GALA: Przed naszym spotkaniem próbowałem znaleźć w internecie  negatywne wpisy na Twój temat...

Katarzyna Dowbor: Zaczynasz z grubej rury! (śmiech)

Ale niczego nie znalazłem. Ludzie Cię nie hejtują, powiem więcej:  za każdym razem piszą o Tobie dobrze i miło.

A kto hejtowałby starszą panią?! (śmiech) Czasami tylko na mnie krzyczą, ale bywa, że mają rację. Nie mam w sobie fałszywego przekonania, że przez to, czym się zajmuję, jestem lepsza od innych. Pamiętam taką sytuację: razem z kierowcą z programu „Nasz nowy dom” wracamy z planu  i oboje bardzo spieszymy się do domu. W pewnym momencie zajeżdżamy drogę jakiemuś panu. Ten wyskakuje  z samochodu i krzyczy: „Jeżeli wydaje się panu, że może się wpychać przede mną, bo uważa się pan za kogoś lepszego, to...”, pomstuje mężczyzna.  W tym samym momencie zauważa,  że na tylnym siedzeniu siedzę ja, i się reflektuje: „A, rozumiem, pani to jest lepsza ode mnie!”. Przeprosiłam go za zachowanie mojego kierowcy i powiedziałam, że nikt tu nie jest lepszy czy gorszy. Wszyscy jesteśmy tacy sami.

Ale Ciebie jest za co podziwiać:  35 lat w telewizji – z małymi przerwami – nieustająco na fali wznoszącej. Czujesz się ikoną?

Jestem szczęśliwa, bo został mi raptem rok do emerytury... (śmiech)

Ty myślisz o emeryturze? Żart!

Show-biznes jest jak pole minowe.  To trudny kawałek chleba. Dlatego  cieszę się, że przez 35 lat udało mi się zachować względną stabilizację. Czy czuję się ikoną? Wiesz, to słowo jest ograniczające. Sugeruje, że właściwie pora już umierać, a ja chciałabym jeszcze pożyć i zrobić coś fajnego.

Jestem raczej dinozaurem tego zawodu. Przeżyłam wielkie sukcesy, ale też zaliczałam bolesne upadki. Udaje mi się jednak utrzymywać względny constans, bo pracuję z pasją.

Moja telewizyjna mama, Edyta Wojtczak, której tak wiele zawdzięczam, mówiła mi: „Pamiętaj, kamera jest jak rentgen i pokazuje,  czy pracujesz z pasją. Widz zawsze  rozszyfruje, co jest szczere, a co nie”.

Mam wrażenie, że porażki zawodowe nigdy Cię nie pokonały.

Nie należę do osób, które potrafią żywić do kogoś urazę.

Kiedy zwalniano mnie z TVP, było mi przykro. Nie dlatego, że dostałam wypowiedzenie, ale z powodu sposobu, w jaki to zrobiono. Nieładnie, nieelegancko. Byłam z siebie dumna, że się nie rozpłakałam,  gdy ówczesny szef wręczał mi papier, mówiąc, że nie ma tu dla mnie miejsca. W gardle rosła mi gula, ale przysięgłam sobie, że nie dam mu tej satysfakcji. Poryczałam się dopiero, kiedy wyszłam na zewnątrz i spojrzałam  na budynek TVP. W końcu przez 30 lat to był mój drugi dom.

Najgorsze w tym wszystkim było poczucie niesprawiedliwości, bo gdybym jeszcze zrobiła coś złego, mogliby mnie ukarać, a tak? No ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dwa miesiące później trafiłam na casting „Naszego nowego domu”, który wygrałam.

Ciągle się uśmiechasz, jesteś  zadowolona z życia...

A ty nie jesteś?

Jestem!

No właśnie. To kwestia charakteru.  Po mamie odziedziczyłam pogodne usposobienie. Mama wychowywała się sama we Francji, bo na wojnie straciła rodziców. Było jej naprawdę ciężko,  ale nigdy nie narzekała. I ja także nie uprawiam cierpiętnictwa. Kiedy łapię przysłowiowego doła, niczym Scarlett O’Hara żartuję, że jutro przecież też jest dzień i wszystko musi się udać.

