GALA: Kiedy wzdychała Pani do świętego Judy?

KATARZYNA GROCHOLA: Praktycznie niczym innym się nie zajmuję (śmiech), tylko bez przerwy do niego wzdycham o pomoc w mnóstwie spraw beznadziejnych. Moich prywatnych, moich przyjaciół, znajomych albo na przykład obwodnicy, którą ma przejeżdżać 34 tys. tirów na dobę, mającej biec na południe od Milanówka, czyli przez Stawisko, gdzie mieszkał Iwaszkiewicz, i gdzie jeszcze można spotkać sarny, kuropatwy i bażanty. Albo asfalciarni, którą pewien pan bardzo chce nam wybudować pod nosem, niszcząc gminę Radziejowice. Nie mogę zresztą używać słowa asfalciarnia, bo pan zagroził, że mnie poda do sądu. Chodzi o maszynę, która produkuje bitumiczną, mineralną nawierzchnię. Czyli dla głupich asfalt, dla mądrych bitumiczna i mineralna. Niektórzy myślą, że jak się komuś powie, że się upiło Johnnie Walkerem, a nie spirytusem, to będzie różnica w pijaństwie.

GALA: Dużo tych próśb. Faktycznie ma Pani wypróbowaną i skuteczną formułę?

KATARZYNA GROCHOLA: Trzeba się modlić i prosić. Całe moje życie jest dowodem na to, że św. Juda się mną opiekuje. Przypominają mi się pewne badania przeprowadzone w Ameryce, gdzie modlili się ludzie różnych wyznań, ale na swój sposób też ateiści. To było bardzo skomplikowane, pominę szczegóły, chodziło o zbadanie, jaka modlitwa działa najsilniej. Okazało się, że ta – niezależnie od religii – w której pojawiają się słowa: ,,Bądź wola Twoja”. Oddanie kontroli Panu Bogu działało najskuteczniej.

GALA: Złości się Pani, kiedy nic z ich pomocy nie wychodzi?

KATARZYNA GROCHOLA: Nauczyłam się, że nie zawsze dostajemy to, co chcemy, tylko to, co jest nam naprawdę potrzebne. Oczywiście czasami o tym nie pamiętam, ale jak już się tak trochę pozłoszczę na siebie, na świat, na los, to od razu sobie przypominam. Zresztą często korzystam też z pomocy świętego Antoniego od rzeczy zagubionych. Też jest świetny, choć podobno trochę przekupny. Moja córeczka, jak była mała, ciągle go o coś prosiła. Znała bardzo ładną modlitwę, polecam: ,,Święty Antoni Padewski, Obywatelu Niebieski, niech się spełni wola Twoja, niech się znajdzie zguba moja”.

GALA: Usłyszała Pani dzisiaj jakieś dobre słowo?

KATARZYNA GROCHOLA: O 9 rano na zajęciach z rehabilitacji. Przyjechałam na godzinę, jaką miałam zapisaną w notesie, która dziwnym trafem rozminęła się z tą, którą mieli zapisaną w przychodni. Rehabilitantka uznała, że spóźniłam się godzinę, i skomentowała to krótko: ,,Jeśli nadal chce pani chodzić na własnych nogach, to należy się sobą zajmować i o siebie dbać, bo jeszcze nie jest pani w tym wieku, żeby jeździć na wózku inwalidzkim”. Więc gdyby sformułowanie JESZCZE NIE JESTEM W TYM WIEKU potraktować jako komplement, to go dziś rano usłyszałam. Ale w tym tygodniu usłyszałam jeszcze komplement od pana Franka, który mi drewno przywozi. Ludzie chodzą na grzyby, a ja chodzę po polu i zbieram kamienie. Akurat ciągnęłam taczkę z kamieniami, kiedy on nadjechał. Popatrzył z niedowierzaniem w oczach i pokiwał głową: ,,Pani to ma krzepę! Ja bym tego nie dźwignął!”.

GALA: Zaintrygowała mnie Pani. Po co Pani gromadzi te kamienie?

KATARZYNA GROCHOLA: (śmiech) W celu posiadania... pięknych kamieni. Uwielbiam się nimi zajmować. Myję je z gliny, z której zostały wygrzebane, szczotkuję, głaszczę, żeby zajaśniały własnym blaskiem. Potem układam sobie przed domem i patrzę. Nie, niczego nie buduję, od razu uprzedzam! Ani murów, ani skalniaków. Po prostu leżą sobie u mnie w ogrodzie na kupie, a ja je podziwiam. Wczoraj trafi ły mi się czarne krzemienie z białą patyną, które wyglądają jak ludzkie kości udowe. I czerwono-pomarańczowy, prawdopodobnie granit, ale jeszcze takiego nie widziałam. Niedawno kupiłam sobie 18 ton – niech pani tak na mnie nie patrzy – to tylko niestety powierzchnia mniej więcej pięciu metrów kwadratowych. Bliscy pukali się w czoło, ale Boże drogi, jedni kupują kamienie w kolczykach, a inni w tonach. A od narzeczonego w prezencie dostałam wóz drabiniasty i już jestem szczęśliwa (śmiech).

