GALA: Czuje się Pani zawstydzona swoją urodą?

KATARZYNA GLINKA: Nie myślę o sobie w taki sposób. A poza tym, kiedy wstaję wcześnie rano, wcale nie jest tak dobrze, jak się pani może spodziewa (śmiech). Kiedy kobieta po 30 budzi się bladym świtem, bywa różnie i często jest się do czego przyczepić (śmiech).

GALA: A kiedy bywa najgorzej? O 4 nad ranem, kiedy zrywają Panią na plan zdjęciowy, czy po butelce czerwonego wina?

KATARZYNA GLINKA: Po czerwonym winie jest najgorzej, choć wieczorem miło się je pije (śmiech). To jest zabawne, bo kiedy bardzo intensywnie pracuję i do tego jeszcze krótko śpię, wyglądam, o dziwo, OK. Za to kiedy nadchodzi ten wymarzony dzień, gdy mam wolne i mogę się wyspać, wtedy jest dramat. Wstaję i wyglądam, jakbym przerzuciła ciężarówkę węgla.

GALA: Dużo usłyszała Pani komplementów?

KATARZYNA GLINKA: Trochę… (śmiech).

GALA: Który Panią poraził oryginalnością?

KATARZYNA GLINKA: To było dawno temu. Któregoś dnia szłam ulicą i przyglądałam się wystawie sklepu z butami. Nagle jakiś mężczyzna klęknął przede mną i powiedział, że jestem jego boginią. Zawstydziłam się i uciekłam, ale zrobiło mi się miło. Miałam wtedy 24 lata i komplementy mnie peszyły.

GALA: Teraz ma Pani 32 lata. Z wiekiem fizyczność ma dla pięknej kobiety coraz większe czy coraz mniejsze znaczenie?

KATARZYNA GLINKA: Coraz mniejsze. Z wiekiem zwiększa się świadomość siebie, swoich walorów, a to dodaje siły. Mam poczucie, że teraz jestem odważniejsza, czuję się bardziej ośmielona. Pamiętam, kiedyś miałam dużo większe kompleksy.

GALA: Brzmi paradoksalnie.

KATARZYNA GLINKA: Wiem, ale naprawdę jako dwudziestoparolatka miałam dużo więcej różnego rodzaju zahamowań niż teraz.

GALA: Bo zakładała Pani, że mężczyźni będą uważali, że jeśli ładna, to głupia?

KATARZYNA GLINKA: Nigdy nie przejmowałam się tym, co mówią o mnie mężczyźni. Myślę, że te zahamowania były wynikiem nieświadomości siebie i braku poczucia własnej wartości. Teraz wiem, że z wiekiem każda z nas poznaje siebie, i w rezultacie ma większy dystans do świata. Poza tym bardziej rozumiemy mężczyzn i wiemy, jak sobie z nimi radzić (śmiech). Pamiętam, że 10 lat temu byłam dużo bardziej wstydliwa, nieśmiała, niepewna. Trudno mi było pokazać światu, że coś potrafię, że jestem coś warta. Chowałam się w sobie.

GALA: Co było przełomem?

KATARZYNA GLINKA: Chyba 30. urodziny. Coś się we mnie zmieniło, poukładałam się wewnętrznie, a może po prostu oswoiłam samą siebie. Nabrałam dystansu. Mam świadomość swoich wad, swoich zalet i ograniczeń, których już nie przeskoczę. To oczywiście nie znaczy, że dziś na zdjęciach próbnych zawsze wypadam dobrze, ale mniej się tym denerwuję… (śmiech).

GALA: Czuje Pani czasami lek przed upływajacym czasem?

KATARZYNA GLINKA: Szczerze mówiąc, nie. Do tej pory mam absolutny niedosyt grania, ponieważ jestem obsadzana w rolach naiwnych, słodkich, młodych dziewczyn. Dlatego odnoszę wrażenie, że moja fi zyczność hamuje rozwój aktorski. Uważam, że kobiety z wiekiem stają się bardziej interesujące. Moja ulubiona aktorka Meryl Streep jest oczywiście obdarzona wielkim talentem, jednak z wiekiem jej role były coraz lepsze, coraz bardziej mięsiste, intensywne. Dlatego czekam na chwilę, kiedy będę mogła wcielić się w rolę dojrzałej kobiety... Odpowiadając na pani pytanie, nie czuję lęku przed upływającym czasem, bo nie mogę się doczekać tego, co przyniesie. GALA: Ile Pani miała lat, kiedy wyszła za mąż? 27.

GALA: Uznała Pani, że w parze lepiej się będzie Pani żyło?