Jak wypracowuje się taki spokój ducha?

Zawsze mam plan B. Gdy odchodziłam z TVP, wymyśliłam, że będę prowadziła pensjonat i hodowała konie, które uwielbiam. Poczucie, że ma się coś jeszcze, jakiegoś asa w rękawie, sprawia, że człowiek inaczej się zachowuje. Nie ma sytuacji bez wyjścia.  Gdy woda wdziera się na statek, którym płyniemy, to łapiemy za wiaderko i staramy się ją wylać za burtę, nie rozkładamy rąk i nie mówimy: „No nie wiem, co mam zrobić”.

Mądrość, którą masz, powinna  wynikać z różnych trudnych  doświadczeń. A ja mam wrażenie, że Ciebie los rozpieszcza.

To kwestia zdrowego rozsądku.  I przyzwyczajeń wyniesionych z rodzinnego domu. Jako optymistka rzadko się denerwuję. Jeśli już, równie szybko jak się zapalam, gasnę. Te wybuchy bywają męczące dla moich współpracowników, ale z wiekiem  pojawiają się coraz rzadziej. No i... krzyk jest bardziej stonowany!

Potrafisz komuś dokopać?

Tak, bo nie umiem żywić urazy dłużej niż 10 minut. Wolę powiedzieć,  co myślę, i sytuacja sama jakoś się  rozwiązuje.

Dużo od siebie wymagasz?

Czasami za dużo, niestety. Wynika to z moich przeżyć z dzieciństwa.

Zawsze byłam inna – ruda, piegowata. Inna.  A inność, zwłaszcza wśród dzieci, budzi agresję. Ile ja się napłakałam  z powodu tych rudych włosów, które odziedziczyłam po babci. Marzyłam, by być banalną blondynką i nie wyróżniać się z tłumu. Jednak im człowiek jest starszy, tym więcej rozumu nabiera. Dziś wiem, że ta inność stała się moim największym atutem, który  pomógł mi w karierze telewizyjnej.

W telewizji trzeba się czymś  wyróżniać.

Ślicznych blondynek były tysiące,  a ruda – niefarbowana – tylko jedna!

Jak Polacy skonfrontowali się  z Twoją innością? Pamiętam,  że wyróżniałaś się nie tylko wy- glądem, ale też nowoczesnym sposobem prowadzenia programów. Zapowiadałaś je inaczej niż większość dziennikarek – stojąc i bezpośrednio zwracając się do widza.

Podpatrzyłam to w którejś niemieckiej telewizji. Byłam młoda, temperamentna i niesforna, a spikerki musiały siedzieć sztywno, co strasznie mnie nudziło. Wymyśliłam, że będę zapowiadać programy na stojąco, i szybko zostałam wezwana do dyrektora  na dywanik, by się wytłumaczyć. Wszystkich szokowało, że ruda, piegowata dziewczyna stawia warunki, zamiast cieszyć się, że ktoś pozwolił jej wejść między te piękne, doskonałe dziennikarki, takie jak Krysia Loska czy Bogusia Wander. (śmiech)

Pożałowałaś kiedyś swojej buty?

Nie, Edyta Wojtczak mówiła mi:  „Nie udawaj małej, pięknej blondynki, nigdy nią nie będziesz”. Mnie się ten autentyzm opłacił, bo w końcu przestano się mnie czepiać.

Nie masz wrażenia, że byłaś  papierkiem lakmusowym nowej  telewizji? Sporo ryzykowano, dając Ci szansę.

Wielka w tym zasługa Edyty. Dopiero po latach dowiedziałam się, że o mnie walczyła. Wymyśliła, że nauczy mnie zawodu, wychowa, i robiła to z własnej nieprzymuszonej woli. Przychodziłam do niej na dyżury i godzinami ćwiczyłyśmy dykcję, sposób zachowania przed kamerą. Ona wpuściła mnie na antenę na własne ryzyko.

