GALA: Na swojej nowej płycie „Listy Julii” śpiewasz: „37-letnia twarz w stop-klatce szamocze się, zastanów się, w co grasz…”. W co grasz, Kasiu?

KATARZYNA GRONIEC: Też się zastanawiam, w co. I w którym kierunku ta gra zmierza, dokąd mnie zaprowadzi. Czy w ogóle dokądś. Czy można określić finisz tej drogi, coś ustalić, zaplanować? Czy też życie zawsze będzie tak zaskakujące i pełne zwrotów akcji? Należę do tych, którzy cierpią na przypadłość stawiania wszystkiego na jedną kartę. Czasem dramatycznie przegrywam. A jednak wciąż tak robię. To rodzaj hazardu, mój własny blackjack, chociaż jestem daleka od gier hazardowych.

GALA: Twoja najmocniejsza zagrywka?

KATARZYNA GRONIEC: Miałam kilka takich sytuacji. Pierwsza, najbardziej spektakularna, zdarzyła się, gdy wchodziłam w zawód…

GALA: … i zostawiłaś wszystko – szkołę, rodziców, Gliwice, aby wziąć udział w castingu do „Metra”.

KATARZYNA GRONIEC: Działałam intuicyjnie, decyzję podjęłam nie do końca świadomie. Kolejnym takim krokiem było odejście z Teatru Buffo i próby działania na własną rękę. Bardzo powoli nabierałam zaufania do siebie i uczyłam się podejmowania decyzji, a później trwania w nich. Zawsze mi się wydawało, że wszyscy wszystko wiedzą lepiej i powinnam słuchać ludzi. A trafiałam na silne osobowości!

GALA: Z czego wynikał Twój brak zaufania do siebie?

KATARZYNA GRONIEC: Nie wiem… Paradoksalnie byłam postrzegana jako osoba silna, czyli… dobrze gram. Pewnie na swój sposób taka jestem, tylko targa mną mnóstwo wątpliwości. W związku z tym ciągle pytam, odpowiedzi często mnie nie satysfakcjonują, więc później rzucam się na główkę, próbując stworzyć sobie poczucie bezpieczeństwa. To droga na całe życie – nieustająca praca nad sobą.

GALA: Założenie własnej firmy fonograficznej też jest taką hazardową zagrywką?

KATARZYNA GRONIEC: Poniekąd. Reprezentujemy kilka, że tak powiem, podmiotów wykonawczych: Mikromusic, Jacka Bończyka, Edytę Jungowską i Ewę Konstancję Bułhak. Ma być kameralnie. Nie chcę firmować ludzi, za których będzie mi głupio.

GALA: Ale Twoje „Listy Julii” wydał kto inny, firma Luna.

KATARZYNA GRONIEC: Ponieważ dostaliśmy dotację z Ministerstwa Kultury, wydawało nam się, że album powinna wydać niezależna firma.

GALA: Elvis Costello nagrał „Listy Julii” zachwycony romantyczną historią listów pisanych przez nieszczęsnych kochanków do Romea i Julii, których domniemany grób znajduje się w kościele św. Franciszka w Weronie. Ty swoją płytę nagrałaś dla tej legendy czy też zachwycił Cię Costello?

KATARZYNA GRONIEC: Costello. Urzekła mnie jego muzyka i śpiew. To artysta poszukujący, fascynuje mnie. Ale nasze płyty są różne. Jego, nagrana z The Brodsky Quartet, czyli kwartetem smyczkowym, jest piękna, ale trudna w odbiorze. Sama dość długo nie mogłam jej wysłuchać w całości... Mojej – ponieważ każdy list śpiewa kto inny – towarzyszy zabieg inscenizacyjny: wcielam się w bohaterów, aby pomóc ludziom nadążyć za nimi. Sesja trwała trzy dni, a jej wynik jest utrwalony na osobnych kartach. Jest tam i kibol, i ulizany księgowy, babcia, łysawy staruszek...

GALA: Jedna z charakteryzacji to stara kobieta. Nie przeraziła Cię?

KATARZYNA GRONIEC: Zupełnie nie. Przeraziła natomiast lekka charakteryzacja dodająca jakieś siedem– dziesięć lat. Starość, pomimo że się jej boję, jest jeszcze dość odległa. Co innego postarzenie, które będzie się za chwilę działo...

