Wracacie na szklany ekran jako para...

Katarzyna: A na-wet para-ra-ra! Bo parą jesteśmy od wielu lat. Parą wiernych przyjaciół, parą pozytywnie zakręconych wariatów, kochających ludzi i życie i parą... strasznych świntuchów. Jako duet telewizyjny powracamy na ekran po półtorarocznej przerwie. W teatrze gramy wspólnie bardzo dużo spektakli. Głównie musicalowych i komediowych. Dobra satyra to formuła, którą oboje z Piotrkiem kochamy. Pozwalam sobie powiedzieć za nas oboje, bo znamy się jak łyse – niczego nie ujmując Piotrusiowi – konie, na tyle dobrze, że wiem, co Piotr kocha.

Piotr: Oj tak, Kasiu, ty dobrze wiesz, co ja kocham...

Teraz prowadzicie razem program o wypiekach. Czy robicie to z wypiekami na twarzy?

Piotr: Oczywiście! Zawsze gdy jestem blisko Kasi, mam wypieki...

Katarzyna: Gąs, uspokój się!

Piotr: A tak na poważnie: to fajny program i dla mnie szalenie interesujący, bo w trakcie kręcenia poznaję nowych ludzi. Powiem szczerze, że bardziej jestem ciekaw ludzi, a ciasteczek mniej.

Katarzyna: To program bardzo pogodny, sympatyczny i pełen świetnych przepisów dla widzów, którzy lubią słodkości. Sama dowiaduję się tu ciekawych rzeczy. Na przykład w staropolskich czasach, kiedy na świat przychodziła dziewczynka, wyrabiano i przygotowywano ciasto na piernik, po to by został podany na jej wesele. Zatem piernik jest ciastem, które może leżakować kilkanaście lat i nawet po takim czasie jest smakowite.

Piotr: I stąd wyrażenie „stary piernik”. Uważasz, że to określenie do nas pasuje? (śmiech)

Katarzyna: My nie leżakujemy... a taki piernik może przez lata być jeszcze długo smaczny.

Piotr: Uważasz, że my wciąż jesteśmy smaczni i atrakcyjni? Bo ty, Kasiu, dla mnie jesteś bardzo atrakcyjna...

Katarzyna: Gąs!

Fajnie mieć takiego radosnego przyjaciela. Ja zazdroszczę. Bo często mamy przyjaciół takich od smucenia się, narzekania.

Katarzyna: My nie narzekamy, my czasem sobie klniemy na jakieś sytuacje. Fajnie, że mam Piotra, ale Piotr też ma bardzo fajnie, że ma mnie.

Piotr: Przy Kasi mogę stosować skróty myślowe. Mamy wypracowany pewien kod porozumiewania się. I to jest coś, czego nawet nie jestem w stanie wytłumaczyć. Na przykład ja się przy Kasi nie wstydzę. Prawda, Kasiu?

Katarzyna: No, nie wstydzisz się... Zaraz zacznę opowiadać, co mi pokazujesz w kulisach podczas spektaklu, żeby mnie rozśmieszyć...

Co? Co?

Piotr: Żeby cię rozśmieszyć?! Źle to ujęłaś! Żeby cię zachwycić! (śmiech)

Zatem czym Piotr tak zachwyca w kulisach?!

Katarzyna: Bywa bardzo pomysłowy: przodem, tyłem lub profilem.

Piotr: Ale mówiąc poważnie, od tylu lat jestem Kaśką zachwycony. Teraz gdy pracujemy na planie „Polskiego turnieju wypieków”, nie zawsze trzymamy się tekstu. Improwizujemy z naszym sytuacyjnym poczuciem humoru, a gdy umknie mi jakieś słowo i na moment zamilknę, ona momentalnie przechwytuje wątek.

Katarzyna: Kobiety tak mają...

Piotr: Gdy pracuję z Kaśką, mam gwarancję, że nawzajem nie damy sobie utonąć.

Także zawodowo nie daliście sobie nawzajem utonąć.

Piotr: Kiedy nagle okazało się, że mam być nowym prowadzącym „Taniec z gwiazdami”, przyszedłem na plan w przeddzień programu na żywo nieprzytomny ze strachu. Kasia była tą osobą, która mnie uspokajała, która oprowadziła mnie za rękę po studiu i dodawała otuchy: „Spokojnie, dasz radę, na luzie i z humorem, zobaczysz”. A to było to, czego wtedy bardzo potrzebowałem. Wiedziałem, że Kasia też przeżywa stres, że ma nowego współprowadzącego.