Telewizja wyleczyła Cię z kompleksów?

Najpierw pomógł mi sport. Chciałam udowodnić, że potrafię być najlepsza mimo tego, że jestem inna. W liceum uprawiałam żeglarstwo, grałam  w siatkówkę, jeździłam na nartach.  Zawsze musiałam to robić najlepiej  ze wszystkich.

Uważam, że człowiek mający kompleksy powinien znaleźć sobie jakieś zajęcie, w którym będzie się spełniał w stu procentach, bo w ten sposób uratuje swoją psychikę.

Inność sprawiła, że szybko stałaś się rozpoznawalna.

Wszystko zaczęło się od programu „Studio Lato”. To był pierwszy w Polsce show telewizyjny, emitowany  od czerwca do września, codziennie przez dwie godziny. Polacy oglądali wtedy dwa kanały, więc mieliśmy  ponad 70-procentowy udział w rynku. Nagle okazało się, że ludzie zaczynają mnie rozpoznawać na ulicy, co miało swoje dobre, ale też i złe strony.

Już wtedy zachowywałaś zdrowe podejście do popularności, nie upajałaś się nią.

Bo wiem, że bywa ulotna. Mam w sobie dużo pokory, której czasem brakuje młodym dziennikarzom.

Ale dzięki sukcesom uwierzyłaś  w siebie.

Oj tak. Zrozumiałam, że potrafię być w czymś dobra. Codziennie wkładałam w pracę dużo serca, byłam w stu procentach zaangażowana. I to przyniosło efekty.

Prymuska?

Może to złe słowo, kojarzy się ze szkołą, a ta nigdy nie była moim priorytetem. Raczej kobieta z pasją.

Twoją wielką pasją są też konie.

je równie mocno jak ludzi. Jestem córką biologa, który zajmował się pająkami i motylami. W naszym rodzinnym domu zawsze było dużo zwierząt. Dzieci z podwórka myślały, że tata jest weterynarzem, i przychodziły do niego z pieskiem potrąconym przez samochód albo gołębiem, któremu uszkodziło się skrzydło. Sama mam w domu dwa psy: jacka russella Pepe i Benia, berneńskiego psa pasterskiego, oraz jednego na przechowaniu, Lunkę. Poza tym są dwa koty: Yeager, maine coon, i słodka znajda Fiona.

Zwierzyniec! Ale wróćmy do koni.

Jest 28-letnia staruszka Rodezja, która została jedną z bohaterek książki „Stajnia pod tęczą”, napisanej wspólnie z moim przyjacielem Marcinem Koziołem o zwierzątkach. Oraz Surma, hucułka, która jest niezłą rozrabiarą, ale ma dobre serce.

Kiedy ostatnio do Ciebie dzwoniłem, mówiłaś, że wstałaś do koni  o piątej rano. Ty tak codziennie?

No może... o szóstej! (śmiech) Czerpię ogromną radość z opieki nad nimi. Mamy wspaniałą relację – jeździmy po lesie, rozmawiamy, jesteśmy  szczęśliwi.

I znów: pasja!

Pasja jest najlepszym zastrzykiem pozytywnej energii. Kim byśmy byli bez niej?

Pasja ratowała Cię przed tym,  by przez 35 lat pracy w telewizji nie popaść w rutynę?

Dziennikarzom telewizyjnym nie  grozi poczucie powtarzalności, bo codziennie robią coś innego. Przez wiele lat prowadziłam program „Apetyt  na zdrowie” i wiele innych. Za każdym razem odwiedzałam inne miejsce  w Polsce, poznawałam ciekawych  ludzi, musiałam przygotowywać się do rozmów ze swoimi gośćmi.

Na planie „Naszego nowego domu” też nie można się chyba nudzić?

