Kamil Durczok tylko w tym tygodniu pojawił się na okładkach dwóch czasopism. Obu udzielił wywiadu, opowiadając o tym, jak afera wywołana prze publikacje tygodnika Wprost wyglądała z jego perspektywy.O wywiadzie udzielonym Newsweekowi pisaliśmy na Gala.pl w tym tygodniu.

HIT NEWS: Agnieszka Woźniak-Starak  zamiast Kingi Rusin w "Dzień Dobry TVN"? Znamy powody tej decyzji

Teraz okazuje się, że wywiady, świeży projekt medialny i nowy program w telewizji Polsat to nie wszystkie niespodzianki, które Durczok przygotował. Dziennikarz postanowił wydać książkę, w której m.in. opisał losy swoje i swojej żony, czas po publikacjach tygodnika i rozstanie se stacją TVN. W sieci pojawiały się już fragmenty tej publikacji. Oto niektóre z nich:

O zapaści, która zdarzyła mu się kilka dni po drugiej publikacji we Wprost:

"Obudził mnie paskudny ból w piersi. Jakby ktoś wkładał mi rozgrzany pogrzebacz w gardło. Nie mam pojęcia, jak i kiedy dojechaliśmy. Obudziłem się w łóżku w klinice."

O żonie Mariannie, jej sile i wsparciu:

"Moja żona powinna sama napisać duży rozdział tej książki. Nikt prócz niej – ja także – nie ma pojęcia, co przeszła, co przeżyła, ile wycierpiała i czemu musiała stawić czoło. Nie mam też bladego pojęcia, skąd wzięła na to siły, bo oprócz wściekłości na mnie, kiedy zdecydowałem o naszym rozstaniu, równie zdeterminowanej nigdy jej nie widziałem. Gdybym wtedy umiał trzeźwo myśleć, poradziłbym kilku osobom, w tym grupie medialnych psów gończych, by sobie poszukali spokojnej kryjówki. Wojna ze mną to jedno, ale zadzieranie z Marianną to wkładanie łba pod pociąg…”

O pierwszym publicznym wystąpieniu po publikacjach tygodnika Wprost:

"Wcześnie rano w sobotę wyjechaliśmy z Marianną do Warszawy. Stawiliśmy się w kancelarii Jacka Dubois już około dziesiątej. (…) Zaczęła się długa rozmowa. Wszyscy uważali, że powinienem wystąpić w mediach i to szybko, tym bardziej że przyszły zaproszenia ze wszystkich stron. Ale jedyne, które wydało mi się do przyjęcia, pochodziło od Dominiki Wielowieyskiej z TOK FM. Wiedziałem, że jeśli ktoś ma mnie przesłuchiwać i zadawać nawet najtrudniejsze pytania – to ona zrobi to z możliwie dużym poszanowaniem mojej prywatności."

O poranku przed słynnym wywiadem w radiu TOK FM:

"Zabrano mnie. Przysypiałem na tylnym siedzeniu, mamrocząc w malignie, że za nic w świecie nie wystąpię w żadnym radiu. Samochód prowadził mój przyjaciel ze szkolnej ławki, Grzegorz. Zapytałem o tekst w kolejnym numerze „Wprost”, bo był już dostępny w sieci. Usłyszałem, że jest obrzydliwy i nie ma o czym gadać. (…) Kiedy już wylądowaliśmy pod Agorą, słyszałem: „Wejdź z nami, możesz się rozmyślić w ostatniej chwili”. Kiedy już staliśmy w przedsionku, Marianna powiedziała: „Najwyżej przerwiesz program, wejdź, zawsze możesz powiedzieć, że nie jesteś w stanie dłużej prowadzić tej rozmowy, i wyjść ze studia, ale odezwij się”."

I o samym wywiadzie:

"Dziś wiem, że byłoby strasznym błędem z mojej strony zrezygnować z tej rozmowy. Wtedy mi się wydawało, że wszystko jest ostatecznie skończone, a dzisiaj widać, że nie jest. I ta rozmowa odegrała przełomową rolę. (…) Nawet nie chodziło o obronę, nie myślałem wtedy w tych kategoriach. Nie chciałem się rozgrzeszać, tylko powiedzieć, co myślę. Docierało do mnie, że – chociaż miałem tego wszystkiego dość – gdybym milczał, to byłoby tak, jakbym stchórzył. Pod studio odprowadziły mnie Marianna i Monika. No i wszedłem."

O samotności i momentach, kiedy się chciał już poddać:

"Poprosiłem o czas do namysłu i wróciliśmy do Katowic. Sobota wieczór. Marianna miała jakąś rodzinną imprezę i... tak, jak tego w duchu najbardziej wtedy pragnąłem, zostałem sam. Chciałem się ze sobą skonfrontować i rozliczyć. Brałem pod uwagę różne scenariusze. Także ten, że już nigdy z tego nie wyjdę, że nie mam sił walczyć i się użerać, wywalać wszystkich kart na stół, udowadniać przed publicznym trybunałem, że oskarżyciele łżą".

O błędach, które popełnił:

"Wiedziałem też, że nie byłem święty. Popełniłem w życiu wiele błędów, moje sprawy uczuciowe i prywatne bardziej przypominały gigantyczny śmietnik i pełny obłęd niż jakkolwiek uporządkowany teren. Ale przecież dotyczyło to wyłącznie sfery mojej najgłębszej prywatności, od której gończym psom wara."

O załamaniu nerwowym:

"Potem nastąpiły minuty, godziny, cała noc – najgorsza w moim życiu. Chybotliwie stąpałem po jego skraju. Dziś już nie chcę o tym mówić. Gdyby nie Ktoś, Przyjaciel, nie wiem, jaki byłby finał niedzielnego poranka. Podobno rano miałem przerażone oczy, jak zwierzę. Wystarczyło popatrzeć w lustro w łazience, żeby samemu dostrzec tę zmianę. Ale nie było zmiłuj. Hamletyzowałem, powtarzałem, że już nigdy się ludziom na oczy nie pokażę, że muszę wyjechać z Polski...”

Jak widać, Kamil Durczok postanowił jednak zostać w Polsce. Co więcej, nie zamierza się z niej nigdzie wynosić. Już wystartował jego portal internetowy Silesion.pl a za chwilę dziennikarza zobaczymy w nowym programie w Polsacie. Pomysł wydania książki w takim momencie wydaje się zatem strzałem w dziesiątkę. Ciekawe jednak, czy ludzie już wybaczyli dziennikarzowi jego kontrowersyjne zachowanie poza anteną i zechcą przeczytać, jak cała sprawa wyglądała z jego perspektywy.

HOT NEWS: Kamil Durczok  powraca! Po półtora roku przerwy udzielił dwóch wywiadów, wydaje książkę i wraca do telewizji

Książka będzie do kupienia już pod koniec października. Sięgniecie po nią?