Gala: Nie denerwuje Cię, że od tylu  lat pracujesz jako dziennikarka sportowa, a popularność przy- niosło Ci dopiero to, że schudłaś  30 kilogramów?

Karolina Szostak: Uważam, że to dobrze, że popularność przyszła tak późno. Jestem starsza, dojrzalsza i niektóre historie mnie  już tak bardzo nie bolą. Współczuję młodym ludziom, którzy na początku kariery na dzień dobry są hejtowani  – bo przecież tak to u nas wygląda.

Kiedy Ty zaczynałaś pracę w telewizji, nie było jeszcze social mediów, internetu, więc nie miałaś szansy być narażoną na hejt.

No właśnie, nie było też tylu kolorowych gazet. Kiedy zrobił się szum  wokół mojej osoby, byłam już na jego efekty przygotowana. Wszystko zaczęło się od tego, że ktoś zrobił nieco  kontrowersyjny filmik, jak rzekomo prowadzę „Wydarzenia” z baaardzo dużym dekoltem. Oczywiście było  to zmontowane. Potem wystąpiłam  w „Tańcu z Gwiazdami”, po udziale  w którym zaczęłam się odchudzać  i reszta potoczyła się lawinowo. Ale  na szczęście w świadomości ludzi cały czas funkcjonuję jako dziennikarka sportowa, więc nie jest źle.

Jesteś jedną z tych osób, którym popularność kompletnie nie uderzyła do głowy. Cały czas tak samo bezpośrednia, sympatyczna, serdeczna, normalna.

Po głowie już nie raz w życiu dostałam, więc wiem, że trzeba do wszystkiego podchodzić z pokorą.

Co masz na myśli, mówiąc, że  dostałaś po głowie?

No wiesz, czasami wydaje nam się,  że świat należy do nas, a nagle ktoś  nas szybko sprowadza na ziemię.

Kiedy miałaś takie poczucie, że świat należy do Ciebie?

(śmiech) Często. Mimo to ludzie zawsze mówią: „Nie uderzyła ci sodówka”. Tak naprawdę, nie chodzi o sodówkę, po prostu są chwile, kiedy myślisz sobie: „Wow, mogę wszystko!”, a przecież wcale nie możesz wszystkiego.  Nie chcę dawać konkretnych przykładów, chociaż chyba każdy to przeżył. Można się na chwilę zachłysnąć popularnością, ale najważniejsze, by umieć wrócić na ziemię…

Często zdarzały Ci się takie  momenty zachłyśnięcia?

Poczucie, że nabieram wiatru w żagle? Tak. Na przykład propozycja udziału  w „Tańcu z Gwiazdami”. Pomyślałam wtedy: „Wow, skoro mnie tam zaprosili, to znaczy, że w jakiś sposób jestem doceniana, popularna”. Byłam grubsza, większe zainteresowanie wzbudzało to, czy poradzę sobie z tańcem. Sztuką było ubrać mnie tak, by wszystko dobrze wyglądało. Potem udało mi się schudnąć i nagle mogłam założyć prawie wszystko, co wisiało na wieszakach w sklepach. A do tego każdy mówił: „Ach, jak pięknie wyglądasz!”. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z tego, że waga i wygląd zewnętrzny  są aż tak ważne.

Dla ludzi czy dla Ciebie?

Szczególnie dla ludzi w Polsce. Żyjemy w dobie kolorowych okładek, na których pokazuje się bardzo, bardzo chude dziewczyny. Mam wrażenie, że za granicą, niezależnie od tego, czy byłam grubsza, czy szczuplejsza, miałam zawsze większe powodzenie niż w Polsce. Chociaż u nas nie odczułam też hejtu. Do tej pory zdarza się, że piszą do mnie kobiety i mężczyźni: „Fajnie, że pani schudła, ale wolałam/wolałem panią we wcześniejszej wersji”.

Czy Twoje poczucie własnej wartości bardzo wzrosło, od kiedy schudłaś?