Katarzyna: Wręcz przeciwnie. Zero stresu! Gąsa błyskotliwe poczucie humoru pozwala zawsze spadać na cztery łapy nie tylko jemu, ale również ludziom z nim pracującym. Taka praca jest prawdziwą frajdą!

Przyjaźń polega też na tym, że kiedy przyjaciel ma gorszy moment, to mu się pomaga. Wy wspieracie się zawodowo?

Katarzyna: Oczywiście. Co w tym złego? Na tym także polega przyjaźń. Rekomendujesz do pracy człowieka, co do którego masz pewność, że wykona ją na najwyższym poziomie. Daje to wielki komfort nie tylko tobie, ale również całej ekipie.

Piotr: Ale nie mów tego głośno, żebyśmy nie byli posądzeni o kumoterstwo.(śmiech)

Katarzyna: A czego tu się wstydzić?! To Piotr zaproponował producentom telewizji TLC współpracę ze mną i mam nadzieję, że efekty naszego zgrania na ekranie ucieszą i oko, i ucho widzów „Polskiego turnieju wypieków”.

Z tego, co widzę, łączy Was prawdziwa przyjaźń. Ale powiedzcie, jak się poznaliście? Bo nie w szkole teatralnej. Piotr skończył ją dużo wcześniej...

Piotr: Przygarnąłem Kaśkę z ulicy. Umyłem, uczesałem, popsikałem, żeby lepiej pachniała. (śmiech)

Katarzyna: I jeszcze wstawiłeś mi zęby. Szkoda tylko, że twoje. Z demobilu... (śmiech)

Piotr: Bardzo przepraszamy, ale to jest nasz poziom żartów.

Katarzyna: Nie, nie łudź się. Jest jeszcze gorzej. (śmiech)

Piotr: Pierwszy raz dowiedziałem się o Kaśce, pamiętam to jak dziś, gdy była bodajże na czwartym roku szkoły teatralnej i...

Katarzyna: ...i zamykałeś się ze mną w łazience. To znaczy z okładką „Playboya” ze mną!

Piotr: Nie przerywaj mi, proszę. Ze starszym rozmawiasz! Szacunek mi się należy!

Katarzyna: Przepraszam. (śmiech)

Piotr: Pamiętam, że byłem na jakimś koncercie w Akademii Teatralnej i Jan Englert, ówczesny rektor uczelni, zapowiedział Katarzynę Skrzynecką. Wspaniałą, uzdolnioną studentkę i piosenkarkę. Nie wiem już, co to była za impreza, ale pamiętam, że wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Kasię.

 

Co wtedy pomyślałeś?

Piotr: Że jest to świetna dziewczyna. Znakomita. Zaimponowała mi swoim talentem. I stała na scenie taka śliczna, efemeryczna, pastelowa, delikatna blondynka...

Katarzyna: To na pewno o mnie?

Piotr: No właśnie. Okazało się bardzo szybko, że z Kaśką jest taki ambaras, że jej zewnętrze nie zawsze konweniuje z jej wnętrzem, jej poczucie humoru jest poczuciem humoru męskim i że ona w ogóle ma męski punkt widzenia. I dlatego Kaśka bardzo dobrze czuje się w męskim towarzystwie. Pamiętam, że po recitalu siedzieliśmy, piliśmy wódeczkę i Kaśka nagle „wyprowadziła armaty”. Przysięgam – mówię to z pełną odpowiedzialnością, jako że jestem zbieraczem żartów, anegdot, dowcipów – nie znam drugiej kobiety, która by znała tyle dowcipów i opowiadała je w tak genialny sposób!

Katarzyna: Może wówczas powiedziałam też żart o parze staruszków, którzy postanowili przypomnieć sobie lata seksualnej świetności? Nagle w trakcie dziadulinek głośno dyszy: „Łoooj... Łoooj!”, na co babulinka: „Marian, ty dochodzisz czy odchodzisz?”.

A Ty, Kasiu, pamiętasz pierwsze spotkanie z Piotrem?

Katarzyna: Tak! Piotr brawurowo prowadził telewizyjne „Kalambury”, a ja podziwiałam go przed telewizorem, siedząc jeszcze ze smoczkiem na nocniczku, oczywiście.

Piotr: Siedziałaś na nocniczku w wieku 20 lat?!

