Często angażujesz się w akcje charytatywne. Nie umiesz odmawiać czy masz taką potrzebę?
Mam takie skłonności. Wiele lat temu przyjaciółka Darii Trafankowskiej stawiała mi karty i wyczytała w nich, że będę intensywnie działać charytatywnie. Wydało mi się to wtedy niedorzeczne, ale z czasem takie sytuacje same zaczęły do mnie przychodzić. Działam w fundacjach, pomagam dzieciom, a kiedy na planie serialu zobaczę, że ktoś z ekipy ma gorszy dzień, momentalnie staram się poprawić mu humor. Już w szkole byłam takim „klasowym klaunem” – lubiłam rozśmieszać, zabawiać rówieśników. Teraz też potrafi się wygłupiać, żeby rozładowywać napięcie. Dlatego chętnie wspieram też moje przyjaciółki w trudnych chwilach, na przykład, kiedy się rozwodzą.

Ciągle się kimś opiekujesz?
Tak! Najpierw opiekowałam się ukochaną babcią, mieszkałam z nią do końca jej dni. Babcia zmarła w czerwcu, a w sierpniu tego samego roku urodziła się moja córka, Ola. Teraz opiekuję się nią.

A w miłości? Kto jest bardziej opiekuńczy – Ty czy Twój partner?
On. Ja opiekuję się nim, wyręczając go w obowiązkach domowych, a on czuwa nad moją psychiką, bo jest ode mnie silniejszy. Kiedy dzieje się coś trudnego, to myśli o wszystkim. Ja mogę pomagać całemu światu, ale gdyby coś wydarzyło się mojej rodzinie, pewnie bym sobie z tym nie poradziła. W takich momentach bywam bardzo krucha.

Co Cię najbardziej zaskoczyło podczas podróży do Maroka?
Byłam tam poprzednio 15 lat temu i zauważyłam, jak wiele się zmieniło od tamtego czasu. Kiedyś nie było możliwości, żeby wyjść poza hotel, teraz mogłam swobodnie uprawiać jogging. Wielkim przeżyciem była dla mnie nasza sesja zdjęciowa w restauracji, w której 50 lat temu Alfred Hitchcock kręcił film „Człowiek, który wiedział za dużo”. Zachwycałam się też drzewami arganowymi – jestem maniaczką ekologiczną, dla mnie olej arganowy to podstawa. Targowałam się o niego po francusku na targu w Marrakeszu.

 

Znalazłaś w Maroku kogoś, kim mogłabyś się zaopiekować?
(śmiech) Nie, ale poznałam świetnych ludzi. Fotograf Marcin Suder, który ma wielki dorobek i realizował zdjęcia w najtrudniejszych miejscach świata, nauczył nas, jak zachowywać się wobec mieszkańców Maroka, żeby wzbudzić ich zaufanie. Skromnie, bez zwracania na siebie uwagi, z szacunkiem dla lokalnych zwyczajów. To przecież kraj islamski. Ludzie reagowali na nas wspaniale. Podczas jednej z sesji, kiedy wyglądałyśmy jak bohaterki „Seksu w wielkim mieście”, podeszły do nas dziewczyny w burkach w krzykliwych kolorach i zaczęły robić sobie z nami selfie. Myślę, że z zewnątrz wyglądało to bardzo intrygująco.

Widziałam Cię niedawno na premierze „Listów do M.2” w sukni Łukasza Jemioła i w jego towarzystwie. To w Maroku zaczęła się Wasza znajomość?
Tak, poznaliśmy się w Maroku i od razu bardzo się polubiliśmy. Zawsze chciałam mieć coś „od Jemioła”, więc ucieszyłam się, że na kartach kalendarza wystąpię w sukni zaprojektowanej przez niego. Niebieska, w moim ukochanym kolorze… Jestem znana z tego, że mam duży dystans do świata mody. Na co dzień wolę luz, wygodę i dosłownie – dres. Nawet mówię o sobie, że jestem „dresiarą”. To dlatego, że żyję w ciągłym biegu, mam małe dziecko, dużo podróżuję. Do walizki wrzucam rzeczy praktyczne. Nawet na naszą pierwszą kolację w Maroku przyszłam w dresie i trochę odstawałam od towarzystwa, bo dziewczyny wystroiły się w suknie i obcasy. Dzięki tej podróży zrozumiałam, że projektanci są artystami. Obserwowałam z zaciekawieniem Łukasza Jemioła i Tomka Olejniczaka. Chodzili po marokańskich zaułkach i dosłownie widać było, że w ich głowach już powstają nowe pomysły.

Czy Maroko jakoś Cię zmieniło?
To fakt, teraz patrzę na siebie inaczej i myślę, że jestem bliżej świata mody. Oczywiście zachowując zdrowy rozsądek