Nie, i to jest wspaniałe. W telewizji każdy program jest dla dziennikarza jak nowe życie. Raz trzeba wstawać  o piątej rano, innym razem wyjeżdżać na cały miesiąc albo zarywać noce. Ten „płodozmian” sprawia, że nie można się nudzić.

Ale też nie pomaga w unormowaniu życia prywatnego, bo odbiera to, co najważniejsze: czas i poczucie stabilizacji.

To kwestia dobrej organizacji i szczęścia do ludzi. Ja je mam. Gdy moja córka Marysia była mała, korzystałam  z pomocy zaufanych opiekunek. Nigdy się nie zawiodłam, bo były lojalne.  Do dzisiaj bardzo się wspieramy, a ja traktowałam i traktuję je jak członków rodziny. Agnieszka, z którą poznałyśmy się w ośrodku jeździeckim, pomaga mi zajmować się zwierzętami, z kolei pani Jola – prowadzić dom, kiedy wyjeżdżam.

Moja synowa Joasia często powtarza: „Mamo, jak to jest, że do ciebie lgną dobrzy ludzie?”.  Sama nie wiem!

Nie bałaś się zostawiać małej  Marysi z obcymi kobietami?

Nie, Marysia wiedziała, dokąd jadę  i kiedy wracam. Tęsknota oczywiście się pojawiała, ale obie wiedziałyśmy, że muszę pracować, by zarobić na nasze życie. I tak pracowałam mniej  niż wtedy, gdy Maciek był mały.

Razem z Marysią zamieszkałaś  z dala od Warszawy.

Od lat mieszkam poza Warszawą, wśród pól i lasów. Lubię energię miasta, bo pasuje ona do mojego tempe- ramentu. Ale spędzając całe dnie na planie wśród ludzi, marzę, by usiąść na swoim tarasie, razem ze zwierzakami, i się wyciszyć. Dom, w którym teraz siedzimy, to moja dziupla, do której uciekam, gdy świat zaczyna  mi doskwierać!

Chodzisz po lesie, uprawiasz  warzywa, pielęgnujesz kwiaty?

Tak. Maluję też płot, koszę trawę,  sadzę kwiaty. Kocham pelargonie  i lobelie. Mam ich dużo. Sąsiedzi też pielęgnują ogródki, nie chcę odstawać!

Masz na to czas?

Można powiedzieć, że pracuję w systemie zmianowym. Dwa tygodnie  na planie, a potem tydzień wolnego. Chociaż trudno to nazwać wolnym,  bo wtedy muszę nadrobić zaległości  w domu. Zajmuję się też końmi, psami.

Sąsiedzi traktują Cię już jak  swoją?

Są wspaniali i pomocni, ale też dyskretni. Pamiętam tylko, jak na początku, gdy się tu przeprowadziłam, odwiedziła mnie córka jednego z nich i zapytała: „To pani jest Dowbor?”.  Zażartowałam: „Nie, wszyscy mówią, że jestem do niej podobna”. (uśmiech)

Tworzycie małą społeczność?

Na pewno. Na przykład wczoraj Marysia, przemiła sąsiadka mieszkająca  tuż obok, pomagała mi szukać mojego kota, który gdzieś się oddalił. O 23 chodziłyśmy razem po okolicy, wołając „Yeager!”. Okazało się, że miał problemy z żołądkiem i skulił się na końcu ogrodu.

Długo zajęło Ci znalezienie tego domu?

To był przypadek. Wcześniej mieszkałam już w tych okolicach, ale marzył mi się typowy polski dworek. Jeśli nie stary, do remontu, to nowy, stylizowany. Wiedziałam, że moja znajoma, Magda, ma właśnie taki dom i bywa  w nim sporadycznie, bo na co dzień żyje w Warszawie. Brak prawa jazdy utrudniał jej komunikację. Pewnego dnia, w drodze ze stajni, postanowiłam tu przyjechać. Po cichu liczyłam, że może uda mi się akurat zastać Magdę i zrobię jej niespodziankę. Zapukałam do drzwi i... okazało się, że jest!  To była późna jesień. Za oknem szaro, ja przemarznięta po wizycie u koni... Zobaczyłam palący się w kominku ogień, a mój Pepe wbiegł do środka  i od razu usiadł na kanapie. „To co,  Pepe, zostajemy?”, zapytałam w żartach. Magda uśmiechnęła się, a ja dodałam: „Mój pies już wybrał. Chce  tutaj zostać. I ja też!”. Kilka miesięcy później Magda dała się namówić  na sprzedaż domu.