Katarzyna: No dobra, byłam wtedy świeżo upieczoną absolwentką szkoły teatralnej i nawet nie marzyłam o tym, by znaleźć się w słynnym programie Gąsa, a tu nagle mnie zaprosili. Ubawiliśmy się przednio. A ostatnio, po prawie 18 latach, kiedy „Kalambury” wracają na antenę, przypomniano nam ten odcinek. Rrrany! Jak myśmy wtedy wyglądali?!

Piotr: Ja miałem dekatyzowane dżinsy zapięte na pasek powyżej pępka i kraciastą koszulę. No i miałem wtedy wiry włosów...

Opowiadacie, jak się ze sobą pierwszy raz zetknęliście. Ale chyba jeszcze nie wtedy narodziła się Wasza przyjaźń?

Katarzyna: Jestem w stanie o Piotrku opowiedzieć tyle serdecznych historii i ciepłych słów, że ktoś by pomyślał: „Ale sobie lukrują”. O tym, że jest świetnym aktorem, komikiem i ma niedoścignione, błyskotliwe poczucie humoru, wie każdy. Ale nie każdy wie, że na przykład Piotrek mówi biegle w trzech językach: rosyjskim, angielskim i francuskim. Super gotuje! Gra na fortepianie i na perkusji, bardzo dobrze śpiewa, z rasową, cockerowską chrypą. Powinien częściej robić to na scenie, choć wiem, że troszkę się wstydzi – zupełnie niepotrzebnie.

Piotr: To wszystko, co o moich talentach mówi Kasia, weź w cudzysłów... A swoją drogą – uważasz Kasiu, że mój głos jest po cockerowsku erotyczny?

Katarzyna: Jeszcze jak! I nie miałam tu na myśli cocker-spaniela.

Prowadzicie razem program – to zawodowo. A prywatnie co naprawdę lubicie razem robić?

Piotr: Hmm... żartować o erotyce. I chyba dobrze nam to wychodzi... I prywatnie, i zawodowo.

Katarzyna: Na spektakl, który gramy w teatrze Capitol, „Sceny dla dorosłych, czyli sztuka kochania” – bardzo zabawną i dobrą satyrę o seksie – widzowie przychodzą po kilka albo kilkanaście razy. Gramy w wielu miastach Polski i często podróżujemy razem autem, w którym przegadaliśmy wiele, wiele godzin. Gadamy o życiu, o różnych sytuacjach: i tych dobrych, i tych złych i trudnych, z którymi się zmagamy i których nie rozumiemy.

Piotr: Dużo klniemy w trakcie tych podróży. (śmiech)

A zdarzają się łzy i pocieszanie?

Katarzyna: Piotr nigdy nie wypłakiwał się w mój mankiet...

Piotr: Ale ty miewałaś trudne chwile...

Katarzyna: Jak każdy. I czasem warto pogadać o tym z przyjacielem.

Inaczej się przyjaźni z kobietami, inaczej z facetami?

Katarzyna: Jasne. Piotr daje mi dużą dozę obiektywizmu w stosunku do płci przeciwnej. Ja często zachowuję wyrozumiałość i życzliwość dla mężczyzn tam, gdzie innym kobietom już jej brakuje. Fajnie jest mieć przyjaciela faceta, którego nie wstydzisz się zapytać: „Słuchaj, coś się nie układa w moim związku. Powiedz mi jako facet: co ja robię źle? Bo ja swoich błędów pewnie nie widzę. Powiedz mi, co ciebie, jako mężczyznę, mogłoby we mnie denerwować?”.

Piotr: Wiesz o tym dobrze, kochana, że mnie w tobie denerwuje właśnie twój stosunek do mężczyzn! Zagłaskujesz i rozpieszczasz. Uważam, że Skrzynka jest zbyt wyrozumiała, zbyt grzeczna. A facet musi czuć – mówię to wbrew sobie...

Katarzyna: No mów, mów...

Piotr:...facet musi wiedzieć, że nie do końca jest właścicielem kobiety. Musi czuć się cały czas zazdrosny. A Kaśka jest taka potulna, jak już się zakocha.

Czyli namawiasz Kasię, żeby była trochę niedostępna?

Piotr: Tupnij nogą, Skrzynka! Przecież masz czym tupnąć! (śmiech)

Katarzyna: Oj, przestań, moje uda są „very sexy”, grubsza jest już tylko Kolumna Zygmunta. (śmiech)

Czy to jest przyjaźń, czy to może jest już kochanie?

Katarzyna: O innych sprawach gadasz z przyjaciółką, a co innego mieć fajnego, mądrego kumpla...