Nie, wcześniej też dobrze się czułam we własnej skórze, nie byłam zahukaną dziewczynką. Faktycznie trudniej było mi znaleźć odpowiednie ubrania na wielkie wyjścia, ale towarzysko tak samo się udzielałam – pojawiałam się na pokazach, przyjaźniłam się z tymi samymi ludźmi. Nie chodziłam po ulicy z nosem wbitym w chodnik.

Jednak przyznajesz, że nie zdawałaś sobie sprawy z tego, jak bardzo istotny jest wygląd.

Dopiero teraz to poczułam. Jesteś gruby i masz niskie poczucie własnej wartości, jesteś chudy i nagle latasz pod sufitem. No to jest nienormalne, prawda? Ale wychodzi na to, że chyba trochę tak jest. Co powiedzieć ludziom, którzy mają problem otyłości albo  z różnych względów nie są w stanie schudnąć? Dostaję codziennie wiadomości na Instagramie czy Facebooku: „Jak pani to zrobiła?”.

Chyba już o tym opowiadałaś wiele razy...

Tak. A cały czas kobiety mnie o to pytają i nie do końca wierzą, że udało mi się schudnąć tak po prostu. Niektórzy myślą na przykład, że mam klamrę  na żołądku. Różne historie krążą.  A jednak jest to możliwe! I to nie tylko, jak się ma lat 20, ale po czterdziestce również!

Myślisz o sobie jako o kobiecie szczupłej czy grubej?

Mam takie momenty, że mówię: „Ojej, za dużo mam w talii, za dużo tu, za dużo tam”, ale zakładam wtedy spódnicę czy sukienkę w rozmiarze  36 i dopóki się w nie mieszczę, wszystko jest OK.

Ja się nie mieszczę w rozmiar 36.

Nie przesadzaj!

Naprawdę.

To może ja też się już nie mieszczę! (śmiech) Dzisiaj mam na sobie spódnicę w rozmiarze S – może to jest zawyżona „eska”?

Nie panikuj, jest dobrze, spokojnie możesz zjeść tę pizzę.

Na pewno ją zjem, bo lada dzień przechodzę na post dr Dąbrowskiej. Pierwszy, dzięki któremu tak bardzo schudłam, zrobiłam na początku 2016 roku, drugi – w 2017. Teraz zaczął się rok 2018, więc najwyższy czas na kolejny.

Każdy rok zaczynasz od postu?

Tak, sześć tygodni postu plus trzy  tygodnie wyprowadzenia. Robię to  dla zdrowia – skończyły się migreny, nie choruję, nie przeziębiam się.  Oczywiście miewam katar, ale nie ma mowy o żadnych grypach, anginach, antybiotykach. Słowo, to nie jest tekst pod publiczkę.

Jak przeprowadza się taki post?

Korzystam z usług firmy cateringowej, która przygotowuje mi posiłki  i codziennie dostarcza je do domu  w pudełkach. Ale to nie jest skomplikowane. Najważniejsze są odpowiednie produkty, bo post dr Dąbrowskiej polega na jedzeniu wybranych warzyw, i tyle. Można je kupić na każdym bazarku.

A nie odbierasz sobie w ten sposób radości życia? W końcu celebrowanie posiłków w towarzystwie bliskich to ogromna frajda.

Zgadzam się. Lubię jeść. Jedynie wyeliminowałam określone produkty:  pieczywo, makaron, ryż, nabiał. Czyli do kolacji z przyjaciółmi  siadasz ze swoim pudełkiem? Tylko przez sześć tygodni.

Dzisiaj ze mną jesz pizzę...

Robię wyjątki. Kiedy jestem we Włoszech, zdarza mi się jeść pizzę i szynkę, w Warszawie tatara, choć mięsa  na co dzień nie jadam. Ale podróże oraz imprezy rządzą się swoimi prawami. Pozwalam sobie też na lody  latem, od czasu do czasu.

