Pięknie wyglądasz na tych zdjęciach, Kasiu.

Dziękuję. Kiedy człowiek się uśmiechnie, umalują go i dobrze oświetlą, to zawsze będzie pięknie wyglądał (śmiech). Jakoś tak ostatnio podobam się sobie. 

Masz 38 lat. To chyba dość późno, by po raz pierwszy się sobie podobać...

Nie uznaję kategorii „starość” i „za późno”. Kiedy patrzę na ludzi, którzy w bardzo dojrzałym wieku rozpoczynają życie od nowa, wyjeżdżają do innego kraju, zaczynają uczyć się języków, to muszę powiedzieć, że taka starość mnie kręci. Witalność i gotowość do spełniania marzeń mnie kręci.  

Myślałam, że Twoje marzenia się spełniły, gdy jako 17-latka dołączyłaś do Varius Manx i zostałaś gwiazdą!

To fajne, że po spełnieniu jednego marzenia, można przejść do następnego. Od dziecka marzyłam,
by zostać aktorką lub piosenkarką. Potem stwierdziłam, że podobnie jak większość mojej rodziny będę matematykiem. Chyba chciałam trochę przyintelektualizować (śmiech). Ale tak naprawdę byłam skupiona na tym, by wyjść na scenę i śpiewać. Z dnia na dzień zaczęłam jeździć busem z chłopakami z Varius Manx i było to dla mnie naturalne. Tylko w którymś momencie, po kilku latach, poczułam się tak zmęczona, jakbym miała ze sto lat. Graliśmy po kilka koncertów dziennie, codziennie nowe miasto, którego i tak nie można zobaczyć, bo nie ma kiedy. Zdawałam sobie sprawę, że to przywilej tak żyć, ale potrzebowałam równowagi. Usiąść, poczytać, czegoś się dowiedzieć, poznać ludzi, którzy nie mają pojęcia, kim jestem i będą widzieć we mnie nie „orła cień”, tylko człowieka, z jego emocjami i słabościami. Miałam ponad 20 lat i zero pojęcia o prawdziwym życiu. 

Co masz na myśli?

To, że kiedy nagle stajesz na szczycie w bardzo młodym wieku, żyjesz siłą rzeczy w jakimś odrealnieniu. Jesteś wożony, przenoszony, chodzi za tobą pani z kalendarzem, a ty myślisz, że tak właśnie wygląda świat i już zawsze będzie wyglądał. Biegają za tobą ludzie – i wtedy zaczyna się
życie w takim wypasionym zamknięciu. Bo z jednej strony możesz wszystko, z drugiej – boisz się pójść na spacer czy do sklepu, bo leci za tobą tłum, żeby wyrwać ci garść włosów. 

Ta popularność nie imponowała młodej dziewczynie?

Nie, dla mnie ważna była muzyka, a nie rozdawanie autografów. W pewnym momencie moja popularność stała się nienormalna. Zaczynała przyjmować formę, która naruszała spokój moich bliskich, a nawet zagrażała mojemu życiu.

Mówisz o stalkingu?

Listy z pogróżkami czy stękające telefony stały się w pewnym momencie codziennością. Pamiętam np. historię z chłopakiem, który przyjechał do Działdowa i kilka dni obserwował, jak funkcjonuje moja
rodzina. Któregoś dnia zapukał do drzwi. Mama otworzyła, a on pyta, czy jest Kasia. Mama na to,
że nie, bo gramy koncert. A on, że chciałby zostawić mi zeszyt z listami i swoimi wierszami. Mama się zgodziła. Potem otworzyła ten zeszyt, a w nim były moje zdjęcia ze śladami różnych wydzielin, teksty nie do cytowania czytelnikom. Mama poszła z tym na policję. Okazało się, że ów chłopak uciekł z zakładu psychiatrycznego. I to nie był jednorazowy przypadek. Ludzie dzwonili też na domowy telefon moich rodziców, grozili – to było chore.

I właśnie wtedy doszłaś do wniosku, że nie chcesz tak żyć?

Było już za późno na takie wnioski, musiałabym zmienić sobie twarz. Chciałam mieć poczucie, że moja rodzina jest bezpieczna, dlatego w pewnym momencie zaczęłam schodzić z afisza. Kiedy uspokoiło się całe zamieszanie, wszystko wróciło do normy. 

