GALA: Rozmawiamy w Zakopanem, mieście, w którym po raz pierwszy powiedziałeś Kasi: "Kocham Cię".

MARCIN HAKIEL: Tak było...

KATARZYNA CICHOPEK-HAKIEL: Ale go zawstydziłeś! (uśmiech) Do Zakopanego wybraliśmy się w przerwie między kolejnymi nagraniami „Tańca z gwiazdami”. Któregoś dnia Marcin mi powiedział, że od podstawówki nie był w Zakopanem. Ja z kolei kocham  to miasto, przyjeżdżałam tu z rodzicami, odkąd pamiętam. To oni nauczyli mnie chodzić po górach, które zawsze budziły mój szacunek – monumentalne, tajemnicze – i pozwalały złapać  dystans do wszystkiego, co działo się  w Warszawie.

M.H.: Myślałem, że to będzie taki romantyczny wyjazd – kominek, grzane wino, domek z widokiem na Giewont...

K.C.H.: Ale szybko przekonałeś się,  co oznacza moje: „Pokażę ci góry”!

M.H.: Pobudka o szóstej rano, piesza wycieczka do Doliny Pięciu Stawów  – to ukochane miejsce Kasi. Muszę  powiedzieć, że od początku moja żona zafundowała mi prawdziwą lekcję przetrwania!

Trzy lata później podjęliście  decyzję o ślubie.

K.C.H.: Po oświadczynach, również  w Zakopanem, nie planowaliśmy konkretnej daty ślubu. Dopiero pan Adam, ojciec naszych góralskich przyjaciół, podczas kolacji, na którą zostaliśmy zaproszeni, zapytał: „A jak tam z waszym ślubem?”. Popatrzyliśmy na siebie trochę zdezorientowani, a on:  „20 września będzie OK?”. My: „Yyy, no chyba tak”. „To załatwione, 20 bierzecie ślub!” (śmiech)

Przyparł Was do muru...

M.H.: Powiedzmy, że przyspieszył  naszą decyzję.

K.C.H.: Cieszyłam się też, że moi rodzice tak szybko zaakceptowali Marcina. Mama zawsze powtarzała, że kiedy ja będę szczęśliwa, ona również. Tata był bardziej sceptyczny, jeśli chodzi o kandydatów na zięcia, ale Marcina polubił od razu.

Czy ślub coś zmienił w Waszym życiu?

K.C.H.: Paradoksalnie nic się nie zmieniło – od trzech lat byliśmy w związku, razem mieszkaliśmy, planowaliśmy przyszłość.

M.H.: Obiecaliśmy sobie, że weźmiemy ślub, zanim pojawią się dzieci, chociaż wtedy jeszcze o nich nie myśleliśmy.

K.C.H.: Ważnym momentem okazał się wybór nazwiska. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie powagę sytuacji – że podejmuję decyzję na całe życie nie tylko za siebie, ale też za dzieci. Byłam wtedy silnie kojarzona z panieńskim nazwiskiem, dlatego uznałam, że najlepiej pozostać przy dwuczłonowym Cichopek-Hakiel.

Marcinie, dla Ciebie to, że Kasia przyjęła Twoje nazwisko, było ważne?

M.H.: Nie oczekiwałem tego, zwłaszcza że wiedziałem, że jako Cichopek od lat funkcjonuje w mediach. Bardziej niż o swoich ambicjach myślałem  o dzieciach.

K.C.H.: Dla mnie najistotniejsze było to, żeby dzieci wiedziały, że ich mama nosi takie samo nazwisko, chciałam być z bandy Hakielów!

W Zakopanem od rana, tak jak  10 lat temu, pada deszcz. Wtedy przed kościołem na Krzeptówkach zebrały się tłumy...

