Twoja bohaterka z filmu „Wkręceni”, Ada, przyjeżdża do stolicy z małego miasta i chce podbić świat. Trochę jak Ty? Gdy jechałaś z Tychów na egzaminy do szkoły teatralnej w Warszawie, mama z balkonu zawołała: „Kamilluś, będziesz wielka!”.

Rodzice zawsze moim braciom i mnie dawali poczucie, że jesteśmy wyjątkowi i możemy w życiu dużo osiągnąć. Teraz takie poczucie wyjątkowości przekazuję naszemu synowi. Ada, którą gram, aspiruje do czegoś dużo wyżej – nie marzy tylko, by zostać dziennikarką w Warszawie, uważa, że powinna być w CNN. Po-jawienie się w Zamościu tajemniczych inwestorów rozbudza w niej na to nadzieję. Wierzy, że ma w zanadrzu internacjonalnego newsa, a świat stoi przed nią otworem. W tym sensie jesteśmy podobne. Ale tylko w tym. Dla mnie zawsze najważniejsze było granie. Profesorowie w szkole, moje autorytety, upewniali mnie, że to zawód dla mnie. Jednak role nie przychodzą same – ważne jest szczęście, zbieg okoliczności, napotkani ludzie. Ważne też, żeby trafić na tę właściwą rolę, która pociągnie za sobą następną.

Ty debiutowałaś w fabule od razu w głównej roli u Juliusza Machulskiego – lepiej nie mogłaś zacząć!

Chciałam, żeby życie dało mi możliwość sprawdzania się, więc to nie było tak, że zaczynając, wyobrażałam sobie siebie w panteonie gwiazd. Aktor musi mieć w sobie pokorę, ciekawość każdej roli i skromność, żeby się rozwijać, docierać dalej. Sukces i powodzenie zależą od publiczności, jej akceptacji. Dla mnie widz jest najważniejszy.

Rola Ady jest tą właściwą? Jak się wkręciłaś do obsady „Wkręconych”?

Wkręcili mnie koledzy z planu – Bartek Opania, Piotrek Adamczyk i Paweł Domagała. Czuję się wyróżniona, bo obok Dominiki Kluźniak gram tam jedną z dwóch głównych kobiecych ról. Dodajemy filmowi smaku, przyprawiamy go. Ale smak podstawowy nadają mężczyźni. Siłą tego filmu jest zdecydowanie męski humor z kobiecym akcentem.

W filmie masz gorący romans ze starszym monterem, Zenobiuszem Kozłem, czyli Bartoszem Opanią, którego – podobnie jak Ciebie – oglądamy w „Na dobre i na złe”. Nie boisz się, że fanom serialu wszystko się pokręci?

„Doktor Latoszek romansuje z doktor Haną”?! Myślisz, że jest takie ryzyko? Mam nadzieję, że ludzie się wkręcą i zapomną o tym, z jakich ról w serialu znają nas najlepiej, a pójdą za energią nowych postaci. Spotykam się z moimi fanami w teatrze i po spektaklach. Mam z nimi stały kontakt przez Facebooka, Instagram i nigdy nie czułam qui pro quo, żeby ktoś myślał, że jestem ginekologiem z Izraela. (śmiech) Dla mnie Bartek w ogóle nie jest doktorem Latoszkiem, a znam go od lat.

Nawet jako licealistce był Ci bliski – nosiłaś w portfelu jego zdjęcie...

