Z czym kojarzy się Pani słowo sukces?

Z grupą zadowolonych i spełnionych ludzi. Z pozytywnymi wibracjami,  z rzeczami przyjemnymi i dobrymi. To taka skuteczna motywacja i słowo, które zagrzewa mnie do działania.

Sukces to Pani ulubione słowo?

Moje ulubione słowo to dziękuję. To słowo, o którym często zapominamy, a szkoda, bo wyraża wdzięczność, szacunek, zainteresowanie.

Kiedy Pani zrozumiała, co chce robić w życiu?

Dość szybko, może dlatego, że byłam dzieckiem bardzo samodzielnym i niezależnym. Już w podstawówce działałam w harcerstwie, potem sama prowadziłam kolonie dla dzieci.

Pani największe wyzwanie z tego okresu?

Byłam odpowiedzialna za kolonię pod namiotami, na której było ponad 150 dzieci i tak się pechowo zdarzyło, że przez dobre półtora tygodnia nieustannie  padał deszcz. Wszystko było przesiąknięte wilgocią, dzieci nie miały czystych ubrań, były złe, nudziło im się, marudziły, niektóre płakały, chciały wracać do rodziców. To było wielkie wyzwanie, żeby znaleźć im zajęcie i sprawić, żeby się nie pochorowały i były zadowolone. Uratowało nas to, że byliśmy zgranym zespołem, daliśmy sobie radę.

Nauczyła się Pani czegoś w harcerstwie, co pomogło Pani potem w dorosłym życiu?

Przede wszystkim samodzielności, umiejętności działania w każdej sytuacji, inicjatywy, łatwości podejmowania decyzji. Nigdy nie czekałam, aż ktoś zrobi coś za mnie. Chciałam być niezależna, może dlatego bardzo szybko zaczęłam pracować. Podjęłam pracę na pierwszym roku studiów, studiowałam prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Już wtedy czułam, że dokonałam właściwego wyboru i jestem w dobrym miejscu.

Dlaczego prawo?

Chciałam zostać sędzią. To był dla mnie skrystalizowany zawód, konkretny. Doszłam do wniosku, że to mnie najbardziej interesuje. Zawód sędziego wymaga ogromnego zaangażowania. Wykonują go ludzie, którzy wpływają na rzeczywistość poprzez swoją wiedzę i umiejętności. Ta wizja mnie pociągała.

Pierwszy dzień w pracy?

Praktyki studenckie. Ktoś zapomniał, że przyjdę, więc gdy się pojawiłam, zapanowała konsternacja i nie było wiadomo, kto ma się mną zająć i co mam robić. Ale szybko opanowaliśmy wspólnie sytuację. Potem, po latach, kiedy sama zatrudniałam młodych ludzi, studentów, starałam się, żeby nie spotkało ich to, co mnie wtedy, tzn., że przyjdą i nie będą wiedzieli, co ze sobą zrobić. Nie chciałam, żeby się zniechęcili na dzień dobry.

Charakter ma Pani bardziej podobny do mamy czy do ojca?

Myślę, że jestem podobna do moich dziadków. W mojej rodzinie otaczali mnie ludzie przedsiębiorczy i pracowici, obcowałam z tym na co dzień. Wszyscy mieli swoje firmy – dziadkowie, ojciec, wujek, w domu mówiło się o biznesie.

Wierzy Pani w przeznaczenie czy ciężką pracę? Jaka jest droga do sukcesu?

Osobowość i ciężka praca. Wiara w siebie, zadowolenie z tego, co się robi na każdym etapie i chęć wprowadzania zmian w życiu.

Pani nie boi się zaczynać od nowa?

Nie podejmuję decyzji pochopnie, ale myślę bez obaw o podejmowaniu nowych wyzwań.

Dostała Pani od rodziców, dziadków jakąś złotą myśl na drogę?

W mojej rodzinie każdy wiedział, co do niego należy, i zajmował się swoimi obowiązkami, a ja byłam dobrym obserwatorem. Nie było w tym nic nadzwyczajnego.

Co Pani zrobiła z pierwszą pensją?

Kupiłam wszystkim najbliższym prezenty i zaprosiłam ich na kolację do domu. Wydałam wszystko i nie na siebie. Jeszcze zanim dostałam tę wypłatę, miałam poczucie, że koniecznie muszę się tymi pieniędzmi podzielić z ludźmi, którzy  mnie wspierali. W ogóle nie było mowy, żeby zrobić z tym coś innego.

To życie poza drzwiami gabinetu pani prezes jest tak samo ważne jak zawodowa satysfakcja?

Trzeba zachować równowagę między satysfakcją z życia prywatnego i obowiązkami. To jest ta satysfakcja i umiejętność cieszenia się wszystkim, nieodkładania rzeczy na później. Żyjemy tu i teraz i z tego powinniśmy się cieszyć. Dla mnie ważni są moi przyjaciele, rodzina. Dobre relacje z ludźmi nie są nam dane raz na zawsze, to wynik naszej empatii i ciężkiej pracy. Ciężkiej, ale przyjemnej. To jest dla mnie ważne. Czy wyjadę w daleką podróż, czy jestem w domu, to rzecz drugorzędna.

