Byłaś kiedyś u wróżki?

KATARZYNA: Nie i nigdy bym nie poszła. Człowiek później, siłą rzeczy, podświadomie się sugeruje... Dopasowuje nawet przypadkowe wydarzenia i ludzi do wcześniejszej przepowiedni. A po co wiedzieć? Życie traci swoją spontaniczność i ciekawość. Nasza „dziecięca” naiwność czasami bywa rozkoszna i po co ją niszczyć?  Kiedy staję na życiowych rozdrożach, wolę porozmawiać z kimś najbliższym, zaufanym, kto jest dla mnie autorytetem, ma życiową mądrość i intuicję. 

Czy wiesz, że horoskop numerologiczny mówi, że w tym roku zaczął się dla Ciebie czas podsumowań, zmian i moment największego rozwoju?

KATARZYNA: Rozczaruję cię, ale nie wierzę w numerologię. „Dodaj sobie drugie imię, a zmienisz swą życiową cyfrę i niekorzystną koniunkturę losu”. Nieee... to nie dla mnie. Przyznam jednak, że twoja wróżba bardzo mi się podoba! (śmiech). Ostatnie miesiące rzeczywiście przyniosły mi wiele nowych doświadczeń życiowych, z radosną perspektywą macierzyństwa na czele. To również dla mnie bardzo intensywny czas zawodowy. W tym roku obchodzę podwójny jubileusz – od 20 lat pracuję jako aktorka i od 20 lat jako wokalistka, co razem daje „forty” (40), czyli „FOR TEA” – tytuł mojej nowej płyty.

Zamierzasz w szczególny sposób uczcić dwie zawodowe rocznice?

KATARZYNA: Nie jestem zwolennikiem organizowania fet i benefisów dla samej tylko zasady. Jubileusz powinno się obchodzić kolejnym wyzwaniem zawodowym. Zatem zamiast paradować z piórami w pupie po podświetlanych schodach i oczekiwać, że wszyscy będą śpiewali mi „Sto lat”, ja po prostu bardzo intensywnie pracuję i celebruję  moje skromne, pierwsze 20 lat nowym spektaklem i nową płytą. Przed wakacjami premierę miał mój album muzyczny, gram więc teraz dużo koncertów promujących „FOR TEA”. Jako aktorka – inaugurowałam ten rok premierą nowego, satyrycznego monodramu „Sex, metro i mp3” w Teatrze Bajka.

Monodram... dla Ciebie to zupełnie nowa forma?

KATARZYNA: Nowa i trudna, bo monodram to poważne wyzwanie. Uważam, że aktor powinien przepracować przynajmniej 20 lat doświadczenia na scenie, żeby mieć prawo sięgnąć po „sztukę jednego aktora”. Niełatwo utrzymać uwagę i zainteresowanie widza, będąc samemu na scenie przez dwie godziny. Tym bardziej cieszę się, że spektakl zyskał tak dobre recenzje i entuzjazm publiczności.

Ty i Twój mąż chyba w ogóle intensywnie pracujecie? Grasz, koncertujesz, Marcin cały czas bierze udział w zawodach.

KATARZYNA: Pracuję dużo, ale nie jestem pracoholiczką. Staram się zawsze zachować właściwe proporcje w życiu. Czas na odpoczynek i prywatność, czas który jest tylko dla nas – rodziny, to nasza świętość i warunek zdrowia psychicznego. Nauczyliśmy się wyłączać telefon.

MARCIN: Zdarzają się czasem momenty, kiedy jesteśmy w zawodowym amoku, nie mamy czasu się wyspać i mijamy się w biegu. Wtedy na szczęście oboje wiemy, że tak będzie tylko przez kilka dni, które musimy przetrwać – później pozwalamy sobie na oddech.

KATARZYNA: Nie wyobrażam sobie, że mogłoby tak być zawsze, bo nie potrafiłabym żyć w ten sposób.

Jesienią zabraknie Cię w „Tańcu z gwiazdami”. Nie ma tego złego…

KATARZYNA: No cóż, jedna praca się kończy, by mogła zacząć się inna. W każdej sytuacji staram się znaleźć jej dobre strony.

Nie żal Ci „Tańca z gwiazdami”?