To Twój kolejny dom w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Przywiązujesz się do rzeczy? Czy wprowadzając się do nowego miejsca, kupujesz meble i urządzasz je  od początku?

Uwielbiam urządzać domy i są takie rzeczy, które ze sobą zabieram zawsze, ale bardzo dużo też zostawiam. W jednym z domów pani kupująca zażyczyła sobie mój ulubiony antyczny stół  i krzesła, piękne eklektyki. Nie było wyjścia, zostały w starym domu. Jednak uważam, że konkretne przedmioty pasują do określonych wnętrz i czasem lepiej kupić coś nowego. Mam jednak kilka rodzinnych pamiątek,  na przykład portrety rodzinne pradziadków z 1901 roku, które wędrują razem ze mną.

Nowy dom, nowa energia?

I nowe życie, pomysły et cetera. Uważam, że ludzie, którzy czują się przybici, wypaleni, powinni coś zmienić,  na przykład pracę, mieszkanie. To naprawdę dobrze robi i dodaje poweru.

Marysia pomagała Ci urządzać  ten dom?

My jesteśmy różne. Ona to typ intelektualistki, której nie interesują rzeczy doczesne. Świetnie się uczy, ma zamiar studiować w Wielkiej Brytanii. Od przestawiania mebli albo wybierania koloru ścian woli wystawy w galeriach sztuki.

Macie przyjacielską relację?

Moim zdaniem mama powinna  mieć trochę autorytetu i pomagać dziecku w podejmowaniu decyzji.  Nie jestem autorytarna, nie narzucam swojego zdania, raczej pokazuję różne rozwiązania i pozwalam się Marysi uczyć na swoich błędach. 

W przypadku Maćka było trochę  inaczej, może dlatego, że to chłopak? Byłam bardziej wymagająca, nawet czasami ostra. Zdarzało mi się powiedzieć: „To moja decyzja i nie dyskutujemy”. Przy Marysi zmiękła mi rura, jak mówią młodzi. Maciek czasami wytyka mi, że na za dużo jej pozwalam, ale mam wrażenie, że ona tego nie wykorzystuje.

Jaką kobietą jest Marysia?

Zrównoważoną i racjonalną. Uczę się tego od niej. Czasem mam wrażenie, że duchem jestem młodsza od niej! (śmiech)

Maćka urodziłaś, mając 19 lat,  Marysię późno, bo w wieku 40 lat. Czym różni się wczesne macierzyństwo od późnego?

Do bycia rodzicem trzeba dorosnąć.

Kiedy na świecie pojawił się Maciek, nie umiałam zrezygnować z niektórych wyzwań zawodowych.

Byłaś na innym etapie kariery.

No właśnie. Wymagano ode mnie  ciągłej dyspozycyjności, a ja, jako  młoda dziennikarka, nie mogłam  się stawiać...

Dzięki temu Maciek chodził z Tobą na dyżury do telewizji i mógł obserwować pracę najlepszych dziennikarzy.

Czasami bywał ze mną na montażu, ale wtedy nie lubił telewizji.

Dzisiaj sam jest świetnym dziennikarzem.

On zawsze podążał własnymi drogami i nie chciał korzystać z nazwiska mamy. Podczas kursu przygotowawczego na dziennikarstwo podpisał swoją pracę „Jan Kowalski” – w obawie przed zarzutem nepotyzmu.

