GALA: W ciągu siedmiu lat zrobiłaś więcej, niż niejedna z dziewczyn w Twoim wieku. Grałaś w jednym z najpopularniejszych polskich seriali, wylansowałaś przebój, dostałaś rolę w filmie Patryka Vegi, a niedawno wystąpiłaś w spektaklu Teatru Telewizji. Jak myślisz, w czym tkwi tajemnica Twojego sukcesu?

JULIA WIENIAWA: To trudne pytanie. Myślę, że mam w sobie siłę przyciągania dobrych rzeczy. Staram się dawać ludziom pozytywną energię i to procentuje. Jest wielu utalentowanych aktorów i aktorek, ale ja mam wyjątkowo dużo szczęścia. Może dlatego, że wstrzeliłam się w niszę na rynku? Nie było w polskim show-biznesie młodej dziewczyny, która gra, śpiewa, a do tego jest mocno obecna w mediach społecznościowych.

Od zawsze wiedziałaś, że chcesz być aktorką?

Tak, akurat aktorstwa byłam pewna, odkąd pamiętam. Ze śpiewaniem wyszło trochę bardziej spontaniczne. Od dziecka chodziłam na lekcje śpiewu, aktorstwa i tańca. Podświadomie czułam, że moje marzenia kiedyś się spełnią. Muszę tylko być cierpliwa.

Czyli sukces Cię nie zaskoczył?

Mam nadzieję, że ten prawdziwy sukces ciągle jest przede mną. Zaskoczyła mnie nagła popularność, na którą nie byłam przygotowana.

Mam wrażenie, że w stu procentach wykorzystujesz szanse, które dostajesz od losu. Jesteś tytanem pracy?

Zdecydowanie tak. Praca mnie nakręca, jest moim paliwem do życia. W ciągu ostatnich dwóch lat nie potrafiłam wygospodarować w kalendarzu miesiąca, żeby odciąć się od tego wszystkiego i wyjechać. Cały czas boję się, że coś mnie ominie.

Dochodzą mnie głosy: „Julii jest za dużo wszędzie”, ale to nie jest z mojej winy. Nie mam wpływu na to, że plotkarskie portale codziennie analizują moje życie, choć oczywiście wolałabym, żeby pisali o mojej pracy.

Cały czas sprawdzam się w nowych rolach, próbuję nowych rzeczy. Czasem poprowadzę jeden z największych festiwali w Polsce, czasem występuję w Teatrze Telewizji. Szkoda byłoby mi odrzucić propozycje, które są dla mnie przygodą i wyzwaniem.

Co robisz, żeby zresetować głowę?

Lubię, gdy wokół mnie dużo się dzieje, ale raz na jakiś czas potrzebuję uciec z miasta, przebywać wśród natury, pojeździć konno. Na co dzień pomagają mi się odstresować przyjaciele, którzy nie są z branży. Przypominają mi, kim jestem naprawdę i co jest w życiu ważne. To oni są wyznacznikiem tego, czy się zmieniłam czy nie, bo znają mnie od zawsze. Dopóki mówią: „Julka, jesteś ciągle taka sama, tylko sukcesów masz więcej”, wiem, że jest ze mną dobrze.

A opinia rodziny? Mama i siostry są dla Ciebie bardzo ważne, prawda?

Moja rodzina jest nie tyle ważna, co wręcz najważniejsza. Z mamą mam cudowny kontakt, zawsze była przy mnie. W szkolepotrafiła o mnie zawalczyć, a kiedy miałam pierwszych menedżerów, pilnowała, by nikt mnie nie skrzywdził i nie oszukał. W ubiegłym roku poprosiłam, by oficjalnie została moją menedżerką, i to była najlepsza decyzja, jaką podjęłam. Nikomu bardziej nie ufam niż jej. Odkąd razem pracujemy, spędzamy ze sobą więcej czasu niż kiedykolwiek. Gdziekolwiek jadę, proszę, by pojechała ze mną. Dzięki temu mamy mnóstwo pięknych wspomnień. No i stałyśmy się sobie bliższe.