GALA: Boli Cię upływ czasu?

KATARZYNA GRONIEC: Boli. Widzę to. Dobrze by było nauczyć się go akceptować, ale to nieproste. Chociaż życie jest cudem, coraz częściej wydaje mi się pozbawione sensu. Już wiem, że nic z niczego nie musi wynikać. A jakie sensy sobie po drodze wymyślamy! Religia, życie dla kogoś, dla dziecka, sztuki… Zamiast normalnie, jak Pupka, kot mojej córki, usiąść, umyć się, coś jeść i się przespać… Nie łatwiej? (śmiech)

GALA: Jesteś osobą wierzącą?

KATARZYNA GRONIEC: Wychowano mnie w wierze katolickiej, ale jestem raczej poszukującym agnostykiem. Chciałabym bardzo, żeby coś było… Jednak mam daleko idące wątpliwości. Może sens życia zawiera się w pokoleniowej sztafecie – że rodzimy się, umieramy i z nas będzie kto inny… Ale chciałoby się czegoś więcej. Jestem wątpiąca a zarazem racjonalna. Muszę bardzo uważać, żeby nie popaść w cynizm.

GALA: Dwa lata temu powiedziałaś, że mogłabyś nosić T-shirt z napisem „Jestem cyniczna”. Jaki napis nosiłabyś dzisiaj?

KATARZYNA GRONIEC: „Ja chcę spać”.

GALA: Żeby śnić?

KATARZYNA GRONIEC: Nie, żeby przespać czas od listopada do marca. Brakuje mi światła, słońca. Ale jestem skazana na tę ciemnicę i zmaganie się ze sobą, gdyż paradoksalnie moje piosenki najlepiej się wtedy sprzedają. Lato to okres plenerów, których nie gram z założenia. Nie umiem śpiewać, jak ktoś je kiełbasę.

GALA: Podczas kiedy inni robią wszystko, aby być gwiazdami, Ty przeciwnie: śpiewasz niekomercyjne piosenki, porzuciłaś koncern Sony, nie chodzisz na bankiety i jeszcze nie chcesz występować do kiełbasy… Chyba Ci nie zależy na karierze.

 

KATARZYNA GRONIEC: To zależy, jak ją pojmować. Gdybym lubiła takie życie, tobym to robiła. Zależy mi na tym, żeby moja płyta się sprzedawała, żebym mogła występować i by ludzie kupowali bilety na moje koncerty. Odeszłam z dużej wytwórni, ponieważ ona nic dla mnie nie zrobiła. Nie chodzę na bankiety, bo jestem leniem – nienawidzę zmuszać się do wyglądania. Tłum mnie męczy. Nie przyjaźnię się z wielką liczbą osób, wybieram kameralne sytuacje. Nie lubię być samotna, ale lubię być sama. Więc działałabym na swoją niekorzyść, gdybym zaczęła to wszystko robić.

GALA: A gdybyś popatrzyła na swoje życie poprzez najważniejsze stop-klatki, począwszy od „Metra”, czy tak je sobie wyobrażałaś?

KATARZYNA GRONIEC: W ogóle myślałam, że życie inaczej wygląda. Sądziłam, że człowiek się nie wyczerpuje. Pomijam fizyczność, tu wszystko jest jasne. Ale myślałam, że odnawialne są nasze zasoby emocjonalno-marzeniowe. A nie są.

GALA: Masz poczucie wypalenia?

KATARZYNA GRONIEC: Kolejne płyty kosztują mnie coraz więcej wysiłku. Po dzikiej pracy nad „Listami Julii” jestem zmęczona. Czuję, że bujam się na zawieszonej desce i jeden nieuważny ruch spowoduje, że spadnę i już nigdy się nie wdrapię na tę huśtawkę i nie bujnę pod obłoki. Mam teraz ochotę zamknąć dom i przemieścić się w niebyt, choćby na pół roku. Ale nie mogę, mam jeszcze za małe dziecko.

GALA: Słyszałam, że Marianna, to szesnastoletnie maleństwo, pięknie śpiewa.