Pogadajmy o innych przyjemnościach. Jakiś czas temu powiedziałaś, że żyjesz, by się zakochać  i mieć dziecko. Czy w tej kwestii coś się zmieniło?

Nie, cały czas mam takie marzenie. Kiedy publicznie się do tego przyznałam, wszystkie portale zarzuciły mi,  że to ogłoszenie matrymonialne…  Nie wiem, co w tym złego, że kobieta otwarcie mówi, że chciałaby mieć  męża i dziecko.

Nic. Byłaś szczera. Nie oszukujesz innych i siebie samej, że najlepiej czujesz się jako singielka.

Chcę dzielić z kimś życie, to oczywiste. Tak że nadal ta oferta jest aktualna. (śmiech)

Podobno jesteś już zakochana.

To wymysły. Nigdy nie udzieliłam żadnej wypowiedzi na ten temat, bo mam zasadę, że o życiu prywatnym nie opowiadam. I tego będę się trzymać.

Zrób, proszę, wyjątek. (śmiech)

Nie mogę. Naprawdę. Nie ma o czym mówić… Wszystko, co się ostatnio  wydarzyło, przyszło w niewłaściwym  momencie. Po prostu.

Co masz na myśli?

Wiesz, jak jest, na wszystko w życiu przychodzi odpowiedni czas. A tu się okazało, że to nie ten moment, nie ta sytuacja. Portale plotkarskie niepotrzebnie wyolbrzymiły tę historię.

Czyli nie było romansu z ukraińskim milionerem?

Nie było żadnego romansu. I nie otwieram klubu fitness.

A zdjęcia z przystojnym mężczyzną, które krążą po internecie?

Wielu moich kolegów uchodziło za  moich facetów. Wychodzili ze mną  na imprezy i to wystarczało.

I to jest jeden z takich kolegów właśnie?

Mhm. Na pewno nikogo nie rozwodziłam. To nie ta historia. Chyba po prostu nie mam szczęścia w miłości, najzwyczajniej w świecie. Bo to też trzeba brać pod uwagę.

Przez 11 lat byłaś przecież w udanym związku.

Był udany, to prawda.

To dlaczego mówisz, że nie masz szczęścia w miłości?

Nie wiem. Nie chcę powiedzieć, że mężczyźni się mnie boją, bo to jest bez sensu. Ci, co mnie znają, wiedzą, że jestem normalna, fajna. Ale ci, którzy mnie nie znają, może myślą sobie: „Ona pewnie ma przewrócone w głowie, po co mam się bawić w takie rzeczy?”. Poza tym zorientowałam się, że mężczyźni niekoniecznie chcą się wiązać z kobietami popularnymi.

A jakiego mężczyznę widziałabyś  u swojego boku?

Wysokiego.

To jedyne kryterium?

Powiem same banały: wysokiego, opiekuńczego, pewnego siebie, mającego własne zdanie. Takiego, z którym mogłabym się też troszkę „pościerać”, bo ja lubię iść na kontrę. Nie jestem kobietą, przed którą trzeba rozkładać czerwone dywany. Chciałabym mieć faceta, z którym dobrze bym się czuła i przy którym nie potrzebowałabym dodatkowego towarzystwa, tylko  kanapa, herbata, wino i dobry film.  No i żeby miał fantazję i inicjatywę. Żeby mnie nie pytał: „No to co dzisiaj robimy?”.

Nie chciałabyś być szefową  w związku?

Nie, absolutnie. Ja mam charakter poddańczy. Chętnie się podporządkowuję.

Z jednej strony mówisz, że lubisz się ścierać, a z drugiej, że chętnie się podporządkowujesz. Z mamą,  z którą jesteś bardzo związana,  podobno kłócisz się regularnie.