Mama wie o mnie wszystko. Wspiera mnie zawodowo i prywatnie. Ma świetny kontakt z moim chłopakiem i przyjaciółmi. Z siostrami też jestem blisko związana, ale z tego, co widzę, nie pójdą w moje ślady. (śmiech)

Rzadko opowiadasz o tacie...

Bo rzadko ktoś mnie o niego pyta. Mój tata jest malarzem, wykładowcą. Jak większość dzieci rozwiedzionych rodziców, spędzałam z nim czas co dwa tygodnie. Ale im jestem starsza, tym mamy lepszy kontakt. Mój tata jest wspaniałym człowiekiem, ma ogromną wiedzę. Myślę, że to po nim mam artystyczną duszę i mnóstwo empatii. Zawsze stoi za mną murem. Powtarza, żebym nie zapominała o wartościach, które wyniosłam z domu. Cieszy się z moich sukcesów. Jest dumny, kiedy wypuszczam nowe piosenki, widzi mnie w filmach albo w Teatrze Telewizji.

A propos Teatru Telewizji... Byłam zaskoczona, że występ w sztuceDołęga-Mostowicz. Kiedy zamykam oczy” przeżywałaś bardziej niż jakikolwiek inny projekt.

Zawsze zależało mi na aktorstwie, a Teatr Telewizji jest dla aktora wielkim sprawdzianem jego umiejętności. Chciałam się z tym zmierzyć. Zależało mi też na opinii ludzi teatru.

Na opinii czy akceptacji?

I na jednym, i na drugim.

Odkąd pamiętam, chciałam być aktorką, a nie celebrytką. Celebryctwo, przysięgam, przyszło niechcący. Nigdy nie było w sferze moich marzeń. Dlatego teraz, kiedy miałam możliwość zagrania u boku m.in. Mariana Opani, stresowałam się, czy zostanę zaakceptowana. Chciałam pokazać, co umiem, udowodnić, że jestem kimś więcej niż tylko dziewczyną ze ścianek na bankietach.

Dlatego mocno przyłożyłam się do pracy na tym planie. Po premierze Marian Opania podszedł do mnie i powiedział, że jest zdumiony tym, jak dobrze mi poszło, i że to był bardzo dobry debiut teatralny. Usłyszeć takie słowa z ust legendy aktorstwa to największy komplement.

A jak się poczułaś, kiedy przeczytałaś w recenzji tej sztuki, że jesteś „zaskakująco dobra”? Zabolały Cię te słowa?

W pierwszej chwili miałam mieszane uczucia. „Zaskakująco dobra? Właśnie w ten sposób na mnie patrzycie? Że nie mam talentu, tylko jestem wytworem mediów?”, pomyślałam. Po chwili stwierdziłam, że to jednak zaskakująco miła recenzja. (śmiech) Mam świadomość, że można mieć różne zdania na mój temat. I że wiele osób pewnie włączyło Teatr Telewizji tylko po to, żeby zobaczyć, jak Wieniawa sobie poradzi.

Media uwielbiają wrzucać gwiazdy do szufladki, a Ty lubisz się z tych szufladek wymykać.

Chodziło mi właśnie o to, by odczarować swój wizerunek, pokazać, że coś potrafię i robię też wartościowe rzeczy, a nie tylko uśmiecham się do zdjęć na bankietach. Przyzwyczaiłam się, że tematem dnia jest to, co założyłam albo z kim poszłam na randkę. Nie walczę z tym, bo nie lubię konfrontacji. Wolę robić swoje.

Czujesz, że nadal musisz wszystkim coś udowadniać?

Zdarza mi się słyszeć, że aktorka bez szkoły filmowej to nie aktorka. Nie zgadzam się z tym. Jest wielu znakomitych aktorów, którzy nie skończyli Akademii Teatralnej. W tym zawodzie liczy się obycie z kamerą, doświadczenie i to coś, co nazywane jest iskrą. Nie krytykuję osób, które zdecydowały, że najpierw skończą studia, ale też nie daję zgody na to, by dyskredytowano mnie tylko dlatego, że podjęłam inną decyzję. Chodzę na castingi ze świadomością, że reżyser wie, dlaczego mnie zaprosił.