K.C.H.: Tłumy gości... z parasolami! Dzisiejsza pogoda przypomniała mi ten szczególny dzień, ponieważ w 2008 roku panowała tutaj dokładnie taka sama aura. Dwa stopnie, deszcz, ale nasze serca są równie gorące jak przed laty. (uśmiech) Pamiętam, że ksiądz podczas kazania powiedział, że deszcz to zesłanie Ducha Świętego. Czuję,  że jest On z nami ciągle obecny.

Mówiłaś wtedy: „To najpiękniejszy dzień mojego życia. Dostałam  od losu więcej, niż mogłam sobie wymarzyć”.

K.C.H.: Byłam w wyjątkowo intensywnym momencie kariery, dlatego nie mogłam w pełni poświęcić się przygotowaniom. Pomogła nam nieoceniona pani Stenia, która zadbała o każdy szczegół, do końca nie wiedziałam,  jakie będzie menu, tort weselny też  był niespodzianką...

M.H.: Kochanie, nie umniejszaj mojej roli, ja o wszystkim wiedziałem!

K.C.H.: I tak trochę jest do dzisiaj. Marcin panuje nad organizacją naszej codzienności, bo mnie zdarza się bujać w obłokach!

Ale wybór sukni ślubnej był chyba nieprzypadkowy. Pamiętam, że wyglądałaś wtedy zjawiskowo!

K.C.H.: Przed ślubem wszyscy mnie pytali, jak wygląda moja suknia, a ja odpowiadałam: „Nie wiem”. Kilka  tygodni wcześniej polecieliśmy do Stanów w podróż przedślubną. Uznałam, że tam na pewno uda mi się coś wybrać, ale niczego nie znalazłam. Wtedy zadzwonił Maciej Zień i powiedział, że ma coś dla mnie. I rzeczywiście, okazało się, że suknia jego projektu wygląda jak ta, którą sobie wymarzyłam.

Kiedy o tym opowiadacie, błyszczą Wam się oczy. Zachowujecie się tak, jakbyście wzięli ślub tydzień temu!

M.H.: Trzymamy się razem, pomagamy sobie, niezależnie od tego, co dzieje się w naszym życiu prywatnym czy  zawodowym. Poza tym stosujemy się do bardzo prostej zasady: cokolwiek się dzieje, robimy swoje. Wiesz, że to działa?

K.C.H.: Kochanie, a pamiętasz, jak niektórzy wróżyli nam, że wytrwamy ze sobą najwyżej rok? Jedna z dziennikarek złośliwie żartowała, że jej kaktus na dłoni wyrośnie, jak zostaniemy  parą, a jeśli już tak się stanie, to po „Tańcu z gwiazdami” na pewno się rozstaniemy. Chciałam jej z okazji 10. rocznicy ślubu wysłać w prezencie kaktus. (śmiech)

M.H.: Mnie w tym wszystkim najbardziej było żal Kasi, bo ona bardzo przeżywała krytykę nie tylko naszego związku, ale też swojej osoby.

K.C.H.: Zarzucano nam, że udajemy, kreujemy tę miłość tylko po to, by na niej zarobić. A ja jestem prostolinijna, czasami do bólu, nigdy nie kalkuluję, dlatego bolały mnie takie komentarze.

Od początku Wasz związek był  wystawiony na próbę.

K.C.H.: Myślę, że bardzo pomógł nam taniec. Spotkaliśmy się na planie „Tańca z gwiazdami” i mieliśmy okazję się sprawdzić w najtrudniejszych sytuacjach. Krew, pot, łzy, pokonywanie różnych przeszkód – od zmęczenia przez swój własny wstyd – przeszliśmy przez to wszystko razem.

I poznaliście się w tej najgorszej wersji?

K.C.H.: To nie były randki w pełnym makijażu i ze starannie przemyślaną stylizacją. Dużo też działo się wtedy  u nas prywatnie – mieliśmy raz lepszy, raz gorszy humor, ale szybko zrozumieliśmy, że jesteśmy dla siebie  wsparciem.