KATARZYNA GRONIEC: Ma dużo talentów, co może być jej przekleństwem. Wielka łatwość robienia różnych rzeczy bywa niebezpieczna, gdy przychodzi moment, w którym trzeba zacząć pracować. A to już nie jest takie atrakcyjne! Jeśli znajdzie coś, co ją zafascynuje, wygra. Jest muzykalna. Ładnie pisze. Ma też talent plastyczny, którego nie chce rozwijać, bo twierdzi, że tego nienawidzi. I fajny zmysł krytyczny…

GALA: To może będzie krytykiem ról rodziców: filmowych ojca, Olafa Lubaszenki, i scenicznych Twoich.

KATARZYNA GRONIEC: Boże drogi! Wolałabym nie. Bo jest okrutna (śmiech). Jej krytycyzm jest podkręcony młodym wiekiem. Białe-czarne i nic pośrodku.

GALA: Kiedy oceniła Ciebie najostrzej?

KATARZYNA GRONIEC: Lepiej nie mówić (śmiech). Padło wtedy zdanie: „Matko, czy nie uważasz, że wykonałaś właśnie dramatyczny krok wstecz?!”. Akurat się z nią zgadzałam.

GALA: Kto jest większym autorytetem dla Marianny, Ty czy ojciec?

KATARZYNA GRONIEC: Nie wiem, czy ona w ogóle ma jakieś autorytety. To wiek pozbawiony autorytetów, dzieciak w ciele kobiety… Czułam tak samo, pamiętam doskonale. Jeszcze pół roku i poszłam „na swoje”. Spakowałam walizkę i wyjechałam do innego miasta, gdzie żyłam już w sposób bardzo dorosły. Miałam 17 lat i poczucie ogromnej dojrzałości. Nie wyobrażam sobie, że mogłaby zrobić to samo…

GALA: A jaką jesteś matką?

KATARZYNA GRONIEC: Nadopiekuńczą. Ponieważ moje małżeństwo się rozpadło, musiałam być raz ojcem, raz matką. Trochę surową, a trochę przyzwalającą. To mi się przewalało to w jedną, to w drugą stronę. Kiedy wyjeżdżałam na koncerty, dziecko zawsze z kimś zostawało: z moimi rodzicami, moją siostrą, mamą Olafa, jakąś nianią. Zaś po powrocie miałam tak duże poczucie winy, że chciałam wszystko zrekompensować i przesadzałam w drugą stronę. A potem to znów odkręcałam. Słowem, przez cały czas wysyłałam sprzeczne informacje. Jestem taką trochę matką-kwoką. Jeśli Mania trzy razy z rzędu nie odbierze telefonu, wpadam w panikę.

GALA: Ma godzinę policyjną?

KATARZYNA GRONIEC: 21.00, chociaż od czasu do czasu pozwalam jej na wyjścia do klubów… Ojej, co wtedy przeżywam! Muszę mieć też telefony do trójki znajomych, z którymi idzie, i przynajmniej jeden do rodziców owej trójki. Ale chyba wszyscy tak robią, prawda? Bardzo długo odprowadzałam ją do szkoły. Pamiętam jej pierwsze samodzielne wyjście, dwie przecznice dalej. Koszmar. Szłam za nią i ją śledziłam. Tajemniczy don Pedro. A kiedy odkryłam niedociągnięcia, nie mogłam się przyznać, że je widziałam. Pytałam: „Czy na pewno przeszłaś na zielonym świetle? „Taaak”. „Na pewno?”. „Tak”. „Uhmmm”. Ale moja mama też była nadopiekuńcza. Że się tak usprawiedliwię.

GALA: Tematem Twoich płyt są relacje między kobietą a mężczyzną, uczuciowe meandry. Miłość jest taka ważna?

KATARZYNA GRONIEC: Bardzo. Jest istotą życia, tego braku sensu (śmiech). Nie potrafiłabym bez niej żyć. Okresy, które nie były nią wypełnione, uważam za jałowe. Szukam miłości, potrzebuję jej.

GALA: Jednak Twoje związki z mężczyznami nie zawsze były udane. Byłaś niedojrzała?