KATARZYNA: Byłam serdecznie związana z tym programem przez sześć ostatnich lat i bardzo lubiłam tę pracę. To pozytywny, energetyczny program i przyjemność pracy z ekipą świetnych, profesjonalnych ludzi. Darem losu jest móc przychodzić do swojej pracy z radością. Czy żal mi tego rozstania? Decyzji pracodawców ani nie komentuję, ani nie zamierzam z nią polemizować. Pewnie spotkamy się w miłej współpracy jeszcze niejeden raz.

Prasa nie ustaje w komentowaniu tego wydarzenia jako sensacji...

Dziennikarze mają na ten temat własne odczucia i komentarze. Niestety czasem wkładają mi w usta zadziwiające mnie sformułowania, których nigdy nie wypowiedziałam! Aby ukrócić zbędne dywagacje prasy, zamieściłam na mojej oficjalnej stronie internetowej oraz na moim służbowym profilu Facebook zwięzłe oświadczenie i to JEDYNA moja prawdziwa wypowiedź na ten temat.

MARCIN: Przyzwyczailiśmy się już do tego, że dla niektórych pism dużą gratką i sensacją są zmiany w życiu zawodowym i osobistym. Na szczęście nie należymy do tych, którzy lubią dodatkowo „podkręcać” atmosferę wokół siebie.

Ale ostatnio wszyscy piszą o tym, że spodziewacie się dziecka.

KATARZYNA: Nie zabiegamy o to, żeby o nas pisano. Nawet tę miłą okoliczność udało nam się uchować przez kilka miesięcy z dala od amoku medialnego – do momentu, kiedy moja figura na tyle ewidentnie nie zbliżyła się do „formy ideału”, czyli kulistej (śmiech), że już nie da się tego ukryć. Sama forma informacji także ma znaczenie. Co innego grzecznie przyznać: „Spodziewamy się zostać rodzicami na początku przyszłego roku i bardzo cieszy nas ta perspektywa” – koniec, kropka! A co innego wersje tworzone przez bulwarową prasę, gdzie krzyczę z każdej okładki: „Tak! Jestem w ciąży! Jestem szczęśliwa!”. Uważam taką ostentację za tandetę i kicz!

MARCIN: Niestety nie mamy wpływu na to, co zrobią z naszymi słowami tabloidy i plotkarskie portale internetowe.

Naprawdę nie macie chęci dzielić się swoją radością z tego, że spodziewacie się dziecka?

 

W zupełności wystarczy nam dzielenie się z rodziną i przyjaciółmi. Przyjęliśmy zaproszenie do rozmowy na łamach „Gali”, mając gwarancję, że z tobą rozmawiamy sobie w mądry sposób o rzeczach ważnych, o życiowych priorytetach, lecz nie wnikając w intymne szczegóły naszego prywatnego życia.

Marcinie, a jak Ty znosisz życie pod obstrzałem paparazzich i dziennikarzy? Jesteś sportowcem i właściwie tylko na zawodach występujesz w świetle jupiterów. Do tej pory mogłeś pozwolić sobie na luksus bycia anonimowym na co dzień.

MARCIN: To prawda, ale jestem dorosłym mężczyzną i potrafię być asertywny. Nigdy nie imponowała mi medialna popularność. Wiem, jaki jestem, co jest dla mnie ważne i niczego nie zmieni fakt, że kilku facetów fotografuje mnie trzydzieści razy dziennie. Nie prowadzę hulaszczego trybu życia, nie lansuję się na każdej imprezie, więc chyba nie jestem zbyt dobrą pożywką dla tych, którzy szukają sensacji. To, że pojawiam się w prasie czy telewizji, niczego nie zmienia w moim życiu – tak samo kocham moją żonę, rodziców, dzieci, będę wciąż miał tych samych przyjaciół, pasje i pracę.

No chyba coś jednak się zmieni, bo na początku roku zostaniesz tatą. Ale na jesieni czekają Cię jeszcze ważne zawody...

MARCIN: W październiku na Mistrzostwach Świata bronić będę dwukrotnego tytułu Pierwszego Wicemistrza Świata i rzecz jasna postaram się walczyć o złoto! Ale potem z radością poświęcę się rodzinie i postaram się na tyle odciążyć Kasię, żeby mogła sprawnie wrócić  do pracy. Wiem, jak to dla niej ważne.

Wiesz, z czym wiąże się bycie ojcem, bo już raz to przeżyłeś.

MARCIN: Jestem ojcem już od 16 lat! Bo tyle mają moja córka Paula i syn Dawid.