KATARZYNA GLINKA: Byliśmy razem już od kilku lat, mieszkaliśmy ze sobą i byliśmy przekonani, że chcemy wejść w kolejny etap związku. Obserwowaliśmy swoich znajomych i ich kilkuletnie związki na kocią łapę, które się rozpadały. Pomyśleliśmy, że nie będziemy ryzykować… (śmiech). Oczywiście wiem, że małżeństwo to nie recepta na trwały związek, ale dla nas było wzajemną deklaracją, że będziemy dbać o to, co stworzyliśmy, pielęgnować to. Nam małżeństwo wyszło na dobre.

GALA: Małżeński kompromis, który Panią kosztował duzo nerwów?

KATARZYNA GLINKA: Charakterologiczne dopasowanie się. Oboje jesteśmy dość impulsywni, mamy silne, wyraziste charaktery, to dla nas największe wyzwanie. Ale kiedy ludzie się kochają, to mogą góry przenosić.

GALA: Ciekawa jestem, jak Pani wygląda, kiedy się złości?

KATARZYNA GLINKA: Demonicznie (śmiech).

GALA: Czasem przechodzi Pani do akcji?

KATARZYNA GLINKA: Już nie (śmiech). Ale bywało różnie. Pamięta pani Penélope Cruz w „Vicky Cristina Barcelona”? Bardzo nam się ten film podobał. Jest tam scena, w której Penélope kłóci się ze swoim filmowym mężem. To ja!!! (śmiech). Pełna pasji, namiętności i krzyków, czysta furia. Zresztą to piękna, oscarowa scena.

GALA: Mąż nie narzeka w domu, że czas rodzić dzieci?

KATARZYNA GLINKA: Nie wyobrażam sobie życia bez dzieci, więc mam nadzieję, że wszystko przede mną. Przed nami.

GALA: Czym mąż Panią zdobył?

KATARZYNA GLINKA: Był bardzo tajemniczy i szarmancki. Mam wrażenie, że jest mężczyzną nie z tej epoki. Ma dwie cechy, które dla mnie są ważne: mocno stąpa po ziemi, a jednocześnie jest romantyczny. Tym ujął mnie na lata.

GALA: Pamięta Pani, jak wyglądał na pierwszej randce?

 

KATARZYNA GLINKA: Pamiętam nasz pierwszy wspólny wyjazd i koszulę, którą miał wtedy na sobie. Pomarańczowa w kratkę, z bawełny, z krótkimi rękawami, z kołnierzykiem. Zakochałam się w nim i w tej koszuli (śmiech). Do dzisiaj wisi w szafie jako pamiątka z przeszłości. Bardzo go w ogóle lubię w pomarańczowym.

GALA: Kiedy macie wolny czas, wszystko robicie razem?

KATARZYNA GLINKA: Nie. Oboje potrzebujemy dużo swojej przestrzeni i wzajemnie to szanujemy. Ale pewne rzeczy bardzo lubimy robić razem, np. podróżować po świecie... Najbardziej ekstremalna wyprawa? Chyba ta do Malezji. Przypłynęliśmy na przepiękną wyspę podziwiać rafę koralową i żółwie. Okazało się, że wszystkie hoteliki były zarezerwowane i zostały tylko drewniane szałasy kryte liśćmi palmowymi, a w nich był cały zwierzyniec. To było koszmarne przeżycie. Do dziś pamiętam, jak pierwszej nocy przebiegł mi po twarzy czterocentymetrowy karaluch, więc oczywiście już nie spałam, tylko przerażona siedziałam na łóżku. Do tego rozpętała się burza i przez liściasty dach lało się nam na głowy (śmiech). Spędziliśmy tam trzy noce. Chciałam pokazać mężowi, że jestem dzielna i wytrzymam.

GALA: I pokazała Pani. Co jeszcze robicie razem?

KATARZYNA GLINKA: Np. gotujemy dla przyjaciół, jeździmy na rowerach, zimą na nartach. Mamy też swoje osobne pasje, np. Przemek uwielbia jeździć na motorze, ja tego nie znoszę. Więc on jedzie sam, a ja w tym czasie idę pograć w tenisa czy squasha. Mogę też pójść do kosmetyczki albo spotkać się z koleżankami i poplotkować. Uwielbiam spotkania z dziewczynami.

GALA: Co to Pani daje?

KATARZYNA GLINKA: Uważam, że nikt tak dobrze nie zrozumie kobiety jak druga kobieta. Lubię rozmawiać z mężczyznami, ale prawdziwe babskie pogaduchy to zupełnie coś innego! Zwykle jest gwarno, głośno i bardzo wesoło. Dwie godziny można rozmawiać na jeden temat i nikogo to nie nudzi. Dla mnie te przyjaźnie są bezcenne.

GALA: Ile Was jest?

KATARZYNA GLINKA: Cztery. Znamy się jeszcze z liceum albo ze studiów. Łączą nas wspólne przeżycia, wylewane łzy, rozpadające się związki, ale też niesamowite radości. Wspieramy się. To są bardzo szczere i pozbawione zawiści związki.