Decyzja o odejściu z Varius Manx była bardzo dojrzała jak na tak młodą dziewczynę. Skąd miałaś w sobie tyle odwagi?

Jeśli mam impuls, taki wyraźny strzał, że czegoś chcę, to za tym idę. Nie analizowałam wtedy, czy jestem odważna, po prostu chciałam nagrać własną płytę. Sprawdzić się na nowym terytorium, zaskoczyć siebie i być może innych przy okazji. Poznać nowych ludzi, nauczyć się czegoś od nich. Pamiętam rozmowę z rodzicami, gdy zadzwoniłam do nich w nocy i powiedziałam, że nie wiem, co mam robić. A mama na to: przecież ty wiesz, co robić. Jak zwykle zrobisz po swojemu i to będzie jedyna słuszna decyzja (śmiech).

Wspierali Cię? Chwalili?

W tamtym czasie bardzo, ale w dzieciństwie raczej niechętnie. Wtedy wychodziło się z założenia, że pochwały mogą wywołać sodówkę. Mogłam wygrać sto konkursów piosenki dziecięcej, a i tak po powrocie do domu były lekcje, tornister, szlaczki, tabliczka mnożenia. To mnie nauczyło pokory. Kiedy sprzedałam milion płyt, moja reakcja była jedna: dalej do roboty! Rodzice podążali za moimi potrzebami. Chcesz się uczyć języków? Proszę bardzo. Chcesz tańczyć? Tańcz. Oczywiście w granicach ich możliwości. Chciałam śpiewać, więc umożliwili mi to, chociaż nie byli fanami pomysłu, bo sami koncertowali ze swoim zespołem i wiedzieli, jakie to trudne życie. Często
na krawędzi, niestabilne, do tego młoda, ładna dziewczynka sama w wielkim świecie... Przecież może wpaść w jakieś diabelskie towarzystwo albo w nałogi. 

 

Na przykład narkotyki?

To środowisko jakoś mimowolnie kojarzy się z używkami, ale pułapek jest dużo więcej. W chwili popularności pojawiło się wokół mnie mnóstwo ludzi. Potem ci ludzie, w miarę redukowania mojej obecności w mediach, redukowali też swoją obecność w moim życiu. Aż w końcu zostałam sama, ale nie był to koniec świata. Zobaczyłam wtedy, że gdy coś się kończy, robi się miejsce na nowe rzeczy. 

Odeszłaś z Varius Manx i show-biznesu, ale nie porzuciłaś śpiewania. Nagrałaś cztery solowe płyty.

Tak! „Kasia Stankiewicz”, „Extrapop”, „Mimikra” i ostatnia – „Lucy and the Loop”. Są jak moje dzieci.  Te lata solowych działań nauczyły mnie wszystkiego od podstaw. Skończył się czas gwiazdorki. Zamieszkałam wtedy we Wrocławiu i – można powiedzieć – zaczęłam normalnie żyć. 

Poczułaś się szczęśliwa?

Ty wiesz, że mnie to w pewnym momencie zdołowało?

Już nic z tego nie rozumiem…

Kiedy raz staniesz na scenie i poczujesz tę energię, elektryzującą moc od ludzi... Nawet nie potrafię tego nazwać. To największe emocje, jakich doświadczyłam w życiu! Chciałam codzienności z jej – powiedzmy – szarością, radościami, kłopotami, z poczuciem stabilizacji i pewności, że o konkretnej godzinie skończę zajęcia, zamknę komputer i wrócę do domu. Ale kiedy ta normalność trwała już jakiś czas, poczułam, że brakuje mi napędu do życia. Zamykałam się coraz bardziej na ludzi, ale przede wszystkim – na samą siebie. Przestałam marzyć i wierzyć, że muzyka jest właśnie tą drogą, w której się spełniam.

Co Ci odebrało tę wiarę?

Brak pewności siebie, przekonanie, że inni mają rację i na pewno wiedzą lepiej ode mnie. Mogłabym powiedzieć, że wypuściłam siebie z rąk. I huknęło o ziemię. Ale widocznie było to potrzebne. Po to, żeby znów poczuć głód sceny, śpiewania, spotkań z ludźmi. 

Wtedy właśnie poczułaś się gotowa na powrót?