Czy dla dziecka Twojego i Kasi będziesz innym tatą? Lepszym? Bardziej doświadczonym?

MARCIN: Mam teraz prawie 40 lat i jestem dojrzałym mężczyzną, bogatszym o wiele doświadczeń i większą wiedzę. Dziś jestem z pewnością bardziej świadomy radości ojcostwa. Jestem o wiele lepiej przygotowany emocjonalnie do tej roli. Kiedy ma się 20 lat, rodzicielstwo spada na człowieka jak grom z jasnego nieba i chcemy wtedy po prostu jakoś sobie z nim poradzić. Brakuje czasu i komfortu psychicznego, żeby w pełni się tym cieszyć i docenić. W okolicy czterdziestki jest zupełnie inaczej. Czekasz na to z pełną świadomością, odpowiedzialnością i spokojnym sercem.

Czy i Ty, Kasiu, uważasz, że lepsze jest dojrzałe macierzyństwo?

KATARZYNA: To nie było kwestią mojego wyboru. Po prostu nie było mi dane wcześniej zostać mamą. Setki kobiet starają się o macierzyństwo nawet przez wiele lat. Dopóki kobiecie pozwala zdrowie i wiek biologiczny, nie należy tracić wiary ani się poddawać! Być może mój obecny stan da wielu dziewczynom nadzieję i utwierdzi je w przekonaniu, że warto cierpliwie walczyć o swoje szczęście. Jeśli jednak los zdecyduje inaczej – nie znaczy to, że kobieta ma czuć się gorszym człowiekiem!

MARCIN: A ja zdecydowanie popieram późne macierzyństwo, późne śluby i późne zakładanie rodziny. Jesteśmy bardziej doświadczeni emocjonalnie, mamy bardziej uporządkowane życie i lepiej znamy samych siebie. Poza tym w tym wieku bywamy już „po przejściach” i mamy na swoim koncie więcej porażek, a nic tak nie uczy i nie wzmacnia jak porażki. 

Jak Wam się wydaje, jakimi rodzicami będziecie?

KATARZYNA: Z podziwem obserwujemy dojrzałych i rozsądnych rodziców. A z drugiej strony uczymy się na fatalnych porażkach tych, którzy wpadli w rodzicielską histerię i zachowują się wobec swoich dzieci jak niektórzy dziadkowie, rozpieszczając je do granic absurdu. Są całkowicie  bezkrytyczni, pozwalają na wszystko, starają się „wychowywać bezstresowo” i... kształtują rozkapryszonego potworka!

MARCIN: Na szczęście jesteśmy ludźmi w rozsądny sposób poukładanymi, lubiącymi we wszystkim równowagę i opanowanie. Pomimo że obydwoje jesteśmy bardzo emocjonalni.

KATARZYNA: Można bardzo kochać swoje dziecko, lecz jednocześnie zapanować nad tym, by nagle nie przewracało całego naszego życia do góry nogami. Oczywiście pojawienie się dziecka bardzo dużo zmienia w życiu każdej rodziny. Niestety część kobiet popełnia ten kardynalny błąd, że po urodzeniu dziecka przestają widzieć świat dookoła, nagle są już wyłącznie matką, zapominając być również żoną! Nigdy bym sobie na to nie pozwoliła. Z przerażeniem patrzę na rodziny, w których mąż nie ma szansy na chwile intymności i bliskości ze swoją żoną, bo w ich łóżku śpi z nimi niemowlę... przez niebagatelne kilka miesięcy albo i dwa lata!

MARCIN: A dziecko dostaje histerii, gdy próbują go uczyć spania we własnym łóżeczku lub pokoju i mamy koniec prawa dorosłych do ich prywatności.

KATARZYNA: I koniec związku. Nic dziwnego, że takie małżeństwa się rozpadają.

A jak wyglądało Wasze dzieciństwo?

MARCIN: Oboje jesteśmy jedynakami.

KATARZYNA: Byliśmy bardzo „zaopiekowanymi” i „zainwestowanymi” dziećmi. Rodzice byli otwarci na nasze potrzeby, ale nie zapominali o swoich.

MARCIN: Nie byliśmy rozpieszczeni, choć na pewno mieliśmy poczucie ogromnej miłości, jaką nam dawano.