GALA: Potrafi Pani cieszyć się życiem?

KATARZYNA GLINKA: Staram się czerpać z życia całymi garściami, ile się da. Myślę, że to wynika z mojego pozytywnego nastawienia. Nie marudzę, że muszę wstawać do pracy, że jest brzydka pogoda, że źle się czuję. Mam od rana pozytywną energię, włączam sobie muzykę w samochodzie i mówię do siebie: „Jaki dzisiaj piękny dzień, świeci słońce, mam tyle ciekawych rzeczy do zrobienia, mam pracę, którą lubię. Nie mogę narzekać!”. Życie jest zbyt krótkie, żeby z niego nie czerpać garściami. Czasem ten apetyt na życie prowadzi w ślepą uliczkę (śmiech). Ale myślę sobie, że wszystko, czego w życiu doświadczam, złe i dobre, jest moim bagażem, te doświadczenia uczą – tak uważam – że wszystko dzieje się po coś!

GALA: Pierwsza osoba, do której Pani dzwoni, kiedy się cieszy albo martwi?

KATARZYNA GLINKA: Dzwonię do męża i do mamy. Mama jest osobą, która bezgranicznie mnie kocha, nigdy nie ocenia, nie krytykuje, niczego nie wypomina. Daje mi poczucie bezpieczeństwa i miłość absolutną. Myślę, że rodzicielstwo to jedna z najpiękniejszych ról, które wciąż jeszcze przede mną…

GALA: Po mamie odziedziczyła Pani...?

KATARZYNA GLINKA: Uśmiech. Ponoć mamy taki sam. Z charakteru jestem bardziej podobna do taty. Jestem córeczką tatusia. Upartą.

GALA: Jak wyglądał upór 18-letniej dziewczyny wyjeżdżającej z Dzierżoniowa?

KATARZYNA GLINKA: Kiedy miałam 17 lat, postanowiłam, że będę zdawać do szkoły teatralnej. Oczywiście najpierw zapisałam się na zajęcia teatralne, potem wyjechałam na warsztaty, aż w końcu pojechałam na wstępne egzaminy do Warszawy. Mój upór polegał na tym, że nie zrezygnowałam z celu, który sobie wyznaczyłam.

GALA: Rodzice odprowadzili Panią na dworzec?

KATARZYNA GLINKA: Tak, nawet wsadzili mnie do pociągu (śmiech). Niestety nie dostałam się za pierwszym razem, ale nie zwątpiłam w siebie, mimo że do szkoły zdaje 700 osób, a dostaje się 16. Zostałam w Warszawie, stwierdziłam, że będę się uczyć, przygotowywać i zdawać za rok do łódzkiej Filmówki. W Warszawie nie miałam nikogo: ani życzliwej cioci, ani przyjaciół. Byłam kompletnie sama. Wynajęłam pokój u pewnej pani i zorganizowałam sobie życie. Uczyłam się przez cały czas i nie skarżyłam się rodzicom przez telefon, że jest mi źle. Wytrwałam, bo bardzo chciałam się dostać do tej szkoły. Myślę, że pomogła mi wiara w to, że marzenia mogą się spełnić.

GALA: I nie musi Pani mieszkać w Dzierżoniowie?

KATARZYNA GLINKA: Ależ ja bardzo lubię Dzierżoniów i zawsze wracam tam z ogromnym sentymentem. Wiedziałam po prostu, że chcę być aktorką, a to wiąże się z życiem w dużym mieście. Rodzice, wychowując mnie, dawali mi dużą swobodę podejmowania decyzji, za co jestem im bardzo wdzięczna. Myślę, że to do dziś pomaga mi nie poddawać się i walczyć o siebie. Gdyby nie oni, nigdy bym nie wsiadła do tego pociągu i nie pojechała na egzamin do łódzkiej Filmówki.

GALA: A co wtedy by się stało?

KATARZYNA GLINKA: Zostałabym w domu z tymi marzeniami (śmiech). Wie pani, ja należę do osób, które nie potrafi ą usiedzieć w miejscu i mają tysiąc pomysłów na minutę. Na pewno wymyśliłabym coś dla siebie.

GALA: Pani życie zawodowe nie zawsze było usłane różami. Ma Pani za sobą lata harówki, pracy w cieniu.

 

KATARZYNA GLINKA: Najwyraźniej te lata harówki były mi potrzebne. Pracowałam wtedy w teatrze i zdobywałam warsztat.

GALA: Jest Pani gwiazdą „Tańca z gwiazdami”. Czy to jest moment, który pozwoli się Pani odbić na trampolinie sławy?

KATARZYNA GLINKA: Tego nie wiem. Czuję, że to dla mnie moment przełomowy. Z dziewczyny rodzi się we mnie kobieta. Mam okazję pokazać to w „Tańcu z gwiazdami” i po prostu to robię.