(śmiech) Byłam nim zachwycona, gdy grał Arthura Rimbauda w „Całkowitym zaćmieniu” w Teatrze Telewizji, a ja akurat czytałam Verlaine’a i Rimbauda. Wydaje mi się, że dla widza to przygoda, kiedy może zobaczyć ulubionych aktorów w nowej konfiguracji. Tylko na to czeka. Wszyscy lubimy nieprzewidywalność. Przecież amerykańscy aktorzy, dzięki którym kino ciągle się rozwija, grają wiele ról, skrajnie różnych. I to właśnie nas do nich przyciąga – umiejętność transformacji. Nawet jeśli to nie serial, przywiązujemy się do czyjejś dobrej roli. Jeśli następna nas przekonuje, a film jest wiarygodny, zapominamy o poprzedniej kreacji. Mam nadzieję, że i tu tak będzie. Że fabuła „Wkręconych” jest tak wciągająca, że widzowie zapomną, że znają Adamczyka z „Przepisu na życie”, a mnie z Bartkiem z „Na dobre...”. Jesteśmy aktorami, możemy zagrać wszystko. 

„Wkręceni” to komedia. Dobrze się czujesz w tym gatunku? Kiedyś wolałaś grać dramaty. W szkole teatralnej nazywano Cię Gretą Garbo, a Ty sama powątpiewałaś, czy kiedykolwiek uda Ci się kogoś rozbawić. Jak to się stało, że przeszłaś na tę jasną stronę?  

Coś w tym jest, że komediowość i umiejętność rozśmieszenia drugiego człowieka bierze się z naszego poczucia humoru na własny temat. Kiedy grałam w filmie „Vinci”, byłam przekonana, że to film sensacyjny o delikatnym zabarwieniu humorystycznym. Moją największą radością było to, że ludzie w kinach śmiali się na nim do rozpuku. Komedia uwalnia z nas napięcia. Wykonuje dobrą terapeutyczną robotę. W „Vincim”, na tle Borysa Szyca i Roberta Więckiewicza, zobaczyłam, że mam możliwości komediowe. To mi dało satysfakcję. Ale na pewno nie mogłabym o sobie powiedzieć, że jestem aktorką obdarzoną naturalnym darem komediowym, vis comica, tym, co ma wspaniała Anna Seniuk, Dorota Pomykała czy Ewa Konstancja Bułhak. Ale umówmy się: humor to inteligencja, dystans, osobowość... Kiedy trafię na właściwy trop – rozśmieszam. Już kolejny rok gram w Teatrze Narodowym Klarę i ludzie się śmieją. Prywatnie uwielbiam się śmiać i to, co mnie spotyka, staram się traktować z humorem.

Jednak do roli Klary podeszłaś poważnie. Na próby do „Ślubów panieńskich” przynosiłaś książkę niemieckiego psychoterapeuty Berta Hellingera „Porządki miłości” i chciałaś we Fredrze szukać przyczyny konfliktu w rodzinie...

(śmiech) To były czasy mojej fascynacji Hellingerem. To, co mnie interesowało prywatnie, zderzyło się z zawodowym zadaniem.  Aktorstwo musi sprawiać przyjemność, a ja z Klarą miałam kłopot. Rozbawiałam ludzi, traciłam po półtora kilo, biegając jak struś Pędziwiatr po scenie – energia mnie roznosiła, ale nic ponadto. Dopiero po powrocie z urlopu macierzyńskiego zaczęłam się bawić emocjami młodej dziewczyny, w której budzi się seksualność, zazdrość i fascynacja mężczyzną. Poczułam sentyment do siebie samej z okresu, gdy byłam w wieku Klary. I teraz, mając 34 lata, dużo lepiej gram 16-latkę, niż gdy miałam lat 27. Zaczął mi sprawiać przyjemność powrót do dziewiczych emocji, niepewności i buńczuczności. I im większą mi to sprawia przyjemność, tym większa jest radość na widowni. Daliśmy już ponad sto spektakli i przeważnie mamy owacje na stojąco. Niedawno w musicalowym Teatrze Telewizji, w „Pamiętniku pani Hanki” w reżyserii Borysa Lankosza, śpiewałam śmieszną piosenkę „Miłość u wód” Wasowskiego. Sama siebie rozśmieszyłam.

Wcześniej byłaś marzycielką, której bliższe wydawały się gwiazdy na niebie niż ziemia pod stopami. Narodziny dziecka, jak rozumiem, były przełomem. Dojrzałaś?