KATARZYNA: Pozwolono nam spełniać nasze pasje i nikt nam niczego nie narzucał. W szkole podstawowej chodziłam na różne zajęcia: na malarstwo, taniec, jazdę konną, lekcje angielskiego... Później ze zrozumieniem pozwolono mi pójść w jednym kierunku, który najbardziej mnie interesował. Muzyka.

 

MARCIN: U mnie kończyło się to z różnym skutkiem, bo pamiętam, jak próbowano zainteresować mnie muzyką i wysłano na lekcje gry na fortepianie. Przez dwa lata dzielnie chodziłem na zajęcia, ale tak naprawdę marzyłem o tym, żeby być karateką i uciekałem z lekcji pianina na judo. Kiedy w końcu dotarło do moich rodziców, że muzyka chyba nie jest moim powołaniem, odpuścili, pozwolili mi zająć się sportem i bardzo mnie w tym wspierali.

Jacy byli Wasi rodzice?

KATARZYNA: Byli i są absolutnym autorytetem. Wychowywano mnie w bardzo konsekwentny sposób, wyznaczając wyraźne granice. Pozwalano mi sporo, ale również dużo wymagano. Mając tak dobry przykład od swoich rodziców, warto wychowywać własne dzieci wedle sprawdzonego i uznanego modelu.

MARCIN: Tak właśnie wychowuję swoje dzieci. Oboje z Kasią uczymy je żyć z nami we wzajemnej rodzinnej miłości, umieć okazywać uczucia i o nich rozmawiać, a jednocześnie respektować szacunek dla nas i naszej niezależności.

I tak będziesz wychowywał dziecko, którego oczekujecie z Kasią?

MARCIN: Ze znacznie większym spokojem, niż gdy miałem 21 lat. Nie mam już tylu wątpliwości co kiedyś, nie będę improwizował, bo już wiem, jakie metody sprawdzają się w wychowaniu. Nie zdobyłem szacunku i zaufania moich dzieci ani krzykiem, ani nie daj Boże biciem.

KATARZYNA: Bo ty masz taki wzrok, że wystarczy, że spojrzysz. To spojrzenie nieznoszące żadnego sprzeciwu (śmiech).

Bezstresowe wychowanie? Chów pod kloszem? A może metoda twardej ręki?

KATARZYNA: „Bezstresowo” wychowywany synuś, któremu mamusia jak ciele pozwala tłuc ją po twarzy, kopać i drzeć w niebogłosy, by uzyskał to, czego chce, rośnie na małego terrorystę i dziś palnie mamunię samochodzikiem w głowę, a jutro sięgnie po kij bejsbolowy. Rodzice są po to, żeby wprowadzić w życie małego człowieka pewne zasady i wymagać ich przestrzegania. Klosz? Wychowujesz nieprzystosowanego do życia, rozkapryszonego mięczaka. Twarda ręka zastraszająca dzieci na pewno nie, lecz nie ma nic złego w umiarkowanym karceniu dziecka lub odpowiedniej karze za niegrzeczne zachowania. Złoty środek jest znacznie rozsądniejszy niż jakiekolwiek skrajności. 

MARCIN: Podobnie jest z tematami tabu. Zakazany owoc smakuje najlepiej i problem może narodzić się wtedy, gdy rzeczywiście zasmakuje. Wolę, by nasze dzieci od nas dowiadywały się o istnieniu alkoholu, bezsensowności używania narkotyków czy seksie, niż zdobywały wiedzę na ten temat na imprezach, klatkach schodowych i na podwórku. Tak byliśmy wychowywani my z Kasią i wyrośliśmy na normalnych, rozsądnych ludzi, którzy potrafią pić dobre wino, nie upijając się, a seks traktować jak piękną sztukę erotyki bez fałszywej pruderii. Najlepsza z metod wychowania to dawanie dobrego przykładu i miłości.

Przed Wami dużo ciężkiej pracy.

MARCIN: To w rzeczywistości kilkanaście miesięcy, a może i lat, ciężkiej pracy. Wiedzą o tym przecież wszyscy rodzice. Nie chcę być źle zrozumiany – wychowywanie dziecka to również wspaniały okres w życiu każdej rodziny. Ale są i ciemne jego strony: płacze, bezsenność, ząbki, pieluszki, gorączki, kolki, opiekunki, fochy, zupki i kolejne części ciała rozbite o szafki lub huśtawkę...