Czyli to nie była miłość od pierwszego wejrzenia, tylko wszystko zaczęło się od przyjaźni?

K.C.H.: Przyjaźń jest fundamentem naszego związku.

M.H.: Myślę, że oboje potrzebowaliśmy czasu, by się lepiej poznać, zbliżyć do siebie.

K.C.H.: W pewnym momencie zaczęłam zauważać, że brakuje mi obecności Marcina. Kiedy kończyliśmy trening, proponowałam wspólny lunch albo kawę.

Podrywałaś go?!

M.H.: Ha! Miałem wzięcie!

K.C.H.: Ja po prostu chciałam, by Marcin był blisko.

M.H.: Dajcie mi się nacieszyć tą chwilą! (śmiech) A tak serio, żyjemy w świecie, w którym żar miłości nie wystarczy,  by stworzyć stabilną i wartościową  relację. Ważne są zrozumienie, świadomość, że ma się w tej drugiej osobie wsparcie i można jej ufać.

Macie podobny system wartości, charaktery?

K.C.H.: Kiedy zaczęliśmy się spotykać, wydawało mi się, że Marcin to moja bratnia dusza, druga połówka jabłka. Patrzyliśmy w jednym kierunku, byliśmy wyjątkowo zgodni, do momentu gdy urodził się nasz syn Adam...

Co się wtedy wydarzyło?

K.C.H.: Oboje mamy wspaniałych  rodziców, którzy zresztą bardzo się  lubią, ale nasze domy są różne, jeśli chodzi o podejście do życia. Dlatego  ja bywam nadopiekuńcza, Marcin  z kolei wyznaje filozofię: niech dziecko uczy się na własnych błędach. Być może gdybym sama wychowywała Adasia i Helenkę, byliby mniej zaradni życiowo. (śmiech) Ale gdyby zajmował się nimi tylko Marcin – mniej „przytulaśni”. Jesteśmy z Marcinem dla siebie jak równoważnia.

M.H.: To prawda, ale mam też swoje pryncypia. Na przykład staram się przyzwyczajać dzieci do tego, że posiłki jemy wszyscy razem przy stole. Tak było w moim rodzinnym domu.

K.C.H.: Bo mieliście dom, w którym był duży stół, a ja z rodzicami mieszkałam w małym mieszkaniu. (śmiech)

M.H.: Dzieci są świetnym sprawdzianem dla związku, lekcją kompromisu. Trzeba nagle zmienić swój styl życia, przyzwyczaić się do tego, że prawie  nie mamy wolnego czasu, bo każdą chwilę poświęcamy im.

K.C.H.: To prawda, kiedyś nasze życie towarzyskie kwitło. Odkąd zostałam mamą, poświęciłam się dzieciom w stu procentach. Oczywiście to w zasadzie nic złego, ale teraz wiem, że we wszystkim trzeba znaleźć równowagę. Zamykanie się z dzieckiem w domu jest niedobre nie tylko dla matki, ale też dla niego.

Dzieci nagle stały się ważniejsze niż Marcin?

K.C.H.: Tak, trochę tak. Muszę się  do tego przyznać. Mój błąd, mea culpa. Ale się poprawiłam.

Nie umiałaś być jednocześnie  mamą i żoną?

K.C.H.: Gorzej, nie umiałam też być kobietą! Zatraciłam się w tym wszystkim i potrzebowałam czasu, by ułożyć swój system wartości. Na szczęście Marcin był cierpliwy i pomógł mi się zmierzyć z tym problemem.

M.H.: Pamiętam, że w pewnym momencie poczułem się przytłoczony nową rzeczywistością. Opieka nad dziećmi, praca, humory Kasi – to wszystko zaczęło mnie przerastać. Nie umiałem też odpuścić życia towarzyskiego, weekendów spędzanych ze znajomymi, wspólnych wyjść.