Ale jak to się stało, że się w sobie nie zakochaliście?

Piotr: Bo jesteśmy jak bliscy kuzyni.

Katarzyna: Przecież widać to rodzinne podobieństwo. (śmiech) A tak serio: każde z nas zawsze było w swoich innych związkach.

Czy Wy sobie czegoś zazdrościcie?

Katarzyna: Ja Piotrowi smakowitej Ani Głogowskiej! (śmiech)

Piotr: A ja Kasi wszystkiego! A z talentów, o których wiedzą tylko najbliżsi, umiejętności pisania sprośnych limeryków! Kasiu, zacytuj jeden, proszę. Taki najmniej erotyczny, żeby nie zgorszyć nikogo...

Katarzyna: Takich nie mam! (śmiech) OK, wybiorę najłagodniejszy: „Pewien rycerz w starodawnej Świdnicy/ chciał dogodzić niezbyt pięknej dziewicy./ Aż tak szpetnej niestety,/ iż pomimo podniety/ posiadł był ją w opuszczonej przyłbicy!”.

 

Skoro zrobiło się nieco erotycznie, chciałabym wrócić do scen dla dorosłych. Pamiętacie, jak czytaliście „Sztukę kochania” Michaliny Wisłockiej?

Piotr: Byłem w podstawówce i pamiętam ten skandal obyczajowy, kiedy pojawiła się ona w księgarniach. Zaraz po tym nie można było jej zdobyć, ale ktoś przyniósł ją do klasy. Myśmy sobie tę książkę wyrywali, studiowali z wypiekami na twarzy. W tej siermiężnej komunie seks był tematem tabu. Pamiętam, co na mnie robiło największe wrażenie: narysowane czarno-białe figurki, określające pozycje miłosne. Wtedy o stosunku seksualnym nie wiedziałem kompletnie nic i to był dla mnie prawdziwy wstrząs. A na przykład mój syn zupełnie takich rzeczy nie przeżywa. On się o tym uczy w szkole. U niego jest poważnie. A myśmy wszyscy chichotali, wstydliwe to było... Nie patrzyliśmy sobie w oczy. Dziś jest zalew treści erotycznych. A wtedy była pani Michalina i wytarte żółte karteczki...

Katarzyna: Wtedy to wszystko było bogobojne, wstydliwe i przemoralizowane, było fuj. Sprawiało, że ta sfera robiła się zakłamana. Dziś w sprawach seksu mamy więcej swobody i poczucia humoru. Możemy sobie pozwolić na bardziej frywolne żarty, również na scenie. Pamiętajmy jednak, że sprośne słowa w ustach rubasznej kobiety czy prostackiego faceta brzmią wulgarnie, niesmacznie, ordynarnie. Natomiast żart w umiejętny sposób powiedziany przez inteligentnego dżentelmena, jak Gąs, jest uroczy. Piotrek z tak ogromnym wdziękiem mówi wyrazy powszechnie uznawane za niecenzuralne. (śmiech)

W Waszym spektaklu używacie jednak określenia „to straszne słowo na O”, czyli „orgazm”.

Katarzyna: W języku polskim niestety cała sfera nazewnictwa seksualnego jest albo brzydka, albo medyczna. Brak złotego środka. Trzeba coś z tym zrobić. I takie spektakle temu sprzyjają.

A macie własne słówka, które określają te sfery? Swój wymyślony język miłości?

Katarzyna: To już słodkie tajemnice alkowy. Ale warto i przyjemnie jest ze sobą rozmawiać, oprócz tego, że się działa w tej sferze. (śmiech) Polecam.

W spektaklu nabijacie się mocno z instytucji małżeństwa. Pada tam pytanie: „A pan samotny czy żonaty?”. I odpowiedź: „Jedno nie musi wykluczać drugiego”...

Piotr: I trzeba sobie wyraźnie powiedzieć: my nie rozbijamy tym spektaklem instytucji małżeństwa.

Katarzyna: Może właśnie rozbijają ją ci, którzy nie potrafią sobie w sposób fantazyjny i przynoszący radość zorganizować sfery seksualnej? Skazują się na bardzo nudne małżeństwo. I na samotność w małżeństwie. Sfera życia seksualnego powinna być radosna i smakowita. I zajmować ważną część naszego życia.

Piotr: To jest coś, co napędza w ogóle świat! Gdyby nie seks, gdyby nie emocje związane z erotyką, nie byłoby literatury, nie byłoby dramatów, sztuk teatralnych.