KATARZYNA: To cała logistyka, idealne zgranie i zorganizowanie obydwojga rodziców. I umiejętność wzajemnego wspierania się w tych najtrudniejszych momentach. Na szczęście mężczyźni coraz chętniej i częściej biorą aktywny udział w wychowywaniu dzieci i dzieleniu się obowiązkami. I zawsze z podziwem patrzę na takich mężczyzn, którzy nie dzielą swojego świata na męski i żeński i mają prawdziwą frajdę z tego, że udzielają się w opiece nad dzieckiem.

Ale to chyba zaleta głównie ojców po trzydziestce?

MARCIN: Też mi się tak wydaje. Do takich działań jest skłonny mężczyzna trzydziestoparoletni. O wiele lepiej radzi sobie z organizacją czasu, z odpowiedzialnością, wie, jak wspierać żonę i rzeczywiście sam ma z tego radość. Kiedy ja zostałem ojcem po raz pierwszy, działałem jak w amoku, skupiając się głównie na tym, żeby ze wszystkim zdążyć.

Wiem już, że jesteś świetnym ojcem, a jakim jesteś mężem?

MARCIN: Jestem w sumie bardzo przewidywalnym  facetem. Moja żona jest w komfortowej sytuacji, bo mój kalendarz i godziny wyjść z domu, treningów i spotkań są tak stałe, że można według nich regulować zegarek.

KATARZYNA: I nie muszę się bać, że mąż wróci wcześniej do domu (śmiech).

Chodzicie jeszcze na randki?

KATARZYNA: A jakże! Nasza romantyczna wyprawa do Barcelony to jedna z nich! Podróżowanie to nasza wspólna pasja. A Barcelona jest miastem do zakochania! Tętniąca słoneczną, śródziemnomorską obyczajowością, umiłowaniem życia, rodziny, przyjaźni, dobrej kuchni i muzyki. Architektura pięknego, monumentalnego miasta, bajecznych parków i arcydzieł Gaudiego. A jednocześnie południowa aura zmysłowości i namiętności.

Dla niektórych wygląd Marcina jest dosyć kontrowersyjny.

KATARZYNA: Na szczęście przez ostatnie lata Marcinowi udało się, istniejąc i pracując na łamach mediów, zmienić „szufladkowy” sposób myślenia rodaków. Dziś już rzadko kto pozwoli sobie na nieprzemyślany, prymitywny komentarz typu: „to facet z siłowni, paker”... Taki wygląd Marcina to lata ciężkich treningów specjalistycznych i po prostu jego zawód! Dziesiątki złotych medali zdobytych dla Polski na największych międzynarodowych zawodach! Dziś ludzie zaczęli odnosić się do jego zasłużonych sukcesów sportowych z ogromnym szacunkiem. I to wielki Marcina sukces w zmianie mentalności i spojrzenia innych ludzi na sport.

 

MARCIN: Przyklejanie łatek to chyba nasza polska specjalność. Uwielbiamy oceniać i krytykować, wbijać szpilki i komentować, pakować wszystkich w sztywne ramy, pudełka i szablony. Nikt z oceniających mnie po pozorach nie rozmawiał ze mną o moich zainteresowaniach, pracy, priorytetach. Niewielu ludzi, którzy mnie krytykują, wie, czym się zajmuję, że mam na swoim koncie mnóstwo sukcesów zawodowych, wiele zdobytych medali. Są też setki ludzi, którym jako trener pomogłem przemóc swoje słabości i którzy dzięki mnie odzyskali wiarę w siebie – ich radość i wdzięczność to też dla mnie ogromna nagroda. Nie lubię się chwalić, nie przepadam za mówieniem o sobie, więc może dlatego łatwiej mnie ocenić, niż dotrzeć do mnie i dowiedzieć się prawdy.

Nie chciałeś nigdy przejąć kontroli nad tym, co gazety o Tobie piszą?

MARCIN: Trudno walczyć ze słowem pisanym, bo niestety większość ludzi w nie wierzy. Poza tym uprawiam sport, który jest kompletnie nieakceptowany przez społeczeństwo i uważany za najwyższy stopień narcyzmu. Próbuję tłumaczyć, że to, co robię, to nie tylko dźwiganie ciężarów, ale również pomysł na życie, propagowanie zdrowego stylu i właściwych nawyków. Chcę uzmysłowić ludziom, że sport i odpowiedni sposób odżywiania jest ważnym elementem życia. W Stanach moja praca byłaby szanowana i doceniana, bo 80 proc. społeczeństwa ma nadwagę i nie wie, jak prawidłowo się odżywiać – u nas jestem dziwolągiem, który biega z hantlami i wpiernicza marchewkę. Mam nadzieję, że uda mi się zmienić taki sposób myślenia w naszym kraju.