Tak. Jak we włoskiej rodzinie. Troszkę się to teraz złagodziło, ale przez lata faktycznie było ostro… Byłyśmy we dwie, więc mama ze mną łatwo nie miała. Jeszcze do niedawna zdarzało nam się rzucać słuchawkami. Na szczęście u nas krótko to trwa, bo ja jestem osobą, która ma zawsze poczucie winy. Nawet jeśli mama zawini, to i tak poczucie winy mam ja…

Ty wyciągasz rękę i przepraszasz?

Tak, zawsze.

Nawet za to, czego nie zrobiłaś?

Oczywiście.

No to byłabyś fantastyczną partnerką. (śmiech)

Z facetami też tak mam – nie umiem się gniewać. Nie wyobrażam sobie  „cichych dni”. Dla mnie w ogóle nie  istnieje coś takiego. Muszę od razu wszystko z siebie wyrzucić. Dobrze, powiedziane, dziękuję, idziemy dalej.

A jesteś zazdrośnicą?

No, trochę jestem. (śmiech) Nie wiem, czy to zazdrość, czy zaborczość. Jeśli coś jest moje, to jest moje. Z wiekiem nauczyłam się nad tym panować  i nie okazywać tego tak ostentacyjnie. Nie będę kontrolowała nikogo osiem razy dziennie i zadawała pytań: „Gdzie jesteś?”, „Co robisz?”. To nie ma sensu. Za bardzo mnie to spala.

Marzy Ci się codzienne prowadzenie domu?

Tak. Bardzo mi się marzy takie normalne życie. Absolutnie jestem na nie gotowa. Mieszkać z partnerem, dogadzać mu…

Gotować?

Słaba jestem w gotowaniu, choć ostatnio robię postępy. Sporo się nauczyłam podczas mojego programu „Po zdrowie z Karoliną i Martą” w Polsacie Sport. Nadal się uczę i nie panikuję. Moja mama też nie umiała gotować, zaczęła  to robić po pięćdziesiątce dla mojego ojczyma i teraz całkiem nieźle jej to wychodzi, więc i dla mnie jest szansa. Chociaż uważam, że chyba zbyt dużą wagę przywiązujemy do gotowania, ono naprawdę nie jest najważniejsze. Poza tym mężczyźni coraz lepiej gotują i też często lubią to robić. Ja chętnie bym w tym pomagała.

Jak byś siebie zareklamowała jako potencjalną partnerkę?

Miła, ładna, dojrzała, mądra, odpowiedzialna, zabawna, zabawowa, wysportowana. Same atuty! Nie widzę żadnych wad, nie mam ich.

Mama martwi się, że skończyłaś 40 lat i jeszcze nie pojawił się ten książę?

Martwi się, ale głośno o tym nie mó- wi. Nie chce wywoływać konfliktów  i niepotrzebnych awantur… Czasami koleżanki mojej mamy dopytują się,  co u mnie, kiedy dziecko…

Brałaś w ogóle pod uwagę, aby zdecydować się na dziecko, nie mając partnera?

Tak. Ale wiadomo, że chciałabym  być w związku i mieć dziecko z kimś,  w kim jestem zakochana.

Myślę, że nie ma lepszego świata  do poznawania mężczyzn niż ten, w którym Ty obracasz się na co dzień.

W świecie sportu, no właśnie! Dlatego mówię ci, że może ktoś rzucił na mnie jakąś klątwę… Bo z ludźmi z pracy to ja się tylko koleguję.

Masz naprawdę niezłe miejsce  pracy. (śmiech)

Tak, ale w pracy nigdy nie miałam żadnych związków. W pracy mam wyłącznie kolegów. My powtarzamy, że dojrzewaliśmy razem, bo mniej więcej w równym czasie zaczęliśmy pracę, byliśmy w podobnym wieku. Każda kobieta mówi: „Boże, ilu ty masz facetów dookoła!”. Wiesz, ja przez 15 lat w zasadzie byłam jedyną dziewczyną w „Sporcie” w Polsacie. Może mam w sobie jakąś taką ścianę. Jak mi się ktoś podoba, to nigdy nie dam po sobie tego poznać. Nie jestem  typem kokietki.

Może pora to zmienić?