Wczoraj moja przyjaciółka, przeglądając mój kalendarz, zauważyła wpis „Dowbor”. Zapytała mnie,  czy widzę się właśnie z Maćkiem,  a nie z Katarzyną.

Bardzo się cieszę. Uważam, że on już wypracował sobie nazwisko, pozycję. W tej chwili to Maciej Dowbor, a nie syn Katarzyny Dowbor. Jestem z niego dumna, bo widzę, że naprawdę włożył mnóstwo pracy w to, by być w tym miejscu, w którym jest teraz. Przez ostatnie osiem lat dojrzał, ma doskonały warsztat.

Wobec Marysi jesteś mniej  krytyczna. Z czego to wnika?

Damian, ja łagodnieję na starość... (śmiech)

I dzięki temu w Twoim towarzystwie ludzie zawsze tak dobrze się czują. Marysia lubi ten czas, kiedy jesteście tylko we dwie?

Mimo różnicy charakterów mamy  też trochę wspólnego. Obie na przykład uwielbiamy narty.

Marysię nazwisko nobilituje czy peszy?

Mam wrażenie, że w kręgach uniwersyteckich, w których się obraca, dużo ważniejsze jest to jej ojca. Oboje uznaliśmy, że Marysia będzie miała podwójne nazwisko.

W Waszej rodzinie spotykają się trzy różne pokolenia. Jak nadążasz za światem swoich dzieci?

Jest jeszcze czwarte pokolenie: moja wspaniała wnuczka Janeczka! Staram się być na bieżąco z nowinkami, ale za nimi nie pędzę. Konto na Facebooku założyłam ze względu na pracę, a nie tylko dla przyjemności. Nie ma we mnie jakiegoś sprzeciwu wobec nowoczesności, ja się jej przyglądam i z nią oswajam. Marysia czasem żartuje, że że mogłabym jakiś przelew zrobić szybciej. A ja wtedy odpowiadam: „Spokojnie, mam swoje tempo”.

Ale posługujesz się na przykład mapą Google’a...

(śmiech) Jeśli dokądś jadę, najpierw sprawdzam trasę na mapie papierowej, a potem wstukuję w nawigację. Serio!

Lubisz swój wiek?

Wiesz, chciałabym mieć figurę 20-latki i umysł taki jak dziś. Ale jestem przeciwniczką cofania się w czasie  i rozpamiętywania przeszłości. Żyję tu i teraz, z nadzieją patrząc, co jeszcze przede mną.

Ale wnioski z przeszłości umiesz wyciągać.

Bardzo się pilnuję, by nie popełniać błędów, które już popełniłam. Chociaż wszystko w życiu jest po coś...

Co poczułaś, gdy pierwszy raz  usłyszałaś „babciu”?

Kiedy urodziła się Janeczka, powiedziałam, że nie chcę, by mówiła  do mnie „babciu”, bo jest to dla mnie trudne. Wymyśliłam „bunię”, ale  gdy pierwszy raz Janeczka nazwała mnie babcią, uznałam, że nie będę protestować.

Jesteś nowoczesną babcią?

Zapracowaną, więc pewnie nowoczesną. Chociaż jak każda babcia staram się rozpieszczać swoją wnuczkę. W domu nie je słodyczy, ale u babci  już tak. (śmiech)

Pieczesz jej ciasta? Mnie babcia kojarzy się na przykład z obłędnym drożdżowcem.

A w życiu! Ja nie umiem gotować. (śmiech) Dlatego chodzimy z Janeczką do dobrych restauracji!

Myślisz o tym, jak będzie wyglądało życie na emeryturze?

Jeszcze rok, jeszcze rok! (śmiech)  Tak serio, chciałabym dalej pracować, bo bardzo to lubię. Ale mniej intensywnie, w końcu mam już 60 lat. Od pięciu robię program, który eksploatuje mnie fizycznie i psychicznie. Może uda mi się znaleźć coś, co pozwoli mi trochę zwolnić i dalej pielęgnować  pasję, jaką jest telewizja.