To ma działać na ich ciała i dusze. I chociaż (Boże, jak to okropnie zabrzmiało – jak reklama!), to tak właśnie jest. To dobre oblicze dojrzałej offowej muzyki rockowej. Muzyka dla koneserów.

GALA: Trzeba będzie więc grzecznie siedzieć na krzesełkach w czasie koncertu?

JOHN PORTER: Mogą być krzesła, wszystko mi jedno. (śmiech). Niech ludzie siedzą, byleby dokładnie delektowali się tym, co mam zamiar pokazać. To powinno wyglądać tak jak w dojrzałym zakochaniu – trzeba w rozsądny sposób dawać drugiemu człowiekowi małe dawki, a nie rzucać wszystko naraz. Wtedy widz jest w stanie docenić każdy moment, mam nadzieję, choć – szczerze mówiąc – nie tworzę muzyki po to, żeby ją nagrać, a potem dobrze sprzedać.

GALA: Czyli gdyby nie kupowano Pańskich płyt, to i tak by Pan tworzył?

JOHN PORTER: O, tak. Spoko – i tak bym tworzył. To moja druga natura. Tworzę, by tworzyć, bo tak wyrażam moją tożsamość, a to, co dzieje się dalej, jest już wyłącznie konsekwencją, a nie bodźcem do tworzenia.

GALA: Gdyby nie kupowano pańskich płyt, z czego by Pan żył?

JOHN PORTER: Kto wie? Robiłem w życiu naprawdę różne rzeczy. Żadna praca nie jest mi obca.

GALA: Słyszałam, że sprzedawał Pan warzywa w Berlinie. Co jeszcze Pan robił?

JOHN PORTER: Sprzątałem ulice, pracowałem w szpitalu jako sanitariusz, dźwigałem pranie z pralni, kopałem doły. Nigdy nie miałem problemu z pracą, bo zawsze wiedziałem, że docelowo i tak będę robił coś innego.

GALA: Kiedy więc Pan poczuł, że to już, że klamka zapadła i koniec zawodowych eksperymentów?

JOHN PORTER: Przełomem była moja przeprowadzka do Polski. Nie, to właściwie nie był przełom, ale raczej powolny proces, w którym tworzyłem sam siebie jako muzyka, a tu, u was dałem temu wyraz. Gdy tu jechałem, miałem dobrą gitarę i powoli nawet zaczynałem już komponować. Ale nie brałem jeszcze do końca pod uwagę tego, że mógłbym dalej coś z tym robić. Gdy człowiek jest młody, aż tak daleko nie sięga myślami (śmiech). Liczy się tylko „dziś”. Dziś jest fajnie i dalej pewnie będzie tak samo – tak właśnie się wtedy myśli. Jednak, gdy znalazłem się w Polsce, ludzie zaczęli zwracać na mnie uwagę, mówić, że to, co robię, jest fajne i zachęcać mnie do pracy. Coraz częściej pojawiałem się z gitarą w różnych miejscach, spotykałem innych muzyków. I nagle okazało się, że to już, że jestem komponującym muzykiem, który się ludziom podoba. A po paru latach zacząłem nagrywać płyty i było „hohohooo” (śmiech).

GALA: I w tym momencie sprzedawanie niemieckich warzyw jest już jednak nie do wyobrażenia...

JOHN PORTER: Tak. Wtedy człowiek jest już tam, w muzycznym świecie, i nie wie, jak inaczej można zarobić na życie. Już po prostu nie chce inaczej żyć. Bo po co wracać do przeszłości? Poza tym ja uwielbiam grać, śpiewać, komponować. Jestem bardzo pracowity – nieustannie coś robię, ćwiczę, szlifuję formę. Ciągle szukam, zastanawiam się i jestem swoim najsurowszym krytykiem. Teraz na przykład przy „Back in Town” przez niemal rok myślałem, że mam już gotowy cały materiał. A potem? W ciągu jednego wieczoru doszedłem do wniosku, że to wszystko jest do dupy, że chciałem tak naprawdę zrobić coś zupełnie innego. Bardzo lubię na każdej płycie jakiś rodzaj skupienia i spójny klimat, a na pierwotnej wersji tego właśnie mi zabrakło. Nie chcąc wydać kolekcji piosenek, zrobiłem więc wszystko od nowa.

GALA: Ale dlaczego w Londynie, a nie tutaj?