Wstydzę się, czekam. To do mnie trzeba wyjść z inicjatywą, a mężczyźni pewnie myślą, że jestem przebojowa  i sama zrobię pierwszy krok.

Nie jesteś przebojowa?

Może na taką wyglądam, ale jest wręcz przeciwnie. Cały czas czekam – wiem, że ten moment w końcu nadejdzie.  To nie jest tak, że ja spisałam już siebie na straty. Jestem otoczona też przyjaciółmi. Wiadomo, że fajnie byłoby wyjść wieczorem z mężczyzną do kina, usiąść do kolacji, porozmawiać, ale skoro nie jest mi to dane, nauczyłam się z tym żyć. Nie zamykam się w sobie, nie siedzę w domu, nie płaczę i nie analizuję tego, bo wiem, że to nie ma sensu. Nie wpędzam samej siebie w depresję, bo po co? Nie widzę też powodu, żeby na siłę się dla kogoś zmieniać,  być jak chorągiewka. Co innego pójść na kompromis, jeśli już się wchodzi  z kimś w relację, poważny związek. Każdy ma jakąś przeszłość za sobą, każdy ma jakiś bagaż doświadczeń, więc trzeba to wspólnie skleić.

Dla przyjaciół też czasem idziesz na kompromis? Mówisz, że od lat trzymasz się z tymi samymi ludźmi. Czy to są te same osoby, z którymi pracujesz?

Właśnie nie. Rzadko razem spędzamy czas prywatnie. Nie mówię tutaj o wyjściu na kawę, ale o wyjazdach, na przykład na sylwestra czy na wakacje.

Bywasz prawie na wszystkich  imprezach w mieście. Nie znudziły Ci się jeszcze częste wyjścia czy traktujesz je jako część swojej  pracy? A może jako szansę na poznanie kogoś?

To pewien rodzaj przyjemności, ale także pracy. Często też idę na jakiś  pokaz, bo tego kogoś lubię, znam prywatnie. Myślę, że to normalne.

Ludzie mówią, że Ty właśnie jesteś bardzo normalna, że nigdy nie zadzierasz nosa.

No aż taka słodka nie jestem, spokojnie.

Chcesz powiedzieć, że masz jednak jakieś wady?

Jestem chyba apodyktyczna. Lubię czasami postawić na swoim. I może też za szczera jestem, a nie wszyscy są gotowi na szczerość. Łączy mnie na przykład taka szorstka miłość z Łukaszem Jemiołem: on czasami powie dwa słowa za dużo albo ja, następuje cisza  i za chwilę idziemy dalej. Lepiej mówić coś szczerze, niż udawać albo kogoś unikać. Wolę powiedzieć, co mi nie  pasuje, co mi przeszkadza, i albo ten ktoś to zrozumie, albo nie. Jeśli nie, nie warto dalej temu komuś poświęcać czasu. Żyjemy też w takich czasach, obracamy się w takim środowisku,  że szczerość jest potrzebna.

Zgadzam się, ale jest zdecydowanie deficytowa.

No tak, warto jednak tę odwagę mieć.

Ile osób ją ma z tych, które znasz?

Niewiele. Znam tylu facetów, dojrzałych, którzy nie mają odwagi. Ale trzeba dążyć do doskonałości.

Zdarzało Ci się zrazić do siebie  kogoś w ten sposób? Czy – wręcz przeciwnie – ludzie byli w stanie docenić Twoją szczerość?

Nawet jeśli źle ją przyjmowali, po czasie byli w stanie ją docenić. Jestem  wybuchowa, impulsywna i może rzeczywiście za dużo czasami mówię,  i nie zdaję sobie sprawy, że kogoś mogę  ranić, również przez nieodpowiedni dobór słów. Zdarza mi się nie być dyplomatyczną, a w wielu sytuacjach trzeba być. Ja szybciej powiem, niż pomyślę, a potem jest mi trochę głupio. Ale raczej nie przypominam sobie,  żeby ktoś zerwał ze mną kontakty.