Tak, bo zanim zostałam matką, wszystko we mnie tkwiło potencjalnie. Czułam siebie, swoje możliwości, osobowość, ale nie mogło to jakoś nabrać rozpędu. Dziś wiem: żeby się spełnić, musiałam urodzić dziecko. Narodziny syna dały mi spełnienie. Wszystko się poukładało, stworzyła się naturalna gradacja wartości – tego, co ważne, bardzo ważne, najważniejsze, i tego, co nie ma znaczenia. Okres ciąży i późniejszy czas w domu z Brunem był mi potrzebny, żebym się sobie przyjrzała, dostrzegła zmiany. Nie myślę, że jestem kimś innym, niż byłam wcześniej, ale dopiero teraz jestem sobą. W pełni kobietą.

Co konkretnie daje Ci dziecko?

Poczucie sensu, zakorzenienia. Ja tego potrzebuję. Lubię swoje życie, bo mam dla kogo żyć. To generuje nieprawdopodobnie dużo dobrych emocji, energii. Cieszę się, bo dziś potrafię docenić to, co mam.

 

Mówiłaś o sferach: najważniejsze, ważne, mniej ważne. Co zatem jest dla Ciebie najważniejsze?

Rodzina, dom.

Ważne?

Samorealizacja.

Mniej ważne?

Wszystko inne dopasowuje się do tej góry. Rodzina i dom to sens, cel. Stąd się wszystko zaczyna i z tego wszystko ze mnie wypływa dalej. Samorealizacja jest bardzo ważna, mam w sobie pasję, ciekawość i żarłoczność życia. A czy później w konsekwencji mi te rzeczy wychodzą, czy nie, to sprawa drugorzędna. Bo najważniejsze jest chcieć. Każdy dzień jest dla mnie inspiracją. Żyję zadaniami dnia dzisiejszego.

To porozmawiajmy o dzisiejszym dniu. Jest dziewiąta rano, pijemy kawę w kafejce. Bruno jest w żłobku?

Nie, w domu z babcią, mamą Wojtka, więc jestem o niego spokojna. Prosto stąd biegnę na próbę do teatru, potem na próbę do nowego filmu Patryka Vegi „Służby specjalne”. Zdjęcia zaczynamy w styczniu. Próbę kończę o 17 i jadę do domu, do Bruna. Wojtek wraca z pracy, zwalniamy babcię i cieszymy się sobą.

Mama Wojtka mieszka w Warszawie? Nie na Śląsku?

Przeprowadziła się. Widzisz, wszystko się układa samo. Jestem zwolenniczką życia, które wszystko przyjmuje, akceptuje, odpuszcza. Mam w sobie mnóstwo pozytywnej energii i optymizmu, ale nie da się przecież uniknąć trudności. Jeżeli pojawia się coś, czego nie mogę przekroczyć, daję sobie czas, żeby się w tym odnaleźć. Przechodzę przez wszystkie etapy emocji, a zawsze najlepszą ostateczną terapią jest szczera rozmowa. Muszę się wygadać.

Promieniejesz szczęściem, masz świetnego partnera, udanego synka. Jak z perspektywy czasu oceniasz swoje pierwsze małżeństwo? Jako lekcję życia czy porażkę?

Nie oceniam niczego, co zdarzyło się w moim życiu. Jestem odpowiedzialna za swoje wybory. Moje małżeństwo to przeszłość, emocje z nas opadły. Oczywiście ono zawsze będzie częścią mnie. Ale tak się musiało wydarzyć. To pewne. Byłam za młoda na to, żeby być żoną, i zderzyłam się z tą prawdą. Za każdym kryzysem stoi nowa wiedza, nowa moc. Jeśli chodzi o rozstania i budowanie nowych związków, zazdroszczę...

...patchworkowym rodzinom?