GALA: Tęskni Pani za młodością?

KATARZYNA GROCHOLA: O, broń Boże! W ogóle nie tęsknię za sobą młodszą, absolutnie. Owszem, być może już dzisiaj 40-kilogramowy kamień nie dla mnie, ale nie, nic bym nie cofnęła i niczego nie zmieniła. No, może jedną rzecz – nie uciekłabym z domu. Kiedyś uciekłam na trzy dni i uważam, że to było głupie, niepotrzebne i niewłaściwe. Nie zrobiłam żadnych głupot i nic mi się nie stało na szczęście, ale jest to historia która mnie napawa niesmakiem. Pochwalam nierozsądek, spontaniczność, ale głupota mnie drażni. Granica głupoty jest jasno określona: nie wolno robić tego, czym wyrządza się komuś krzywdę. A wtedy wyrządziłam krzywdę rodzicom.

GALA: Sara, bohaterka Pani najnowszej książki, jest młoda, ma 28 lat. Drażniła Panią?

 

KATARZYNA GROCHOLA: Strasznie! Przez całe 160 stron! Że była taka rozmemłana, że tak nie wiedziała, o co chodzi, że taki mąż na przykład to ma kochać, a jak nie, to ona tak będzie leżeć i płakać w poduszkę. Tu się obrazi, tu się nie będzie odzywać, ale nie powie, o co chodzi. Doskonale zna się na amerykańskich krowach, oborach i strasznych warunkach, w jakich kury znoszą jajka, fast foodach, bakteriach coli, ale nie rozumie, co się dzieje obok, w rodzinie, z jej matką, ojcem czy mężem, skądinąd sympatycznym facetem. Moje czytelniczki mówią, że udało mi się z tym opisem, a córka twierdzi, że to nie tak, że teraz dziewczyny dobrze wiedzą, czego chcą. Sama ma 29 lat, siedmioletniego, cudownego synka i jest bardzo dojrzałą osobą. Myślę, że Sara rozdrażniła ją swoją niedojrzałością. Ale tłumaczę córce, że ona musiała taka być, żeby w końcu dojrzeć i coś zrozumieć. Nie ma możliwości, żeby było inaczej.

GALA: A Pani tak naprawdę czego nauczyła się od Sary?

KATARZYNA GROCHOLA: Mnóstwa rzeczy, bo musiałam zrobić porządny research do wiadomości, które Sara posiadała. Ja na przykład nie miałam pojęcia, że są obory na 100 tys. krów i że te krowy, zanim poszły na rzeź, nigdy w życiu nie widziały światła dziennego. Nie wiedziałam, że u nas w Polsce są ogromne hodowle kur, które żyją, czy raczej wegetują, stłoczone w klatkach na powierzchni równej kartce A4. Te kury próbują przejść przez kraty, łamią nogi i zadziobują się nawzajem. To od nich pochodzą jajka z numerem trzy, których nie wolno kupować, bo w ten sposób to my tym kurom łamiemy nogi. Kiedy teraz idę na targ, to oglądam, co biorę. Jajka numer zero, jeden bardzo proszę, trójka – nigdy!

GALA: Kiedy Pani nie pisze, nie zbiera kamieni, nie walczy z obwodnicą, co Pani robi?

KATARZYNA GROCHOLA: (śmiech) Czasami nie robię nic, a czasami bardzo dużo rzeczy naraz. Na przykład mam jeden komputer na kolanach, na którym piszę, obok mam drugi komputer, na którym gram w durną grę, gdzie się strzela, coś spada i mała dżdżownica przechodzi... Intelektualnie bardzo rozwijająca gra. Mam też rozłożoną książkę i włączony telewizor. I przysięgam, że robię te cztery rzeczy jednocześnie. Oglądam film, podczytuję, jak mi coś wpadnie do głowy, to zapiszę, a w czasie przerwy na reklamę strzelam w dżdżownicę i jestem bardzo szczęśliwa, bo wygrywam. A jak mi jeszcze ktoś wejdzie do pokoju, na przykład mój narzeczony, to potrafię z nim parę słów zamienić. Tylko że on na mnie patrzy z niepokojem i pyta: ,,Ale co ty robisz?!”, bo mężczyźni tak nie potrafią (śmiech). Zaznaczam też, że to nie może być dobry film, bo przy dobrym lubię mieć kino w domu. Wyłączam telefon, światło i w spokoju zanurzam się w historię.

GALA: Lubi być Pani sama ze sobą?