Wcale nie mam takiego przekonania, że odeszłam od czegoś i że do czegoś wracam. Zawsze chciałam robić muzykę i ją robiłam, nawet wtedy, kiedy przestałam już fikać po czerwonych dywanach. Wiele lat temu podjęłam decyzję o samodzielnym wydawaniu płyt i to jest mój kapitał. Teraz jednak, po tych latach odpowiedzialności, którą wzięłam na siebie, chciałabym dać sobie jakąś nagrodę. Bardzo długo i kurczowo trzymałam się własnej niezależności. Zdarzały mi się komercyjne propozycje, a ja świadomie z nich rezygnowałam, bo wydawały mi się niespójne z moją artystyczną drogą. Kiedy zadzwonili z Varius Manx, żeby zrobić z nimi 25-lecie zespołu, a potem pojawiła się propozycja z „Tańca z gwiazdami”, pomyślałam, że to żart. Ale mój organizm zerwał się do tego, zanim rozum zdecydował. 

Chcesz powiedzieć, że pierwszy raz w życiu robisz coś szalonego?

Nie jest to skok na bungee, ale wyjść z artystycznej niszy i wystąpić w „Tańcu z gwiazdami”, można uznać za „szaleństewko”. 

I jak się z tym czujesz?

Najlepiej. Nie wiem, dlaczego nie robiłam takich rzeczy wcześniej. O co mi chodziło (śmiech)? 

Może przeżywasz spóźniony nastoletni bunt?

Bunt to nie jest, ale chyba pierwszy raz robię to, na co mam ochotę. I jest to przyjemne. 

Wróciłaś odmieniona, również fizycznie. Promienna, z uśmiechem na ustach i błyskiem w oku. Inaczej się też ubierasz, bardzo seksownie.

Przyszedł na to czas. Fajnie mi jest ze sobą i mam uczucie, jakbym zrzuciła trochę kompleksów i ograniczeń ze swoich pleców.

Kochały Cię tłumy, byłaś gwiazdą. Scena nie dawała Ci pewności siebie?

Tylko na scenie nie miałam kompleksów. Wszędzie poza nią byłam skulona i niepewna.

Twoi partnerzy nie prawili Ci komplementów?

One jakoś przeze mnie przelatywały. 

Ktoś Cię krytykował?

Ja samą siebie krytykuję najbardziej. Ciągle się poprawiam, chcę lepiej i to mnie strasznie męczy.
Ale czasami dopada mnie jakaś kosmiczna moc i wtedy myślę, że jestem królową świata. Ale ogólnie teraz jestem dla siebie dużo milsza niż kiedyś i daję sobie różne nagrody.

Jak się nagradzasz?

Przykrywam się kocykiem, piję herbatę z imbirem, cytryną i miodem, odpalam film i już. Albo spędzam czas z najbliższymi – to też jest nagroda. Spacer, obiad, rozmowy, tiramisu, wieczory przy winie. To jest nagroda!

Co Ci się w sobie podoba?

Wariactwo. Lubię w sobie dziecko. 

Masz 11-letniego syna Fryderyka. Macierzyństwo nie jest czymś, co pomogło Ci odkryć
w sobie kobiecość?

Nie wiążę macierzyństwa z kobiecością. Uważam wręcz, że ono wyrzuca cię na zupełnie inną orbitę niż kobiecość. Ostatnią rzeczą, o jakiej myślałam po urodzeniu dziecka, to wygląd. I wcale nie czułam się kobieco. Ciągły brak snu, zapach pampersów powodują, że jednak nie ma się ochoty na szminkę, ciuchy i szpilki. 

Mówiłaś, że wychowałaś się w surowym, wymagającym domu.
A Ty sama jaką jesteś mamą?

Myślę, że fajną, ale to mój syn oceni za jakiś czas. On bardzo nie lubi, kiedy o nim opowiadam publicznie, chociaż może nie pogniewa się bardzo, jeśli go zacytuję. Ostatnio w złości powiedział: „A wiesz, z czym mi się kojarzy orła cień?! Z mamą, która daje szlabany i wyżywienie”. 

Jesteś dzisiaj szczęśliwa?

Tak, teraz czuję się najlepiej w całym moim życiu. A wiesz, co lubię najbardziej na świecie? Śmiać się. I robię to jak najczęściej. To jest naprawdę przyjemne uczucie!