K.C.H.: Pierwszy etap tacierzyństwa jest trudny dla mężczyzny. Kobiety  są biologicznie zaprogramowane na opiekę nad dzieckiem, facet musi  to wypracować. Teraz jednak relacja Marcina z Adasiem i Helenką jest rewelacyjna. Miło na nich popatrzeć, kiedy razem rozmawiają. Muszę cię, kochany mężu, pochwalić za to, jak wiele uwagi poświęcasz naszym pociechom, to jest taki „quality time”. Wzruszyłam się wczoraj, kiedy zobaczyłam, jak Adaś podchodzi do Marcina i mówi do niego: „Kocham cię, tato”. To było szczere, niewyreżyserowane, rozczulające.

Marcinie, czujesz się głową  rodziny?

M.H.: Ciekawe pytanie. Nigdy o tym nie myślałem. Wydaje mi się, że u nas nie ma jasnego podziału ról...

K.C.H.: Nasz związek jest mocno partnerski.

M.H.: Zamiast wymagać od siebie wpisania się w jakieś schematy typu: ty jesteś mężczyzną, więc musisz robić to,  a ty jako kobieta powinnaś być dobra  w tym, dobrze się uzupełniamy. Raz  ja robię śniadanie, raz Kasia, tak samo jest z odbieraniem dzieci ze szkół czy zakupami domowymi.

K.C.H.: Ja wymyślam na przykład konkretne cele: wakacje, zakupy, szkoły dzieci et cetera, a Marcin stara się nas przez to jakoś przeprowadzić organizacyjnie.

M.H.: Kasia jest dyrektorem kreatywnym, ja wykonawczym!

A co Wam w sobie przeszkadza?

K.C.H.: Marcin jest pedantem! Ciągle mu powtarzam, że dom to nie muzeum...

M.H.: Kochanie, dobrze, że nie zaglądam do twojej garderoby...

K.C.H.: A ja nie jeżdżę twoim samochodem, to znaczy świątynią na kółkach!

Spokojnie, bo zaraz zaczniecie się kłócić! (śmiech)

M.H.: My się rzadko kłócimy. Po prostu lubię mieć wokół siebie porządek, nie tylko w domu, ale też w firmie, w papierach. Wczoraj na przykład wychodziliśmy z dziećmi na basen. Wszystko było wszędzie – plecaki, ubrania – spojrzałem na dzieci i ustaliliśmy, że teraz wychodzimy pływać, a po powrocie każdy ułoży swoje rzeczy.

Adam zaczyna Cię naśladować? Jesteś dla niego wzorem?

M.H.: Czy wzorem – nie wiem, ale rzeczywiście uczy się różnych męskich zachowań. Do szkoły chodzi w mundurku, dlatego codziennie rano, tak  samo jak ja, wkłada koszulę, wiąże  sobie krawat...

K.C.H.: Jesteś dla niego bardzo ważny, Marcin.

M.H.: Wy z Helenką też macie swoje typowo kobiece rytuały.

K.C.H.: Tak, cieszę się, że urodziłam też córeczkę, bo przychodzi taki moment, że faceci mają swój świat, choć bardzo się staram być na bieżąco ze wszystkimi „Star Warsami”. (śmiech)

A zdarza Wam się wychodzić  dokądś osobno – Ty z Helenką, Marcin z Adamem?

K.C.H.: Nie, raczej staramy się wychodzić razem. Powtarzam Marcinowi, jak ważna jest obecność mężczyzny  w życiu dziewczynki i odwrotnie – kobiety w życiu chłopca. Chociaż kiedy  próbuję pytać Adasia o „Star Wars”, często słyszę: „Mamooo”.

„Jak ty nic nie rozumiesz!”

K.C.H.: Ale potem jest: „Czekaj, wytłumaczę ci!”. I wiem, że to jest dla niego ważne, że się tym interesuję.

