Proszę mnie zdiagnozować.

Pierwsza rzecz, o którą bym zapytała, to kiedy ostatnio robił pan badania.

Trzy tygodnie temu.

I widzi pan, już jest dobrze.

Wszystkie wyniki podręcznikowe.

A wie pan, jakiego rodzaju badania powinien pan zrobić dla swojej grupy wiekowej?

Nie…

Dlatego chociażby powinien pan przeczytać naszą książkę, w której m.in. jest to opisane: jakie problemy zdrowotne dotyczą określonej grupy wiekowej mężczyzn.

W tej samej książce pisze Pani, że po tym, jak mężczyzna zbada technicznie jedną ze swoich „zabawek” – samochód, następnego dnia powinien zbadać siebie. Oryginalne.

Prawdziwe. Statystyczny Polak bardzo rzadko robi badania profilaktyczne. A badanie techniczne swojego auta przeprowadza co roku. Kiedy kobieta kończy swoją karierę zawodową i ma więcej czasu dla siebie, okazuje się, że nie ma z kim tego czasu dzielić. Zostaje sama. Statystyki są bezlitosne. Do niedawna mężczyzna w Polsce żył osiem lat krócej od kobiety. Ten rozdźwięk w długości życia między nami a wami był dla mnie przerażający! Dlatego napisałam: „Sprawdź, co masz pod »maską«, Drogi Mężczyzno”. Boimy się nieznanego – rozumiem to – a nasze zdrowie i wyniki badań są właśnie takim nieznanym. „Lepiej nie wiedzieć” – myślimy sobie. Pan Jerzy Stuhr, którego poprosiłam o opinię o książce, bardzo szczerze wyznał: „Gdybym był świadomy, że trzeba zrobić badania i dzięki temu wcześniej wiedział o swojej chorobie, to teraz nie siedziałbym w szpitalu z innymi, czekając na naświetlanie, tylko zajmowałbym się tym, co kocham: filmem”.

Bardzo troskliwie pisze Pani o mężczyznach – jakbyśmy byli gatunkiem na wymarciu. A może tak jest?

Nie ulega wątpliwości, że piszę to z troski o mężczyzn, ale nie chcę nikogo straszyć, deprecjonować. Na co dzień macie naprawdę wiele problemów. Choć jestem bardzo zaangażowana w sprawy równouprawnienia kobiet, to nie przeszkadza mi to, aby widzieć i wiedzieć, że mężczyznom żyje się dzisiaj trudniej. Oczekiwania wobec nich, was, są coraz większe.

Chociażby?

Chcemy, żeby mężczyzna dbał o dom na wysokim poziomie, a do tego był szarmancki, przynosił kwiaty, żeby nie miał gorszych dni, był lampartem w łóżku i tak dalej, i tak dalej... Kulturowo mężczyźni nie są na to przygotowani. Same kobiety inaczej wychowują syna, a inaczej córkę. Od niej więcej się wymaga, chłopcom częściej daje się taryfę ulgową, a potem, kiedy wchodzą w dorosłe życie, zakładają rodzinę, nie dają rady oczekiwaniom partnerki. Do tego wyścig szczurów w pracy… A potem obserwujemy u mężczyzn większą ilość depresji i pytamy: dlaczego? Absolutnie nie chcę powiedzieć, że jesteście gatunkiem na wyginięciu, ale…

Zagrożonym?

Trochę tak. Śmiem twierdzić, że generalnie kobiety są silniejsze emocjonalnie, łatwiej dają sobie radę także w czasach kryzysu. Wykształcona, silna kobieta chce być traktowana partnersko, chce mieć przy sobie silnego mężczyznę. Tak więc dbanie o wasze zdrowie jest jak najbardziej w naszym interesie (śmiech). Jak tak dalej pójdzie, to niebawem będziemy zwoływać kongresy mężczyzn. Nie wyobrażam sobie świata bez mężczyzn. Sama żyję w świetnym związku partnerskim i chciałabym bardzo, żebym przy moim mężczyźnie doczekała czasu, aż będziemy oboje siwymi staruszkami wspólnie jeżdżącymi na nartach. Chciałabym mieć z kim dzielić jesień życia.

Męża również namawia Pani do częstego „sprawdzania tego, co ma pod »maską«”?

Coraz bardziej. Na szczęście jest sumienny w swoich postanowieniach.

Widać. Każdy efekt jego diety staje się tematem numer jeden. To Pani za tym stoi?

Przychodzi zazwyczaj taki moment: „Ups, jesteśmy na progu wytrzymałości wagowej”. Oboje tego pilnujemy. To lepsze niż patrzenie później na siebie w lustrze z nienawiścią. Broń Boże, nie stoję nad mężem, mówiąc: „Oluś, popatrz w lustro”.

Tylko serwuje mu Pani przez cztery miesiące sałatę.