 

JOHN PORTER: W londyńskim studiu miałem bardzo dobrych muzyków, ludzi z ogromnym doświadczeniem, którym nie trzeba było tłumaczyć, o co mi chodzi. Na przykład klawiszowiec, który nagrał dwie–trzy płyty z Oasis i jeszcze z Sheryl Crow to ktoś, kto wie, co robi. Nic nie trzeba mu wyjaśniać. Wystarczy pokazać kierunek i on już tam zmierza. To niesamowicie ułatwia pracę.

GALA: W Polsce takich mądrych nie ma?

JOHN PORTER: Talentu i sprzętu tu nie brakuje, ale ciągle brak w tym kraju doświadczenia. Bo niby gdzie można je zdobyć? Nawet producenci mają tu do dyspozycji gatunkowo mniejszą powierzchnię muzyczną, bo tu się w kółko nagrywa tych samych artystów. To muzyczne błędne koło. Poza tym polski producent kosztuje do trzech razy więcej niż brytyjski... Daj, spokój, nie miałem lepszego wyboru niż Londyn! Wybacz, ale ludzie w moim wieku lubią już dokonywać świadomych wyborów i wiedzieć, co i z kim robią.

GALA: Czuje się Pan już trochę stary?

JOHN PORTER: Nie, ale czasem moje ciało mówi: Zaraz, zaraz, nie możesz tak biegać". Poza tym jestem totalnym meteopatą. Takie śnieżne dni jak dzisiejszy najchętniej bym przespał. Ale wiesz, sześćdziesiątka nie jest aż taka straszna, jak myślałem!

GALA: Pięć lat temu został Pan po raz trzeci ojcem, a w zeszłym roku... dziadkiem.

JOHN PORTER: Ok, trudno. Dzień dobry „Gala”, jestem dziadkiem! A moja i Anity córka Pola jest ciocią mojego wnuka Juliana! To są dopiero popieprzone, śmieszne czasy, co?

JOHN PORTER: Pan raczej nie jest jakoś szczególnie rodzinny, prawda?

JOHN PORTER: Rodzina jest dla mnie ciągle wielkim eksperymentem. Nie umiem jej chyba tworzyć, choć bardzo się staram. Ale to jest bardzo trudne, zawsze dzieje się to jakoś trochę obok mnie. Anita mówi, że jestem dzikus.

GALA: Jest Pan lepszym dziadkiem czy ojcem?

JOHN PORTER: Dziadkiem, bo rzadziej widzę dziecko Damiana niż własne (śmiech). A tak serio, to w rolę dziadka jeszcze nie zdążyłem się wczuć. Może jestem za młody? (śmiech). Na razie rzadko się z Julianem widujemy, a nawet nieczęsto mam okazję spotkać jego ojca, czyli mojego syna Damiana, ponieważ on jest non stop zajęty, głównie pracą w „Gali”. Jak to jest, że w takich miejscach jak wasze człowiek nie ma w ogóle wolnego czasu? A my z Damianem lubimy spotkać się na oglądanie piłki nożnej przy piwie, oddać się naszej pasji, którą jest Manchester United... Zobaczymy, na pewno będzie taki czas, kiedy będę chciał być bardziej dziadkiem... Na razie czekam, aż Julian, który jest oczywiście fajnym, miłym i przystojnym chłopcem, podrośnie, bo teraz jeszcze nie ogląda Ligi Mistrzów i nie ma z nim o czym pogadać.

GALA: Trwanie w rodzinie to więc dla Pana najtrudniejsza lekcja życia, tak?

JOHN PORTER: Na pewno. Nie zawsze trafiam w jej sedno. Teraz jestem w poważnym związku z Anitą. Choć tym razem nie jest to małżeństwo, to jednak zasada działania tego związku jest podobna. I tu się odnajduję. Dużo trudniej przychodzą mi interakcje z pozostałymi członkami rodziny, gdy muszę brać po uwagę brata, matkę, ojca... To dla mnie zbyt intensywne. Nie mam w sobie czegoś takiego, co się nazywa poczucie więzi rodzinnych. Po prostu tego nie mam. I nie wiem, jak to mieć, ponieważ nie mam pojęcia, jak to się robi. To mój słaby punkt, muszę przyznać. Nieustannie dziwi mnie, że ludzie chcą na przykład rozmawiać codziennie ze swoją matką albo parę razy w miesiącu odwiedzić brata lub siostrę. Wszyscy oczywiście mają mi to za złe. Mówią o mnie: „On jest nierodzinny”, ale to nie do końca tak. Rodzina to moja kobieta Anita, moje dzieci i ja.