Tak. To zdrowsze dla wszystkich, szczególnie dla dzieci. Widzę, jak potrafią sobie radzić z takimi sytuacjami Włosi, Francuzi. Wiedzą, że życie jest zbyt krótkie, żeby tkwić w przeszłości i w konfliktach. Dają sobie nową szansę. Coś się wydarzyło i trzeba dalej żyć, jak pisze Czechow. Ale musi być na to zgoda obu stron. Najważniejsze to umieć ze sobą rozmawiać i nie stracić do siebie szacunku.

Wiem, że nawet przyrzekłaś sobie, że po rozstaniu z mężem już z nikim się nie zwiążesz.

Tak. To chyba naturalne. Mam szczęście, bo związek, w którym teraz jestem, zrodził się z przyjaźni. Z rozmowy, z czasu, który mieliśmy dla siebie. Z tego, że Wojtek mnie akceptował, nie chciał zmieniać, a mnie coś do niego przyciągało. Był wyważony. Nie przerażał się, kiedy nagle znikałam, po tym, jak byłam z nim przez tydzień. Walczył ze sobą, bo czuł, że łączy nas coś ważnego. I ja też. Potrafiliśmy się długo nie widzieć, ale później była straszna tęsknota, namiętność. Pierwszy raz tak się czułam. I powoli wszystko zaczęło się zmieniać. Zdałam sobie sprawę, że Wojtek daje mi poczcie bezpieczeństwa, którego potrzebuję, że mogę się przy nim wypłakać, wygadać. Że jest dobry. Gotował dla mnie pyszne rzeczy, zabierał na nieplanowane wyjazdy, zrzucał z balkonu czapkę, żebym nie zmarzła. Zakochałam się. Jest wyjątkowym facetem.

Co stanowi o jego wyjątkowości?

Jest zaprzeczeniem egoisty, daje z siebie wszystko. Jest rodzinny i czerpie z tego siłę. Jego wielka pasja to muzyka, którą totalnie zaraził naszego syna. Od rana szaleją przy Esce Rock.

W jednym z wywiadów powiedział, że podziwia w Tobie równowagę serca i rozumu, duszy i intelektu. Piękne wyznanie miłości.

Tak... Wojtek mówi mi dużo pięknych słów. Codziennie, że jestem najpiękniejsza. (śmiech) Ale nie jest bezkrytyczny. I to jest świetny powód do kłótni! Tak już mamy: sinusoida emocji i obustronna fascynacja. Bez różnicy charakterów to niemożliwe.

W dodatku przeprowadził się dla Ciebie do Warszawy.

Poznaliśmy się w Krakowie. Oboje graliśmy w spektaklu „Romeo i Julia”. Wojtek miał angaż w Teatrze Nowym w Łodzi u Zbyszka Brzozy, więc tam wrócił. Zagrał w dwóch głośnych przedstawieniach z Remikiem Brzykiem i Łukaszem Kosem. Ja byłam w Warszawie. Oboje mieliśmy wykupiony abonamentowy bilet Warszawa – Łódź. Kiedy postanowiliśmy, że będziemy razem żyć w Warszawie, Tomek Karolak, z którym Wojtek od lat się przyjaźni, otworzył teatr IMKA i Wojtek zaczął w nim grać.

Nie ustawiają się do Ciebie kolejki po wróżbę?Z powodzeniem mogłabyś przepowiadać przyszłość. Kiedy kilka lat temu zapytano Cię, jak sobie wyobrażasz siebie za pięć–dziesięć lat,
 odpowiedziałaś: „Jako radosną, szczęśliwą, kochającą żonę i matkę”.

Tak powiedziałam? (śmiech) Tak jest! Moje marzenia mają siłę sprawczą. Spełniają się.

 

Także te aktorskie, jak widać. „Wkręceni”, „Dawne grzechy”, czyli „Kobra”, z półtoramilionową widownią, próby w teatrze, nowy film... Aktorzy, mówiąc o swoim losie, często rysują sinusoidę. Twoja linia jest inna – cały czas się wznosi.