Jestem teraz bardziej pewna siebie niż na początku kariery. Mam też w sobie większy luz. A im większy mam luz, tym więcej mi się udaje.

Ale nadal jesteś szalenie ambitna.

Ambicje mam ogromne i chcę jeszcze więcej. Marzę o tym, by grać w największych produkcjach, i będę dążyć do tego, by tak się stało. W każdym projekcie daję z siebie wszystko. Ale wierzę, że to, co teraz robię, to dopiero przedsmak tego, na co mnie stać.

Jaką płacisz cenę za to wszystko? Zmęczenie? Niewyspanie?

Myślę, że choroba Hashimoto jest tą ceną. Albo jest uwarunkowana genetycznie, co mnie nie dotyczy. Albo przyczynia się do niej stres i to jest właśnie mój przypadek. Najpierw mnóstwo wysiłku wkładałam w to, by połączyć szkołę z pracą. Później była matura i nagła popularność, w której nie potrafiłam się odnaleźć.

Na początku kariery miałam wiele kryzysowych sytuacji, wypłakałam wiele łez. Do tego dochodził brak snu, nieregularne odżywianie się. Pęd za karierą musiał odbić się na moim zdrowiu. I odbił się w postaci Hashimoto. Do dzisiaj za to płacę.

W jaki sposób?

Musiałam całkowicie zmienić styl życia. Zrobiłam testy na nietolerancję pokarmową i teraz jestem na restrykcyjnej diecie. Dużo ćwiczę, staram się wysypiać, co przy mojej nieregularnej pracy nie jest łatwe. Jestem pod stałą opieką endokrynologa, dietetyka, trenera. Na każdym kroku pilnuję, by sobie nie szkodzić. Próbuję cofnąć tę chorobę, bo wiem, że da się to zrobić.

Zastanawiasz się czasem: po co mi to wszystko?

Z jednej strony jestem szczęśliwa, że już teraz mogę robić tyle fajnych rzeczy. Z drugiej czasem myślę, czy nie za szybko straciłam beztroskę, którą moi rówieśnicy nadal się cieszą. Czy nie zapłaciłam zbyt wysokiej ceny za wpadnięcie w wir pracy. Mam wrażenie, że już nie mogę popełniać pewnych błędów, które ludziom w moim wieku uszłyby na sucho. Mnie wybacza się mniej.

W ubiegłym roku wyprowadziłaś się z rodzinnego domu. Jak smakuje dorosłość?

Miałam 18 lat, kiedy wprowadziłam się do pierwszego własnego mieszkania. Moi rodzice zawsze mieli do mnie duże zaufanie, więc nie czuję się tak, jakbym wreszcie zerwała się ze smyczy. Ale nie jest łatwo, kiedy sama musisz myśleć o wszystkim. Dlatego, na przykład, rachunki i podatki zawsze mam niezapłacone na czas. (śmiech) Mama prowadzi mój służbowy kalendarz, ale nie przypomina już, żebym zapełniła lodówkę jedzeniem, bo inaczej umrę z głodu. Sama muszę być „strażnikiem” wszystkiego. To duża odpowiedzialność.

Za co lubisz siebie?

Za szczerość i za to, że nikomu niczego nie zazdroszczę. Cieszę się, gdy ktoś nagra piękną płytę albo zagra rolę życia. Nie ma we mnie zawiści. Przecież nie wystąpię we wszystkich filmach i nie zaśpiewam wszystkich piosenek. A co do szczerości... Mówię, co myślę, czasem nie zastanawiając się, czy to dobre czy złe w danej chwili. W relacjach z bliskimi od razu wypunktowuję, co mi się podoba, a co nie. Dzięki temu te związki są silne. Nie lubię udawać. Nie lubię mieć wrogów. I nie lubię się z nikim kłócić.

Wolisz zachowywać w relacjach czystą kartę?