Ostatnio, gdy rozmawialiśmy,  powiedziałaś, że chwile spędzone  z dziećmi są ważniejsze niż pieniądze, które mogłabyś w tym czasie zarobić. Kiedy zrozumiałaś, że nie warto tak pędzić?

K.C.H.: Tak naprawdę nie ma nic ważniejszego niż relacja z dziećmi. Chociaż staram się im tłumaczyć, że zarówno ja, jak i tata musimy chodzić  do pracy właśnie po to, abyśmy mogli wspólnie spełniać nasze marzenia.  Na szczęście zawsze możemy liczyć  na dziadków, z którymi Adaś i Helen- ka mają świetne relacje. Moi rodzice mieszkają w Warszawie, dlatego to  są dziadkowie casualowi. (śmiech)  Z kolei każdą wizytę rodziców Marcina traktują jak święto – wtedy jest wielkie szaleństwo i Hela prawie nie schodzi dziadkowi z kolan.

Wy w ogóle jesteście bardzo  rodzinni.

K.C.H.: Dokładnie. Gdy wyjeżdżaliśmy do Zakopanego na sesję zdjęciową, powiedziałam Helence: „Myszko, dzisiaj nocujecie u babci”, a ona: „U babci?  Super!”.

M.H.: Wielokrotnie przekonaliśmy się, że bez bliskich, ich mentalnego wsparcia, byłoby nam bardzo ciężko.

K.C.H.: Dla mnie ważne jest też zabezpieczenie finansowe, lubię stabilizację.

Jesteś oszczędna?

K.C.H.: Tak, oszczędzam. Zawsze o to dbałam i cokolwiek się wydarzy, wiem, że przez jakiś czas dam sobie radę.

Ale możesz też liczyć na Marcina.

K.C.H.: To prawda, ja, dzieci, nasi bliscy. Wiem, że mogę mu w stu procentach zaufać. Gdy jadę na plan albo  do teatru i zostawiam dzieci pod jego opieką, nie boję się, że coś im się stanie. Chociaż mam silne poczucie kontroli  i zdarza mi się zasypywać go SMS-ami: „Jadły już?”.

M.H.: A jak nie odpisuję przez kilka minut, dostaję monity: „Czemu nie  odpowiadasz? Co tam się dzieje?”.

K.C.H.: Wiesz przecież, że to nie dlatego, że ci nie ufam.

M.H.: Taaak, tłumacz się teraz. (śmiech)

Chcesz po prostu wiedzieć, że wszystko jest OK.

K.C.H.: Dla mnie najgorszy był początek macierzyństwa, bo nie ufałam nikomu z wyjątkiem samej siebie. Kiedy coś się działo, a Marcin próbował mnie uspokoić swoim „jakoś to będzie”, wpadałam w panikę. „Jak to jakoś  będzie? Przecież tyle złego się może wydarzyć!”, lamentowałam.

Marcinie, jak sobie radzisz z emocjami Kasi? Ty chyba masz spokojną naturę, Kasia jest ekstrawertyczką.

M.H.: O, to jest dobre pytanie! Nobla mi za to!

K.C.H.: Bardzo trudny temat...

M.H.: Kasia ma silną potrzebę wygadania się. Czasami jest to bardziej,  a czasami mniej zasadne. Ale wiem,  że tak wygląda jej budowa emocjonalna i w niektórych momentach jest bardziej ekspresyjna. Wtedy staram się  jej wysłuchać, usuwam się w cień.

K.C.H.: Mam tendencję do wyolbrzymiania. Kilka razy dziennie przeżywam koniec świata. Zdarza się, że przed zaśnięciem wyrzucam z siebie wszystkie żale i lęki, zasypiam, a Marcin w milczeniu trawi to przez resztę nocy. Potem, rano, gdy go pytam, czemu jest niewyspany, patrzy na mnie  z politowaniem: „Zgadnij? Nie spałem przez ciebie!”. (śmiech)

Czyli bywają między Wami małe spięcia...