Nie, to mąż mi ją serwuje! Nie jemy mięsa, za to naprawdę dużo warzyw, rzeczonych sałat, ryb i kasz. Plus aktywność fizyczna. 11 lat temu namówiłam Olka na narty, co było dla mnie najtrudniejsze, bo mąż mówił: „Jak to, ja, jako prezydent? Jeszcze się połamię i co wtedy?”. Teraz jest ich pasjonatem. Wielu naszych znajomych pyta męża, co robi, że tak dobrze wygląda: młodo, ma dużo energii itd...

Wśród pytających są zapewne głównie kobiety. Nie jest Pani zazdrosna?

Mężczyzna przy władzy zawsze budzi zainteresowanie pań. Przez 10 lat mąż był pierwszą osobą w państwie. Przyzwyczaiłam się do takich pytań i zalotnych spojrzeń. Poza tym wiem, że on chce tak dobrze wyglądać dla mnie.

Sądzę, że gdybym zapytał Pani męża, czy w Państwa domu jest lekarz, to powiedziałby: tak, moja żona.

Zaopatrzenie naszej apteczki, chodzenie do lekarzy, przepisywanie leków – to moja działka. Był taki moment, że to ja decydowałam: robimy badania, i wtedy cała rodzina musiała się temu poddać. Bezwarunkowo. Kiedy Ola miała 14 lat, organizowaliśmy pierwszą akcję „Możesz zdążyć przed rakiem”. Powiesiłam jej wtedy pod prysznicem wodoodporną zawieszkę, która przypominała o comiesięcznym samobadaniu piersi. Dzisiaj Ola sama pamięta o robieniu co pół roku USG. Nawyk wyniosła z domu. Kiedy mąż czy Ola się przeziębią, to parzę im kwiat lipy, robię herbatę z malinami, proszę, aby wkładali ciepłe skarpety, wyleżeli chorobę pod kołdrą. Kiedy p-trzeba, potrafię stawiać im bańki. Ola stosuje te same metody, walcząc z przeziębieniem u siebie czy swojego chłopaka... A chory facet – to umierający facet.

 

Zawsze była Pani tak wrażliwa na rzeczywistość, krzywdę drugiego człowieka?

Tak, jestem osobą ogromnie empatyczną, nie potrafię przejść obok nieszczęścia obojętnie. Urodziłam się w latach 50., kiedy w większości polskich domów było równe dzielenie biedy. Trudne czasy. Mama miała trzy córki, zrezygnowała z pracy zawodowej, by zajmować się nami. Ale nie tylko. Pamiętam, że kiedy gotowała zupę, to pytała naszych kolegów z podwórka, czy nie chcą zjeść. To mi zapadło w pamięć na resztę życia. Poza tym od pierwszej klasy szkoły podstawowej miałam świetną wychowawczynię panią Irenę Bernolak, która bardzo przykładała wagę do tego, żebyśmy umieli pomagać innym. Jeździliśmy co roku do domu dziecka przy Jaśkowej Dolinie w moim rodzinnym Gdańsku, gdzie wystawialiśmy przedstawienie z naszym starszym kolegą Krzysiem Kolbergerem – on był narratorem. Poza tym sama mam naprawdę szczęśliwy dom i to jest ważne. Mam wspaniałego męża, cudowne dziecko. Czuję się spełniona. Pracuję charytatywnie, dziękując za dobry los.

Dlaczego nie została Pani lekarzem? Ci, którzy Panią dobrze znają, twierdzą, że jest Pani stworzona do tej pracy.

Tak słyszałam. Chciałam studiować medycynę. Była zdecydowana. Wcześniej te same studia podjęła moja siostra i pamiętam, jak pewnego dnia opowiedziała mi o zajęciach w prosektorium. Po tamtej historii – która wydała mi się straszna – zmieniłam zamiary. Wybrałam studia prawnicze. Ale tamte zainteresowania pozostały: czasem moderuję międzynarodowe dyskusje o chorobach nowotworowych, czytam mnóstwo literatury fachowej. Zdarzyło się parę razy, że zwracano się do mnie „pani profesor”.

,,Co każdy duży chłopiec wiedzieć powinien” – tak zatytułowała Pani książkę o zdrowiu mężczyzny. A może każdy duży chłopiec potrzebuje miłości, żeby nie chorować?

Nikt z nas nie umie żyć bez miłości, bez akceptacji i bez uczucia. Również kobieta. Z moim mężem jesteśmy razem ponad 30 lat, a ja nieustająco wyczuwam ciepło, które płynie z jego strony. To ważne, aby po wielu latach czuć się dalej osobą atrakcyjną. Jestem przekonana, że w znacznej mierze mąż walczy ze swoją wagą, żeby dobrze wyglądać dla mnie.

Tylko proszę nie odbierać mężowi jego „zabawek”.

Bawcie się, panowie, swoimi gadżetami. Jeśli pomagają wam one pamiętać o zdrowiu, nie będę protestować.