KATARZYNA GROCHOLA: Ogromnie. Jestem bardzo towarzyska i... bardzo samotna. Najpiękniejszego sylwestra w moim życiu spędziłam absolutnie sama. I zdecydowanie chciałam być wtedy sama, mimo że wszyscy się nade mną użalali: ,,Nie siedź sama, bo będziesz nieszczęśliwa”. Pamiętam, kupiłam sobie wcześniej w Kanadzie brokatową sukienkę (śmiech), wiem, straszny wstyd, ale nikt mnie w niej nie widział i nie zobaczy. Wieczorem wykąpałam się, wymalowałam – czego nie robię – włożyłam samonośne pończochy, buty na obcasie i moją piękną brokatową sukienkę do kostek, błyszczącą i w ogóle taką sceniczną. Zamknęłam dom na cztery spusty, włączyłam cudną muzykę i nalałam sobie znakomitej, 12-letniej whisky – prezent od przyjaciela lekarza – niewiele, z centymetr, z trzema kostkami lodu. Siadłam przy dużym stole, zadzwoniłam do przyjaciółki, która też była sama, i rzuciłyśmy sobie i-cing (Księga Przemian, wyrocznia, udzielająca odpowiedzi na nurtujące nas pytania – przyp. red.). I... wyszła mi twórczość. Następnie tańczyłam do północy, od czasu do czasu stając przed lustrem, tak ze 40, może 50 razy. Czułam się piękna, spełniona, kobieca. Czułam się znakomicie i wstyd powiedzieć, ale chyba nigdy w życiu tak dobrze nie wyglądałam. Najcudowniejszy mój sylwester od 20 do 24. O północy przyszli do mnie, biednej i samotnej, sąsiedzi z życzeniami, a ja niestety im otworzyłam! To było miłe i wzruszające.

GALA: Myśli Pani, że kobiecie łatwiej się żyje z mężczyzną?

KATARZYNA GROCHOLA: Ludziom chyba żyje się łatwiej i lepiej, kiedy są w dobrym związku. Dziś już chyba nawet nieważne, czy z drugą kobietą, czy z drugim mężczyzną. Ale na pewno zły związek jest gorszy niż samotność. W dobrym związku samotność jest koniecznością, żeby mieć świadomość wolności, a nie poczucie, że jesteśmy zlani ze sobą. Kocham mojego faceta, ale też chcę i lubię być sama, nawet jak nie robię wtedy nic specjalnego czy ważnego. Tak dla własnej higieny psychicznej.

GALA: Jest w Pani teraz więcej spokoju?

KATARZYNA GROCHOLA: Trochę spokoju wewnętrznego już mam, ale nadal mam niepokój na zewnątrz. Lubię wokół siebie coś zmieniać, budować, poprawiać, remontować. Co postawię jakiś mebel, to chcę go natychmiast albo przemalować, albo przestawić. Jeżdżę nim po domu tak, że domownicy nie mogą wytrzymać. Moja córka mówi: „Matko Boska, ty byś mogła mieć tak ładnie urządzone mieszkanie”, ale ja uważam, że nie wymienia się rzeczy tylko dlatego, że są stare albo zostały kupione w momencie, kiedy na nic nie miałam pieniędzy, jak np. komplet sześciu krzeseł, które nabyłam za 120 zł w składzie mebli używanych. Mam też buciki ubłocone, w których chodzę przy moich kamieniach. Moja córka, ilekroć u mnie jest, to je wyrzuca do śmieci. Ale jak tylko wychodzi, to ja je wyciągam (śmiech). Moja mama wyrzucała mi przez lata czarny sweterek i raz nawet do zsypu musiałam się po niego pofatygować. Jestem przywiązana do rzeczy materialnych w tym sensie, że nie widzę potrzeby kupowania nowych.

GALA: Co w życiu stanowiło Pani główną siłę. Talent?

KATARZYNA GROCHOLA: Tak naprawdę?

GALA: Tak.

 

KATARZYNA GROCHOLA: Prawdę dla „Gali”? Hm, no to spróbujmy... Myślę, że zdecydowanie ktoś nade mną czuwał. Mam absolutne wrażenie, że parę rzeczy nie mogłoby się wydarzyć bez nadzwyczajnej opieki boskiej. Splot przypadków, które mnie uchroniły od takich błędów, tak strasznych, zagrażających życiu rzeczy, że jak o tym myślę, to mi się słabo robi. Kiedyś napiszę listę tych moich cudów, ale ja nie jestem wybrańcem. Chcę powiedzieć, że skoro mnie się one przydarzają w takiej liczbie, to znaczy, że się przydarzają każdemu. Tylko że ja teraz, z perspektywy czasu, już wiem, co tym cudem było. Wszystko. Począwszy od tego, że mam dziecko, po fakt, że nadal żyję.