Zaczął się 2018 rok, to skłania  do planów i refleksji. Jeśli miałabyś podsumować wszystko, co do tej pory się wydarzyło, czy jesteś  ze swojego życia zadowolona?

Jestem osobą, która nie żałuje niczego. Uważam, że wszystko dzieje się po coś. Jedyna rzecz, którą bym zmieniła, to ta, że wcześniej zdecydowałabym się na dziecko. Czuję, że gdzieś to przegapiłam… Tego żałuję. Poza tym mam fajną pracę, pracuję już 21 lat w Polsacie, w tym samym składzie, z tą samą ekipą, uważam, że to duża wartość. Naprawdę niczego nie planuję i myślę sobie, że życie jest takie krótkie, ale że nam zawsze coś fajnego przyniesie.

Co fajnego chciałabyś, aby przyniósł Ci rok 2018?

Bardzo lubię podróżować i zawsze  brakuje mi na to czasu, chciałabym więc wyjechać gdzieś dalej, na dłuższy urlop. Ale słowo ci daję, może to banalne, ale nie mam żadnych postanowień noworocznych.

Żyjesz z dnia na dzień?

Tak. Staram się nie robić żadnych  planów. Podobno jak się mówi o tym, co byśmy chcieli, by się wydarzyło  w formie dokonanej, to ściągamy  dobrą energię i to nam się wydarzy.  Ja po prostu myślę pozytywnie i nie analizuję, nie rozpaczam.

Kiedy tak na Ciebie patrzę, zastanawiam się: czy jesteś w stanie przejmować się czymkolwiek?

No właśnie nie. Ale nie wiem, czy to dobrze. Nauczyłam się chować wszystko z tyłu głowy. Nie wiem, czy to się zdrowotnie kiedyś na mnie nie odbije, bo gdzieś te emocje trzeba przecież  w końcu z siebie wyrzucić. Na razie  jestem spokojna.

Nic Cię nie martwi, nie stresuje?

Nie, bo na wiele rzeczy nie mamy wpływu. Po co mam się martwić czymś,  na co nie mam wpływu? Co z tego,  że będę siedziała, analizowała i rwała sobie włosy z głowy?

Wypracowałaś to czy po prostu  taką masz naturę?

Wypracowałam, ale łatwo mi to  przyszło.

Czyli wcześniej były jednak rzeczy, którymi się przejmowałaś?

No nie wiem, w szkole się przejmowałam, że dostanę „pałę”, a nie szóstkę, albo tym, że pokłóciłam się z koleżanką czy kolegą, ale później praca w tele- wizji nauczyła mnie gruboskórności. Tu jest rywalizacja, często ktoś dostaje lepszą propozycję, ciekawsze zadanie  i myślisz sobie: „Dlaczego nie ja?”.

Jak znosisz tę rywalizację?

Tłumaczę sobie: „A dlaczego właśnie ja powinnam to dostać, widocznie ktoś inny był lepszy. Niech więc to  robi”. Nie załamuję się, nie wracam  do domu i nie płaczę, nie histeryzuję. Trudno, i tyle.

Jesteś osobą, do której można zadzwonić o każdej porze, a ona ma zawsze dobry humor i podzieli się dobrą energią.

Mhm. No, humoru może nie mam  zawsze dobrego, bo czasami jestem zmęczona i nic mi się nie chce. Wtedy mam dosyć ludzi, nie chce mi się gadać. To normalne, że czasami potrzebuję ciszy, że wolę pobyć sama ze sobą.  Generalnie jednak jestem towarzyska, lubię ludzi, ale bez przesady.

Jesteś szczęśliwa?

Szczęście to chwila. Szczęśliwi bywamy. Każdy z nas ma taki moment w życiu, że jest przez chwilę szczęśliwy.  Teraz jestem szczęśliwa, bo spędziłyśmy fajny wieczór i w dodatku zjadłam zakazaną pizzę.