Chyba tak. Prowadzi mnie pasja i – od kiedy gram w serialu – moja publiczność. To dzięki jej poparciu aktorstwo nabrało dla mnie rozpędu. Chce mi się pracować, myśleć, kombinować. Zaskakiwać ich.

W teatrze chętnie grasz antyczne bohaterki. Mówisz, że starożytne dramaty są dowodami na to, że powtarzamy jakiś archetyp i żyjemy w jednym z mitów. W jakim więc micie żyjesz teraz?

Dobre pytanie... Na pewno po części to mit kobiety walczącej o rodzinę, ognisko domowe.

Hestia?

Hestia.

Według psychoterapeutki ze szkoły jungowskiej, Jean Shinody Bolen, współczesna Hestia poza tym, że dba o dom, jest kobietą samodzielną, introwertyczką, postępującą zgodnie ze swoimi przekonaniami, a mężczyzna nie jest jej potrzebny do podkreślenia własnej wartości. To Ty. Ale jednocześnie Hestia nie jest nastawiona na karierę, więc...

...więc Hestię połączmy z Ateną – kobietą waleczną, taktykiem, zdobywczynią. Wierzę w siłę mitu, który w nas stale się odradza. Lubię też myśleć, że nie ma przypadkowości w dacie naszych urodzin, znaku zodiaku czy sile imion. Wiesz, że Hindusi uważają, iż każdy, kto ma podwójność w nazwisku, tak jak ja – Baar, nosi w sobie dualizm? U mnie podkreśla to dodatkowo imię Kamilla. Miałam osiem lat, kiedy urodził się mój młodszy brat. Rodzice chcieli, by był Dawidem, ale ja intuicyjnie uparłam się na Błażeja. A teraz brat do mnie przychodzi i mówi: „Kama, jak ja kocham swoje imię! Dziękuję ci, że mi takie wybrałaś. W nim jest moc”. (śmiech) Kiedy z Wojtkiem wybieraliśmy imię dla synka, też zastanawialiśmy się nad jego znaczeniem. A kiedy wpadliśmy na „Bruno”, zaczęliśmy o nim czytać i pasowało nam do niego. Teraz uczymy się charakteru tego małego Koziorożca.

Ty w swoim znaku również masz wpisaną podwójność: Wagę symbolizują dwie szale.

I zawsze ścierały się we mnie dwa fronty: odwaga i nieśmiałość, uzewnętrznianie uczuć i skrajny introwertyzm. W zależności od tego, na jakim byłam – jestem – etapie życia, jedna lub druga cecha bierze górę. Zawsze jednak rozważam, analizuję, nie ma dla mnie łatwych rozwiązań. A żyć trzeba odważnie. Mieć odwagę istnieć.

Jak jest teraz?

Na jednej szali Hestia, na drugiej Atena – kobieta, która uwielbia wyzwania, chce przekraczać siebie. Pragnie zaskakiwać. Do tego numerologicznie jestem 33!

Mistrzowska liczba, nic dziwnego, że pniesz się w górę! Jednak z drugiej strony Margaret Atwood, świetna pisarka, uważa, że największym problemem współczesnych kobiet jest natłok wzorców, które chcą ucieleśniać: idealna matka, superkochanka, bizneswoman, piękna i inteligentna, wrażliwa, ale asertywna. Nie masz z tym problemu?

Mam. Wszystkie wpadamy w sidła kobiet ideałów, którymi karmią nas telewizja, kobiece magazyny, kino, internet. Myślimy, że podołamy. Na każdym froncie jesteśmy instruowane, jakie powinnyśmy być, by zostać tym upragnionym ideałem. Liczba zadań, którym współczesna kobieta musiałaby sprostać, przytłacza, a do tego jeszcze chcemy wyglądać jak milion dolarów. Ja już wiem, że nie chcę być ideałem. To wielka ulga. W głowie wrzucam na luz, bawię się w pracy, modą się inspiruję, przeglądam francuskiego „Vogue’a”, pędzę na spotkanie, jednocześnie planując, jaki ugotuję w domu obiad. I w tym wszystkim ciągle brakuje mi około 10 godzin w dobie. Ale tak jest, świat przyspieszył, informacje rozchodzą się w kosmicznym tempie.