K.C.H.: Kiedy człowiek przestaje się kłócić, to znaczy, że już mu nie zależy. U nas schemat jest zawsze taki sam:  ja mówię, Marcin słucha, on dąży do ugody, ja na początku stawiam opór,  a potem o wszystkim zapominam.

Czy Ty przypadkiem nie jesteś pantoflarzem?

M.H.: Nie czuję się pantoflarzem, ale też nie uważam, żeby to było coś złego. Każdy facet powinien dbać o dobrostan swojej kobiety. I nie oznacza to,  że jest pantoflarzem, tylko raczej dżentelmenem. Poza tym ja się realizuję  – mam superżonę, dzieci, fajną firmę. Nie walczę za wszelką cenę o swoje racje, dążę raczej do kompromisu.

K.C.H.: U nas o wszystkim się rozmawia. Zdanie Marcina jest dla mnie  bardzo ważne, uważam go za swojego najlepszego przyjaciela, z którym  przegaduję każdą decyzję. Wiem,  że on jest bardziej zdystansowany, wyważony. Ja przez swoją emocjonalność działam spontanicznie. Poza tym prowadzi swój biznes, jego firma Hakiel Akademia Tańca ma już pięć placówek. Zna się na tym, co robi.

Jeszcze kilka lat temu po wyjściu  z tej restauracji pewnie spotkali- byśmy tłumy paparazzi, którzy chcieliby zrobić Wam zdjęcie.  Dzisiaj nie jesteście już na pierwszej linii popularności. Lepiej się  z tym czujecie?

K.C.H.: Zdecydowanie. Możemy  w pełni skupić się na nas, na rodzinie.  A przede wszystkim na kolekcjonowaniu pięknych chwil. Wcześniej, zamiast cieszyć się tym, że jemy obiad  w dobrej restauracji albo spacerujemy po parku, zastanawialiśmy się, czy zaraz ktoś nie dopisze do tego jakiejś historii. Jak zostanie skomentowany mój dres albo brak makijażu? Teraz  jesteśmy sobą.

Te trudne chwile Was do siebie zbliżyły? W mediach już kilka  razy się rozwodziliście, Marcin wyprowadzał się do rodziców...

M.H.: My nie żyjemy dla artykułów, tylko dla siebie. Przez lata byliśmy barwnie opisywani przez plotkarskie media, dlatego z ostrożnością podchodzimy do każdego wywiadu, wspólnej sesji. Dzisiaj dużo rzadziej rozmawiamy z dziennikarzami, chociaż w tym momencie brzmi to dziwnie. (śmiech) Z tobą znamy się już długo, możemy sobie zaufać.

Na pewno macie też do tego więcej dystansu – na Instagramie pokazujecie dużo prywatności.

K.C.H.: Instagram to narzędzie, dzięki któremu mogę sama decydować, czym chcę się podzielić z moimi fa- nami, a co zostawić tylko dla siebie. Zawsze przejmowałam się opinią publiczną, chociaż z biegiem lat staram się nabierać do niej zdrowego dystansu. Bałam się, jak hejt wpłynie na moją pracę. Wizerunek w zawodzie, któ- ry wykonuję, jest bardzo ważny. Jeśli ktoś mnie bezpodstawnie oczernia, muszę się liczyć z konsekwencjami, czyli brakiem pracy. A ta jest mi potrzebna, żeby zapewnić byt mojej  rodzinie.

M.H.: Na szczęście jest jeszcze moja  firma, która pozwoliła nam się trochę uniezależnić od kapryśności show-biznesu.

K.C.H.: To daje duży komfort psychiczny.

Mówicie o zmęczeniu popularnością, ale nigdy nie daliście się porwać tej machinie? Nie zachłysnęliście się sławą?

M.H.: Był taki moment, kiedy poczuliśmy się... przyjemnie.