Zdecydowanie. Myślę, że byłabym świetnym mediatorem, bo rozwiązywanie konfliktów dobrze mi wychodzi. Potrafię powiedzieć „przepraszam”, ale nauczyłam się tego z wiekiem. W moim zawodzie bardzo ważna jest pokora. Uważam, że wszystko, co mam, zawdzięczam ludziom, którzy mnie otaczają. Od mamy, po stylistę, fryzjerkę, makijażystkę, producenta muzycznego. Ogromny dług wdzięczności mam u reżysera Patryka Yoki. On pierwszy we mnie uwierzył i powierzył mi rolę w „Rodzince.pl”. Zawsze mocno mi kibicował. Mówił, że idę w dobrym kierunku. Jego słowa bardzo mnie motywowały i dawały mi ogromną siłę. Niedawno na planie „Kobiet mafii” dowiedziałam się, że to on polecił mnie Patrykowi Vedze. Powiedział mu: „Szukasz młodej dziewczyny do roli Futro? Mam fajną aktorkę w »Rodzince.pl«. Sprawdź ją na castingu”. Zawsze będę mu za to wdzięczna.

Mało kto potrafi przyznać, że sukces zawdzięcza innym, za to wielu uwielbia krytykować. Jak sobie radzisz z hejtem? Czytasz, co o Tobie piszą w sieci?

Czytam i czasem bardzo mnie te komentarze bolą. Ale nie wchodzę w polemikę i niczego nie dementuję, bo nie ma to sensu. Nie wszyscy muszą mnie lubić, nie jestem zupą pomidorową. Konsekwentnie za to usuwam wulgarne komentarze na swoim Instagramie, bo nie toleruję chamstwa w sieci.

Zdarzało mi się płakać w nocy przez pełne nienawiści wpisy. Z czasem zrozumiałam, że liczba hejterówjest miarą sukcesu. To, co mogę robić, to walczyć z hejtem i złą energią radością, miłością, pozytywnym nastawieniem do życia. Moja mama zawsze powtarzała, że zło powraca, ale dobro wraca z podwójną mocą.

Skoro zaczęłaś temat miłości, aż kusi mnie, żeby zapytać o Twojego nowego partnera Aleksandra Barona.

Co chcesz wiedzieć? (śmiech)

To, co wszyscy. Jak to się stało, że jesteście razem? Czym Cię zauroczył?

Poznaliśmy się przez wspólnych znajomych i okazało się, że świetnie się rozumiemy. Alek jest bardzo dojrzały, a ja lubię czuć się bezpiecznie przy mężczyźnie. Imponuje mi, że jest spełniony zawodowo, jest najlepszym gitarzystą w Polsce. Wspiera mnie we wszystkim, co robię, a do tego jest świetnie zorganizowany, wiec jest idealnym partnerem do życia ze mną, bo moja codzienność jest szalona, nieregularna i w biegu.

O takim związku marzyłaś?

Jeśli chodzi o związki, to nie chcę niczego deklarować w wywiadach. Nauczyłam się, by tego nie robić. Mogę Ci tylko powiedzieć, że Alek wprowadził w moje życie dużo pozytywnej energii. Chyba tylko raz się pokłóciliśmy. On jest sam ze sobą szczęśliwy i sprawia, ze inni są szczęśliwi w jego towarzystwie. To rzadka cecha.

Robisz ciekawe rzeczy, masz udany związek. Czujesz, ze jesteś teraz w dobrym momencie życia?

Jestem szczęśliwa i to jest dla mnie najważniejsze. To nie znaczy, ze nie mam wzlotów i upadków, bo w życiu nie zawsze jest kolorowo. To, ze moje życie wygląda tak, a nie inaczej, wymaga ode mnie ogromnej pracy, ale tez potu i łez.

Co sprawiłoby Ci teraz przyjemność?

Rola u Woody'ego Allena u boku Bradleya Coopera. Ale ponieważ Bradley na razie nie dzwoni, to 90-minutowy masaż też będzie OK. (śmiech).