Jak dziś znaleźć smak życia?

On tkwi w naszej indywidualności. W tym, że w czymś jesteśmy świetne, a z czymś w ogóle sobie nie radzimy i potrzebujemy pomocy. Jednym z moich zawodowych projektów jest monodram tylko dla kobiet – „Backstage”. Pomysł się jeszcze krystalizuje. Chcę, żeby dzięki niemu kobiety odkryły swoją siłę, pokochały siebie takimi, jakimi są. Żeby poczuły się ważne i wyjątkowe, prawdziwe, a nie doskonałe. Mam świadomość, że jestem szczęściarą, mając przy sobie Wojtka. My, kobiety, musimy częściej doceniać swoich partnerów.

Planujesz monodram o kobietach dla kobiet, tymczasem sama jesteś otoczona mężczyznami. Na planie filmowym i w domu. Musisz jednak przyznać, że mężczyźni w Polsce na ogół lepiej wypadają na ekranie niż w życiu...

Rzeczywiście, pracuję wśród mężczyzn. To dla mnie pole obserwacyjno-doświadczalne. Mężczyźni mnie fascynują. Marzę, żeby zagrać w melodramacie o wielkiej niemożliwej miłości w rodzaju „Co się wydarzyło w Madison County”. Wbrew pozorom wcale tak bardzo się nie różnimy... Wszyscy, i kobiety, i mężczyźni, lubimy tę płciową grę. Jest ekscytująca, ale tylko do momentu, kiedy nie chcemy zamieniać się rolami. Ciekawe, dlaczego tak często mamy wrażenie, że faceci nie radzą sobie w związkach? Rozmawiamy w kobiecym gronie i co chwila pada: „To duże dzieciaki”, „Oni nie dojrzeją nigdy”. A czy nie jest też tak, że my, kobiety, stałyśmy się niezależne, wiemy, czego chcemy i zabieramy naszym mężczyznom pole ich męskiej siły? Nie pozwalamy się adorować? Nie mamy czasu na okazywanie im uczuć? Nie ufamy im i nie dajemy poczucia, że są dla nas niezastąpieni?

Masz receptę na dobry związek?

Szukam rozwiązań na bieżąco, nie mam recepty, ale mojego partnera zawsze proszę o pomoc. Nie kryję swoich słabości, piszę mu miłosne SMS-y i okazuję uczucia w każdej chwili, kiedy czuję taką falę. On w zamian podaje mi pyszne śniadanie do łóżka, po tym, jak wykończona wróciłam w nocy z planu, albo jedzie pół nocy samochodem po to, żebym obudziła się w Juracie. I przytulamy się. Kobiety i mężczyźni powinni się w ogóle częściej całować i przytulać. (śmiech)

Co zatem z punktu widzenia kobiety jest najistotniejsze w związku?

Miłość. Każdego dnia pracujemy nad naszymi relacjami. To, co robię, jaka jestem, udaje się również dzięki temu, że mam fantastycznego partnera. Gdyby nie on, nie byłabym w stanie jednocześnie być aktorką, matką, pisać pracy magisterskiej, gotować, być siostrą dla swoich braci i córką dla rodziców. Oczywiście starałabym się temu sprostać, ale wszystkie te role byłyby wypełniane znacznie bardziej chaotycznie. Osobowość mojego partnera, jego męska siła organizuje mój kobiecy świat. Jin-jang. Trochę czasu mi zajęło, zanim do tego doszłam.

Masz jakieś postanowienie noworoczne?

Życie jest fantastyczną przygodą. Postanawiam, że tego nie zmarnuję.