W sztuce pada zdanie, że każdy dorosły człowiek miewa problemy z seksem. To prawda?

Piotr: Każdy, bez wyjątku, miał moment kłopotliwej sytuacji. Pamiętam mój pierwszy raz. Był fatalny. Uciekłem. To był jakiś koszmar. Przez pół roku unikałem koleżanki.

Katarzyna: Trzeba było przyjść do mnie, do podstawówki, ja bym ci wszystko wytłumaczyła. (śmiech)

Kasiu, a Twój pierwszy raz?

Katarzyna: Szałowy, aż warto było natychmiast go powtórzyć jeszcze raz i jeszcze raz! (śmiech) W łóżku też trzeba mieć poczucie humoru. Nie ma nic bardziej żałosnego niż dwoje śmiertelnie poważnych zapaśników mocujących się ze sobą w pościeli. I gdy jedynym urozmaiceniem bywa inny kolor piżamy. Chociaż światło i tak jest zgaszone. (śmiech)

Piotr: Ale to by potwierdzało teorię, że najbardziej erogennym punktem jest mózg. Bo do niego nie trzeba mieć zapalonego światła. (śmiech)

A chodziliście do seksuologa? Bo w spektaklu gracie genialną scenę: dwoje pacjentów w poczekalni do gabinetu seksuologa.

Piotr: Ja nie byłem nigdy u seksuologa! Ta sfera jest dla mnie bardzo tajemnicza i w jakimś sensie rozgrywa się poza ciałem. Ja nazywam dobry seks odfruwaniem. Odfruwasz wtedy, kiedy nie traktujesz tego mechanicznie. Przecież wielokrotnie – przepraszam za szczerość – zdarzały się wielu mężczyznom „przygody”, ale odfruwasz tylko wtedy, gdy jest uczucie. Po prostu orgazm orgazmowi nierówny. (śmiech)

A Twój rekord?

Piotr: Jakbym powiedział, to nawet redaktor naczelny „Playboya” by tego nie przełknął. (śmiech) A szczerze mówiąc, nie prowadziłem nigdy takich statystyk. Tym bardziej że liczy się jakość, a nie ilość.

Czy powinniśmy przestać się wstydzić porad seksuologa?

Katarzyna: O sferę erotyki warto dbać i rozbudzać ją umiejętnie. Znam ludzi, którzy są młodzi, efektowni, ładnie wyglądający i kompletnie aseksualni, nie potrafią czerpać z tej sfery życia. A znam też dobiegających siedemdziesiątki, którzy mają wciąż kwitnące, udane pożycie. Traktują sferę seksualności z sympatycznym pieprzykiem i są dzięki temu wciąż młodzi. Zawsze seksowni, pomimo, wydawałoby się, dojrzałego wieku. Sama będę do tego w życiu dążyć, bo uważam, że to pozwala człowiekowi na zachowanie młodości.

Ile razy dziennie myślicie o seksie?

Piotr: To ciekawe pytanie. Myślę, że to mi towarzyszy cały czas, że jest to immanentna część mojego życia.

A Ty, Kasiu?

Katarzyna: Mówiliśmy już przecież, że jesteśmy podobni. (śmiech) Bywamy frywolni, ale cóż jest złego w myśleniu o rzeczach pięknych, radosnych i przyjemnych? Jeżeli moje fantazje mogą być spełniane z kimś, z kim jestem szczęśliwa, czyli z mężem, to cudownie. Cenię każdą taką chwilę, bo zbyt łatwo niestety można to stracić.

Skoro jesteście frywolni, to opowiedzcie o najdziwniejszym miejscu, w którym „to” robiliście.

Piotr: Moje wspomnienie nie przejdzie przez cenzurę redakcyjną...

Odwagi!

Piotr: W samolocie... parę tysięcy kilometrów nad ziemią.

Katarzyna: No to żeś się przeleciał! Ale chyba nie ty pilotowałeś?!

Piotr: Są podobno tacy, którzy specjalnie tylko po to latają... (śmiech)

 

Kasiu, czy według Ciebie Piotr nie jest erotomanem gawędziarzem?

Katarzyna: Przeciwnie, jest „głęboko praktykujący”.

Piotr: Ależ ja nigdy nie byłem typem szybkiego podrywacza, bo musi mnie zainteresować najpierw człowiek. Jeśli mówimy o pewnego rodzaju niegroźnych „bezkrwawych łowach”, to jestem nimi już coraz mniej zainteresowany. Mam po prostu bardzo udany stały związek.