GALA: Miał Pan trzy duże związki. Naprawdę nie uległ Pan nawet maleńkiej ewolucji?

JOHN PORTER: Internat, w którym mieszkałem jako chłopak, zabił we mnie pojęcie „rodzina”. Niestety, dowiedziałem się, że wciąż robię te same błędy.

GALA: I że kobiety zawsze mają rację?

JOHN PORTER: Absolutnie tak. Ulubione powiedzenie kobiet brzmi: „I to są fakty” (śmiech).

GALA: Prasa dała Panu i Anicie spokój. Skończyły się licytacje: on stary, ona młoda. Dlaczego już o Was nie piszą?

 

JOHN PORTER: Odbieram to jako komplement. To dowód na to, że jesteśmy wiarygodną parą. Nagonka mogłaby oczywiście pewnie trwać dalej, ale po kilku latach stało się jasne, że nie jesteśmy z sobą dla jaj, lecz na poważnie. Przestaliśmy więc być dla prasy atrakcyjni. Poza tym my z Anitą „nie bywamy”. Nie chodzimy na bankiety i przyjęcia, bo to nie jest nasz świat. Nie prowokujemy losu. Boże, przecież jak się spojrzy na te wszystkie kroniki towarzyskie, widzi się tam co tydzień te same twarze, ludzi, którzy nic nie robią, ale oczywiście uważają, że są fajni, więc chodzą, robią sobie zdjęcia, rzucają powierzchowne: „Hej, co u ciebie słychać? Zdzwonimy się, ok?”. Dla Anity i dla mnie to takie stukanie w powietrze. Takie nic. Dla nas ważne jest pytanie: „Co robisz?”. My, tak było zawsze, pokazujemy się jedynie, gdy mamy czym się pochwalić, gdy promujemy to, co robimy, a nie samych siebie.

GALA: Dlaczego nie macie już ochoty pracować razem?

JOHN PORTER: Nie wykluczam, że będziemy jeszcze coś razem robić i szukać nowych sytuacji. Teraz jednak nie chcieliśmy już nagrywać, bo mamy inne koncepcje muzyczne i trzeba je po prostu realizować zamiast kulminować kolejne frustracje. To zdrowy odpoczynek, oddech od siebie. Poza tym jak się ma razem dziecko i rodzinę, to lepiej mieć czasem swoje niezależne światy. Nie można wszystkiego robić razem. Gdy Anita pracowała nad swoją płytą, ja byłem w domu. Teraz jest odwrotnie. Ale Anita jest młodsza – ma więcej siły, więc wytrzyma (śmiech).

GALA: A gdy Pan tak siedział w tym domu, to co Pan robił?

JOHN PORTER: Opiekowałem się dzieckiem. A kiedy miałem wolną chwilę? Byłem zbyt wykończony, by robić cokolwiek. Bo jednak mam te swoje 60 lat i nie oszukam się, że nadaktywne pięcioletnie dziecko nie daje mi popalić. Są momenty, kiedy jestem totalnie zmęczony. A małe dziecko? Nigdy nie jest zmęczone, nawet gdy idzie spać. Budzi się w środku nocy i mówi: „Nudzi mnie to, że muszę spać”. To wygląda więc tak, że po nieprzespanej nocy na ogół w dzień staram się skupiać na muzyce – to mój jedyny prawdziwy relaks. Teraz uczę się na przykład, jak nagrywać piosenki w domu, bo to nie jest, niestety, tak, że wystarczy umieć ustawić mikrofon. Chciałbym to wszystko robić porządnie i bardzo się staram, choć w ogóle nic z tego nie rozumiem (śmiech). Ale gdy coś mi się w końcu uda, chodzę szczęśliwy przez cały dzień, bo uważam, że jestem taki wspaniały (śmiech). A potem znów wszystko zapominam... Oprócz tego moją wielką pasją jest czytanie, przede wszystkim chińskiej literatury i amerykańskich kryminałów. Nasza córka Pola czasem patrzy na nasze życie i ma, dziewczyna, problem: my z Anitą często jesteśmy w domu. Uprawiając tzw. wolny zawód, nie zasuwamy codziennie do pracy w określonych godzinach. Pola pyta więc czasem: „Kiedy wy pójdziecie do roboty?”. A tymczasem my jesteśmy w pracy 24 godziny na dobę, bo nasze artystyczne anteny są włączone przez cały czas.

GALA: I takie są fakty?

JOHN PORTER: I takie są fakty.