K.C.H.: Zawsze lepiej być u góry niż na dole. Ale kij ma dwa końce. Za popularność trzeba płacić, często wysoką cenę.

Wam udało się zachować sympatię, wciąż jesteście bardzo lubiani.

M.H.: Może dlatego, że nie kalkulujemy, nie udajemy kogoś, kim nie jesteśmy? Pamiętam, jak zrobiono nam  kiedyś sesję do jednej z gazet. Miała  się ona odbyć w zwyczajnej scenerii, tymczasem przewieziono nas do luksusowej willi. Nigdy wcześniej w takiej nie byliśmy! Wnętrze zupełnie do nas nie pasowało, ale fotograf zapewnił,  że ważniejsze jest tutaj odpowiednie światło. Kiedy zobaczyliśmy w gazecie efekty jego pracy, byliśmy w szoku. Zdjęcia, owszem, były piękne, za to tytuł „Kasia Cichopek z mężem w nowym domu” zwalił nas z nóg.

K.C.H.: Staram się żyć normalnie,  pracę w show-biznesie zostawiam  za drzwiami domu. Zastanawiam się nad tym, co kupuję, mam swoje codzienne problemy i nie mieszkam  w domu ze złotymi klamkami.

A dzieci? Od lat konsekwentnie  odmawiacie wspólnych sesji.

M.H.: Ostatnio powiedziałem Adasiowi, żeby nie zakładał konta na Instagramie...

Boicie się o niego?

K.C.H.: Nie, ale chcemy go jak najdłużej chronić przed social mediami. Jak będzie starszy, sam podejmie decyzję. Hejt potrafi być miażdżący, szczególnie dla młodego człowieka.

Jak Wasze dzieci traktowane są przez rówieśników?

M.H.: Normalnie, raz tylko Adaś  usłyszał od kolegi w przedszkolu, że  widział, jak jego mama całuje się  z innym. (śmiech)

K.C.H.: Musiałam mu wytłumaczyć, na czym polega granie w serialu, zabrałam go nawet na plan. Zrozumiał  i jest OK.

M.H.: Poznał też twojego drugiego  męża, to znaczy pierwszego, bo z nim wcześniej wzięłaś ślub. (śmiech)

Marcinie, czy Ty kiedykolwiek  byłeś zazdrosny o sukcesy Kasi?

M.H.: Przyznam, miałem taki moment, na początku, kiedy Kasia była  u szczytu popularności, a ja dopiero zakładałem firmę. Myślę, że jeśli facet mówi, że nie czuje się z tym źle, że jego żona odnosi kolejny sukces, a on zalicza porażki, mija się z prawdą. Albo  nie jest ambitny i ma inne podejście do życia.

Kasiu, pomagałaś Marcinowi się  z tym zmierzyć?

K.C.H.: Powiedział mi o tym dopiero po jakimś czasie. Marcin tłumi wszystko w sobie, jest raczej skryty. To, że  podołał, świadczy o jego męskości.  Myślę, że niejeden facet by po prostu wymiękł.

M.H.: Zawsze starałem się być obok Kasi, wspierać ją. Nauczyliśmy się  tworzyć tandem.

K.C.H.: I gramy do jednej bramki...

Czyli częściej myślicie „my”  niż „ja”.

K.C.H.: Oj, zdecydowanie, bo stanowimy jedność.

Jak chcielibyście żyć za 10 lat?

M.H.: Marzymy o świętym spokoju. (uśmiech) Chcielibyśmy dalej realizować swoje zawodowe pasje, spędzać czas z rodziną...

K.C.H.: I żeby dzieci, które wtedy będą już pewnie żyć własnym życiem, miały poczucie, że daliśmy z siebie wszystko jako rodzice.

M.H.: Tak. Że wychowaliśmy ich na szczęśliwych, pewnych siebie ludzi.

K.C.H.: A to, że my będziemy się wtedy opalać na plaży w Meksyku, to szczegół! (śmiech)