Co Was łączy poza poczuciem humoru?

Katarzyna: Jesteśmy oboje zapalonymi podróżnikami. Dobrze gotujemy i lubimy spontanicznie gościć przyjaciół.

Piotr: I również to, że jesteśmy naprawdę dobrymi ludźmi.

Katarzyna: Niektórzy mawiają: „Czasem lepiej mieć pracę, niż mieć rację”. A my wolimy jak lew walczyć, jeśli dzieje się komuś krzywda czy jawna niesprawiedliwość.

Piotr: I podobnie przeżywamy to, że ktoś kopie nas w tyłek.

Robicie program o słodkościach, gracie w „Scenach dla dorosłych”, wyobraźmy sobie, jak by to wyglądało, gdybyście razem poszli do łóżka...

Piotr: Mogłoby być śmiesznie...

Katarzyna: Piotrek włożyłby ciemne okulary, ja odpięłabym treskę, odkleiła rzęsy. Piotrek klepnąłby mnie w plecy i powiedział: „No, stary, powiedz jakiś nowy dowcip”.

Piotr: Eee tam! Wióry by leciały, normalnie wióry!

Katarzyna: Gąs, spokój. (śmiech) A tak serio: raczej ze względu na charakter jako para nie dalibyśmy sobie ze sobą rady. Piotrek bywa roztargniony, ja bywam roztargniona i w takiej konfiguracji raczej stracilibyśmy jedyne dwie głowy, jakie mamy. Natomiast Piotra ukochana Ania umie go okiełznać.

Piotr: Tak, Ania jest pod tym względem niesamowita.

A co na to Wasi partnerzy? Na tę Waszą przyjaźń?

Katarzyna: Ja mam z Piotrem, i w zasadzie tylko z Piotrem, pewną formułę żartowania, która jest dozwolona wyłącznie między nami dwojgiem. Mój mąż Marcin nie bywa o to zazdrosny. Ceni Piotrka i darzy serdeczną przyjaźnią.

Piotr: Nasi partnerzy dobrze się znają, bo my spędzamy ze sobą bardzo dużo czasu w pracy i poza nią. Od wielu lat wyjeżdżamy razem na wakacje, na ferie. We włoskich Alpach co roku z trzydziestoosobową ekipą przyjaciół wyżywamy się na nartach i snowboardzie. Są tam długie wieczory po szaleństwach na stoku przy kominku, pełne humoru i swoistych żartów.

I naprawdę nigdy nie przyszło Wam do głowy...

Piotr: Uważam się za stuprocentowego faceta i dlatego mam zasadę, że kobieta zaangażowana w związek, w uczucie z kimś, kogo znam i lubię, jest nietykalna. To jest tak zwane pyrrusowe zwycięstwo, jeżeli uda się mieć seks, nawet jeśli byłby to dziki seks z...

...z przyjaciółką.

Katarzyna: Za to mamy ze sobą dziki śmiech. Zdarza nam się dzwonić do siebie o drugiej w nocy, tylko po to, by opowiedzieć sobie dowcip. I wyjemy ze śmiechu przy telefonie jak wariaci.

Piotr: I dzieje się to zupełnie na trzeźwo! A wracając do przyjacielskiego seksu, my sobie możemy żartować, flirtować, wygłupiać się na ten temat, ale są pewne rzeczy, których nie zrobię, bo jesteśmy tylko i aż przyjaciółmi. Poza tym nawet zakładając, że mogłoby się coś takiego między nami wydarzyć, to jak ja byłem sam, to Kaśka nie była. I odwrotnie. Nigdy nie trafiliśmy na taki moment, że byliśmy bez pary równocześnie. Powiem więcej: dzięki temu, że mamy tak udane związki, mamy tak udaną przyjaźń.

Katarzyna: Ale żeby nie zrobiło się tu zbyt moralnie pod koniec rozmowy, no to dobra, pora się przyznać: wylądowaliśmy raz we wspólnym jacuzzi, a ja nie miałam góry od kostiumu kąpielowego...

No nareszcie! I co? I co?

Katarzyna: Gąs miał zdjęte okulary i w ogóle nie widział, czy ktoś poza nim siedzi w jacuzzi! (śmiech)

Piotr: Ja już sobie wyobrażam wyrwane z kontekstu niektóre zdania i zwierzenia z tego wywiadu... No po prostu wyjdziemy na parę zboczeńców... (śmiech)