Julia Wieniawa ostatnio ponownie przekonała się, jak łatwo można wpakować się poważny kryzys wizerunkowy. Wszystko zaczęło się od filmiku youtuberki znanej pod pseudonimem Pantinka, która oskarżyła "największą polską influencerkę" o niewywiązanie się z umowy. Paulina Wilkiewicz, bo tak naprawdę nazywa się mieszkająca na stałe na Bali młoda bizneswoman, razem ze swoją koleżanką prowadzi małą działalność, zajmującą się sprzedażą ręcznie wykonanych akcesoriów z Indonezji. Idąc w ślady wielu firm, które promują się w mediach społecznościowych, dziewczyny postanowiły odezwać się do popularnej aktorki z propozycją barterowej współpracy. W zamian za promocję na profilu Wieniawy na Instagramie obserwowanym przez niemal dwa miliony użytkowników, obiecały przesyłać wybrane przez nią elementy wystroju wnętrz. Urządzająca wówczas swoje mieszkanie "w balijskim stylu" celebrytka chętnie przystała na tę propozycję.

Wiadomość wysyłałyśmy pięć miesięcy po otwarciu sklepu. Ta influencerka dość szybko nam odpisała, wykazała duży entuzjazm, była zadowolona, więc napisałyśmy kolejną wiadomość: "Słuchaj, bardzo chętnie Ci wyślemy produkty", że możesz sobie wybrać, czy możemy też liczyć na zdjęcie, dlatego że nie ukrywamy, że promocja z Twojej strony byłaby nam bardzo pomocna. Ta osoba odpisała: "Jasne, oczywiście, nie ma problemu". Wyglądało na to, że współpraca będzie się układać super. Napisałyśmy, że jeśli ona będzie zainteresowana, to możemy jej wysyłać regularnie produkty z naszego sklepu. Chodziło o meble oraz takie droższe elementy wystroju wnętrz, gdzie tutaj to są koszty rzędu kilku tysięcy złotych - tłumaczy Pantinka.

Wkrótce jednak zaczęły się pojawiać komplikacje.

Kiedy transport wyruszył, dostałyśmy pytania od tej influencerki: "jak tam idzie z transportem", "czy rzeczy są w drodze", "kiedy może się spodziewać paczki", więc też trochę się stresowałyśmy. Transport dotarł o czasie, ale był lekki stresik, bo tu taka duża gwiazda dopytuje się. Jeszcze wysłałyśmy tej celebrytce dodatkowych kilka gratisów. Dostałyśmy powiadomienie, że transport dotarł i cisza, a wcześniej przypomnę, że była bardzo dobra komunikacja. Odczekałyśmy chyba ponad tydzień i zastanawiałyśmy się, czy napisać, czy nie. Napisałyśmy, "czy wszystko w porządku". Dostałyśmy lakoniczną odpowiedź, że "chyba tak, ale nie wiem, muszę się spytać robotników" - opowiada Wilkiewicz.

Dowiadujemy się, że paczka z rzeczami z Bali dotarła w końcu do Wieniawy na początku października ubiegłego roku.

Zapytałyśmy, czy możemy się spodziewać posta niedługo. Dostałyśmy odpowiedzi typu: "no, ale remont jeszcze trwa". Zostałyśmy po prostu olane i nie widziałam żadnego zaangażowania ze strony tej osoby. Myślałam, że chociaż nas otaguje. 19 października dostałyśmy wiadomość, że ona ma tak dużo pracy i tyle obowiązków, że nie wyrobi się. Jak zrobi się trochę luźniej, opublikuje story (a nie post), na którym odpakowuje meble. Teraz mamy kwiecień, a takie story się jeszcze nie pojawiło. Ton jej wiadomości się zmienił, gdy paczki zostały doręczone - kontynuuje opowieść Pantinka.

Założycielki sklepu z balijskimi gadżetami twierdzą, że młoda gwiazda z czasem przestała odpowiadać na ich wiadomości i zapytania o obiecaną promocję na swoim instagramowym profilu.

Później zupełnie przestała odpisywać. W końcu odpisała nam na wiadomość, w której oświadczyłyśmy, że chcemy rozwiązać współpracę. Przyznała, że była na wakacjach, że jej głupio i dopiero teraz może się tym zająć. Następnego dnia na jej profilu pojawiło się zdjęcie, na którym oznaczyła nasz sklep przy produkcie, który nie pochodził z naszego sklepu. A w tle na fotografii widać było wysłane przez nas nieodpakowane paczki - dodała.

Julia Wieniawa tłumaczy się  z afery z meblami z Bali

Youtuberka co prawda nie wymieniła gwiazdy filmu "Wszyscy moi przyjaciele nie żyją" z nazwiska, ale podała w nagraniu tyle szczegółów, że internauci bez problemu odgadli, kogo dotyczą zarzuty. Julia Wieniawa postanowiła publicznie odnieść się do oskarżeń i pokazać, jak cała sytuacja wyglądała z jej perspektywy.

Chciałabym się odnieść do filmiku, który się wczoraj wieczorem ukazał na YouTube. (...) Pół roku temu, kiedy na głowie miałam remont, napisały do mnie dwie firmy o dwóch różnych nazwach, ale o tych samych profilach i z takimi samymi rzeczami sprowadzanymi z Bali. Napisały do mnie, że widziały, że będę urządzała mieszkanie w stylu balijskim, więc marzą o tym, aby wysłać mi jakieś rzeczy ze swojego asortymentu. (...) Powiedziałam: "Czemu nie?" i z jednej firmy wybrałam sobie parę rzeczy i z drugiej również - zaczęła wyjaśnienia Wieniawa.