Wasze maleństwo będzie sportowcem czy aktorem? A właściwie to chłopiec czy dziewczynka, wiecie?

KATARZYNA: Wiemy, ale pozostawiamy to w zamkniętym gronie rodzinnym. A jeśli chodzi o to, kim będzie, to niech po prostu będzie szczęśliwe.

MARCIN: Otóż to. Choć ja od najmłodszych lat oswajam dzieci ze sportem. Chciałbym, aby miały zakodowane, że sport i zdrowy styl życia jest częścią naszej codzienności. Bo przecież dzieci uczą się, obserwując rodziców. I to dotyczy niemal wszystkich sfer. Warto też uczyć dzieci języków obcych, żeby tak jak my mogły swobodnie porozumiewać się na świecie.

KATARZYNA: Ale przecież po takich rodzicach ono już się urodzi ze znajomością co najmniej trzech języków i kilkoma medalami (śmiech).

Kasiu, rozumiem, że Ty też przejęłaś sportowe zwyczaje Marcina?

KATARZYNA: Ja zawsze byłam aktywna i usportowiona. Od najmłodszych lat jeżdżę na nartach, trenowałam w dzieciństwie gimnastykę, balet, jazdę konną. Dzięki Marcinowi z pewnością większą uwagę zwracam na naszą codzienną dietę. Tym bardziej że obydwoje uwielbiamy razem gotować, przyjmować gości i biesiadować. Zaraz zresztą mamy zamiar ci to udowodnić (śmiech). Zrobisz z nami wspólnie kolację! Dostajesz nóż ceramiczny i walczysz z cukinią!

Świetnie! Już się nie mogę doczekać. A często spotykacie się z przyjaciółmi przy stole?

KATARZYNA: Bardzo często, bo przecież nic tak nie łączy jak wspólna kolacja i nocne Polaków rozmowy. Uwielbiamy odkrywać nowe smaki i eksperymentować w kuchni.

Dom otwarty?

KATARZYNA: Nasi przyjaciele są tacy jak my – zupełnie normalni, ciepli, pogodni i kochający życie.

Co dla Was jest najważniejsze?

KATARZYNA: Codzienność i normalność. Celebrowanie zwyczajnego, pełnego uczuć życia. Miłość, czułość, bliskość, rodzina. Odbieranie świata wszystkimi zmysłami i delektowanie się nim. Nie zależy nam na markowych ciuchach, samochodach i gadżetach, wolimy wydawać pieniądze na podróżowanie, poznawanie świata.

MARCIN: Przecież i tak wszyscy – biedni czy bogaci – cieszymy się tym samym: miłością, bliskością, rodziną, przyjaciółmi,  słonecznym dniem i dobrym jedzeniem. Zwróć uwagę, że coraz mniej ludzi zauważa rzeczy zwykłe, które sprawiają nam przyjemność. Jakiś dziwny pęd nie wiadomo ku czemu nakazał nam gromadzić dobra doczesne i cieszyć się pieniędzmi. A przecież w życiu oprócz pieniędzy jest tyle innych rzeczy, które sprawiają, że jesteśmy szczęśliwi.

O czym marzycie?

KATARZYNA: Moim marzeniem nigdy nie były ani wielkie pieniądze, ani hollywoodzka kariera, ani nadzwyczajne luksusy. Cieszę się, że udaje mi się pracować w zawodzie, który jest moją pasją i że udało mi się przez 20 lat pracy zyskać szacunek ludzi, którzy przychodzą na moje spektakle i kupują moje płyty. Jestem spełnioną aktorką i muzykiem. Rodzinnie – moje marzenie spełnia się w naszym domu, obok Marcina, rodziny i przyjaciół.

MARCIN: Ja marzę o tym, żeby trochę powiększyć kuchnię, bo nie mieścimy się już z tymi wszystkimi przyprawami, garnkami i patelniami (śmiech). A tak na poważnie, to moje marzenia już się spełniają: chciałbym moim szczęściem i miłością móc jak najdłużej dzielić się z moją rodziną, Kasią i naszym dzieckiem. I naszym spanielem – Lwem, bo poczułby się rozżalony, że o nim nie wspominamy!