Od lat zarządza Pani ludźmi w pracy, w domu też ciągnie Panią do rządzenia?

W życiu trzeba być przede wszystkim sobą. Nie można stawać się kimś innym w pracy, kimś innym w domu. Trzeba być sobą w każdej sytuacji. Czasem wymaga to dużo odwagi, żeby przeforsować swój styl w środowisku zawodowym, ale to nie znaczy, że to jest niemożliwe. To, w jaki sposób zarządza się ludźmi, jest bardzo istotne. Pracownicy szybko wyczuwają maskę. Bardzo chętnie pracuję z ludźmi – tak zresztą dobieram swój zespół – którzy mają ambicje. Nie przeszkadzam im, pomagam im w rozwijaniu ich pasji i umiejętności. Poświęcam dużo czasu na to, żeby moi współpracownicy mogli się rozwijać, i sprawia mi satysfakcję, kiedy osiągają sukces. Wielu z nich zajmuje dzisiaj wysokie stanowiska w biznesie.

Jak Pani reaguje na sytuacje, kiedy zatrudniona przez Panią osoba awansuje i pnie się po szczeblach kariery?

Cieszę się jej sukcesem. Często zatrudniam ludzi lepszych ode mnie. Uważam, że otaczanie się fachowcami przyspiesza rozwój firmy.

Moda jest ważna?

 

Moda jest częścią naszego życia, stylu. To nie tylko ubrania, ale także wnętrza, samochody, kulinaria – wszystko jest modą. Bardzo lubię obserwować modę i wybierać z niej to, co mi odpowiada. Już na studiach, jeżdżąc na wakacje w różne miejsca, zwracałam uwagę na to, jak ubierają się mieszkańcy innych krajów europejskich. Podróż, którą pamiętam szczególnie, to moja pierwsza wyprawa do Włoch, do Florencji. Bardzo piękne miejsce. Urzekł mnie włoski styl, klimat, sztuka – to coś, co uwielbiam do tej pory. Mam wielkie szczęście, bo pracuję w firmie, która ma włoskie korzenie. Deni Cler Milano sprzedaje ubrania, które są kwintesencją włoskiego stylu.

Jak się Pani pracuje na stanowisku prezesa firmy odzieżowej?

Praca w Deni Cler Milano to dla mnie wyzwanie, ale również ogromna przyjemność. Obejmując to stanowisko, zmieniłam całkowicie branżę, ale nie był to pierwszy raz, kiedy to zrobiłam. W branży fashion dużą wagę przywiązuje się do kreowania stylu, wizerunku, reprezentowania firmy. To bardzo przyjemna branża, ale też bardzo wymagająca. Dopiero po tej stronie mody widzę, jak ogromną pracę trzeba włożyć w kolekcję, by została pozytywnie przyjęta. Moda to nie tylko pokazy, które oglądamy w kolorowych gazetach. To intensywna praca całego sztabu specjalistów od trendów, projektowania, konstrukcji, planowania. Pasjonuje mnie praca nad przygotowywaniem kolekcji sezonowych. We współpracy z całym zespołem staram się dopasować włoskie tendencje do polskich realiów. Możliwość obserwowania, jak kolekcja znajduje uznanie w oczach klientek, daje ogromną satysfakcję. W Deni Cler Milano współpracuję z prawdziwymi fachowcami. To, co ostatecznie pojawia się w sklepie, jest efektem pracy całego zespołu.

Czy jako dwudziestolatka miała Pani więcej energii, nadziei?

Mam poczucie, że jestem nadal taka sama. Mam większe doświadczenie, znam więcej ludzi, niejedno widziałam, ale jestem tą samą dziewczyną, którą nadal fascynuje wiele rzeczy i dla której najcenniejsze jest poczucie niezależności. Nie zmieniłabym niczego w swoim życiu. Lubię tę dziewczynę sprzed 20 lat.

Zostały Pani jakieś marzenia do spełnienia?

Marzenia są częścią naszego życia. Jedni mówią, że stawiają sobie cele, inni, że marzą. Ja też mam swoje skryte marzenia, ale opowiadam o nich wtedy, kiedy się spełnią. Lubię kontemplować, budować pozytywną aurę i zastanawiać się, co się wydarzy.

A co się już spełniło?

Najlepiej czuję się nad morzem, tutaj najchętniej odpoczywam. Dlatego zawsze marzyłam o żeglowaniu, a niedawno udało mi się to marzenie spełnić. Teraz razem z przyjaciółmi wypływam w żeglarskie rejsy. Marzenia są czymś, co nas bardzo motywuje i wpływa na nas energetycznie. Lubię swoje marzenia.