Julia tłumaczy, że choć zgodziła się na barterową współpracę, to uprzedziła właścicieli obydwu firm, że będą musieli uzbroić się w cierpliwość, ponieważ nie będzie mogła od razu zrobić im należytej promocji.

Sytuacja jest trochę absurdalna i głupio mi, że w ogóle na ten temat muszę się tutaj wypowiadać i się z czegokolwiek tłumaczyć. Sytuacja wyglądała tak, że obiecałam tym firmom, że oczywiście wrzucę im relację w zamian za te rzeczy, że chętnie pomogę im i zrobię promocję. Natomiast uprzedzałam te firmy, że jestem w bardzo trudnym momencie w życiu, bo byłam wtedy w programie tanecznym, jak pamiętacie, robiłam dwa filmy, naprawdę miałam dużo rzeczy na głowie, a przy okazji też nie mieszkałam w tym mieszkaniu, w którym teraz jestem. Tu trwał remont, był totalny syf, wszędzie były pudełka, kurz itd. Ja nie miałam warunków, żeby im zrobić fajną reklamę - nakreśliła sytuację.

Wieniawa potwierdza, że gdy już zebrała się do tego, aby wywiązać się ze swoich zobowiązań z jedną z firm, popełniła wpadkę, błędnie oznaczając producenta przesłanego mebla.

Po jakimś czasie w końcu przyjechałam w końcu tutaj na miejsce, gdzie nadal trwał remont, i zobaczyłam, że te wszystkie paczki są odpakowane, bo po prostu moi architekci robili to za mnie. Stwierdziłam: "O, fajnie, jest już ten fotel, który dostałam z firmy "X". Zrobię relację, że jest piękny, no bo jest naprawdę piękny. Wrzuciła relację, oznaczyłam firmę i myślałam, że wszystko będzie dobrze. Po czym okazało się, że nastąpiła po prostu głupia pomyłka, niedopatrzenie jakieś z mojej strony. Oznaczyłam nie tę firmę, którą powinnam. Pomyliło mi się, bo one miały strasznie podobne rzeczy w swoim asortymencie i już nie pamiętałam, co od której zamówiłam. Okej, to jest mój błąd, owszem. No, ale to nie jest powód do nazywania mnie oszustką. Dopiero później się zorientowałam, co ja tam zrobiłam i od razu sprawę wyjaśniłam z tą firmą. Usunęłam tamtą relację i sprawa ucichła. Po jakimś czasie wstawiałam zdjęcie dokładnie z tym samym fotelem, oznaczając poprawnie firmę, od której dostałam ten fotel - słuchamy.

Z kolei jeśli chodzi o firmę, której właścicielki oskarżają Wieniawę o oszustwo, sprawa była nieco bardziej skomplikowana. Artystka przyznała bowiem, że ostatecznie wcale nie otrzymała tych rzeczy, które wskazała.

Teraz do sedna, czyli do firmy, która mnie oskarża. Nie będę wymieniała nazwy. Nie będę robić tego, na co chyba ta firma liczy. Od tej firmy, jak się okazało, nie dostałam tego, co sobie wybrałam, tylko  dostałam dwie rzeczy. Jest nią malutki dywan i niekompletna huśtawka, której nie miałam jak zawiesić. Dlaczego o tym mówię? W tym filmiku padły słowa, że to było zamówienie na kilka tysięcy. Jest to wygórowane, ponieważ nie są to takie ceny, ale jakby nie jest to o tym - wyjaśniła.

Następnie Julka wytłumaczyła, że postanowiła zaczekać z zamontowaniem balkonowej huśtawki, a co za tym idzie z nagraniem obiecanej reklamy sklepu, do wiosny, gdy zrobi się cieplej.

Firma, która tam mnie oskarża, w ogóle chciałam tylko powiedzieć, że nie z nazwiska, ale podała takie daty i wydarzenia, że każdy połączył kropki, że to ja - nie było to trudne. W każdym razie ta firma napisała do mnie, kiedy wrzucę relację, a ja mówię, że "No hej, czy ta huśtawka ma jakąś linę? Jakiś hak? Jak to się w ogóle wiesza?” A oni: "Nie, nie wysłaliśmy”. Więc ja mówię, że dobra jak to ogarnę 0 naprawdę miałam inne priorytety niż zajmowanie się huśtawkę - no to zrobię i będzie spoko. Chciałam też przypomnieć, że to nie ja się prosiłam o te rzeczy, tylko firma napisała do mnie, więc mogłaby po prostu chwilę poczekać - wyznała.

Wieniawa wyznała, że w końcu jednak wypadło jej to z głowy. Stanowczo jednak nie zgadza się na nazywanie jej z tego powodu oszustką.

Ta chwila trwała długo, bo parę miesięcy, ale tak owszem. Ja w ferworze różnych i prywatnych i zawodowych sytuacji zapomniałam o tym, gdzieś mi to wypadło. Gdzieś mi się te wiadomości zgubiły w gąszczu innych. To nie była złośliwość i nie wiem, czy nazywanie mnie oszustką i złodziejką przez internautów i w sumie też autorkę tego filmiku, czy to jest na miejscu. Wydaje mi się, że nie. Chciałam tylko powiedzieć, że zareagowałam na ten filmik od razu, napisałam do tej firmy z przeprosinami, że głupio mi, że tak wygląda ich punkt widzenia, że nie miałam tego w planach. Zaproponowałam od razu, żeby oddać pieniądze za transport i za te dwie rzeczy lub odesłać te rzeczy. Nie jestem osobą, która żeruje na małych firmach. Jest to dla mnie naprawdę kuriozalne - oznajmiła.

Nie jestem oszustką i nie jestem złodziejką - dodała na koniec.

Przekonują Was jej wyjaśnienia?

Zdjęcia z "balijskiego" mieszkania Julii Wieniawy możecie obejrzeć w GALERII.