KATARZYNA GRONIEC: Na pewno jakiś rodzaj niedojrzałości wchodzi tu w grę. Chciałabym teraz powiedzieć, że jestem dojrzała, świadoma i w ogóle fajna. Ale zdaje się, że nie powinnam aż tak kłamać. Powodują mną emocje. I na scenie je wymyślam, a potem w życiu mi ich brakuje. Możliwe, że wyobraźnia wyrządziła mi krzywdę, każąc mi brać za miłość nie to, czym ona jest.

GALA: A czym jest miłość?

KATARZYNA GRONIEC: No właśnie. Czy ona w pewnym momencie nie jest oddaniem, przyjaźnią? Miłość musi ewoluować. Ja, kobieta dojrzała, zaczynam to rozumieć.

GALA: Przedtem rozczarowywało Cię, że nie czujesz wiecznych motyli w brzuchu?

KATARZYNA GRONIEC: Teoretycznie wszystko rozumiem, natomiast w praktyce chyba wymyśliłam sobie coś idealnego, zbyt pięknego, by mogło istnieć. Ktoś nas nakarmił historiami o dwóch połówkach pomarańczy, które się wzajemnie zasysają i wszystko gra. Ale może wcale tak nie jest? Może każda z tych połówek jest możliwa do dopasowania, tylko to wymaga pracy? A jest w nas tęsknota, żeby z tą drugą osobą porozumieć się na każdym poziomie: emocjonalnym, fizycznym, intelektualnym. Świetny kochanek, ale i wspaniały rozmówca, którego wzruszają podobne rzeczy.

GALA: Może dlatego Ci się nie udawało, że Twoi partnerzy również byli wrażliwcami: aktor, reżyser, znów aktor...

KATARZYNA GRONIEC: Możliwe. Oceniam się dość surowo. Zabrakło mi woli walki, żeby pracować nad związkami. Łatwiej było odpuścić…

 

GALA: ... i powiedzieć: zabieraj swoją walizkę?

KATARZYNA GRONIEC: Tak. Łatwiej było zamknąć się w skorupce. Brakowało wyjścia do drugiego człowieka. Z obu stron. Nie chcę oskarżać ani siebie, ani tych mężczyzn, fantastycznych zresztą. Każdy mnie czegoś nauczył. Ale im też było bliższe izolowanie się niż wyjście naprzeciw.

GALA: Może gdybyś trafiła na inżyniera, kochałby Cię nad życie…

KATARZYNA GRONIEC: Obawiam się, że nie jestem wdzięczną rozmówczynią dla inżynierów. A poza tym z dwojga złego wolę kochać niż być kochaną. Wejście w miłość po uszy, nawet jeśli trwa krótko, jest taką dawką emocji, namiętności, że warto choć raz w życiu tego doświadczyć. Potem można wrócić do bezpiecznego inżyniera…

GALA: Potem można już nie mieć do czego wrócić, Kasiu. Bo może już nie być tej bezpiecznej przystani.

KATARZYNA GRONIEC: Racja. Lub można nie mieć siły na powrót. Miłość jest niebezpieczna. Ale z drugiej strony, nie przeżyć jej?!

GALA: A Twoja miłość, której dopełnieniem była pierwsza polska tango operita „Szare kwiaty”? Zakończyła się happy endem?

KATARZYNA GRONIEC: Nie. Niestety z niedowierzaniem konstatuję, że moje związki to krótko, ale intensywnie płonące stosy.

GALA: A teraz płoniesz?

KATARZYNA GRONIEC: Jestem zaproszona do podjęcia takiej próby. Ale żeby ją podjąć, muszę odszukać stracony sens (śmiech).

GALA: Brzmi prawie jak z Prousta… No a te fantastyczne emocje płonącego stosu nie mają dość kuszącej mocy?

KATARZYNA GRONIEC: Mówiłam ci, jest niebezpieczeństwo, że się nie odbudują. Muszę sobie dać czas. Bardzo bym chciała, bo lubię czuć. Dużo i intensywnie. Muszę teraz dużo dostać, żeby to się wyrównało, bo wcześniej dużo dałam. Jak się wyrówna, na pewno oddam. Muszę też się zresetować. A że żyję w środku wolniej, niż ten świat pędzi, jeśli ten ktoś będzie cierpliwy, to się doczeka. Chciałabym.