Gala: Grasz w wielu spektaklach teatralnych, koncertujesz, od kilku sezonów jesteś jurorką programu „Twoja twarz brzmi znajomo”  w Telewizji Polsat. Jak znajdujesz jeszcze czas na życie rodzinne?

Katarzyna Skrzynecka: Zdecydowanie odwrotnie! To życie rodzinne, czyli mój priorytet, pozwala mi znajdować czas na pracę. Koordynujemy z mężem precyzyjnie nasze dni i godziny pracy tak, abyśmy jak najwięcej czasu mogli spędzać wspólnie z córką.

Co wtedy najchętniej robicie?

Celebrujemy radość życia, wszystkie wspólne aktywności. Na przykład: warsztaty kulinarne, plastyczne, sportowe, wycieczki, naukę angielskiego, pisania lub matematyki przez zabawę, teatr. Albo po prostu wspólną radość prowadzenia domu i przyjmowania gości.

Jak wygląda Wasze codzienne życie?

Alisia chodzi już do szkoły, do zerówki. Ja, nawet gdy muszę wyjechać z teatrem lub koncertami, zawsze wracam nocą, choćby z krańca Polski, by poranki były rodzinne i szczęśliwe!  Odwożę córeczkę do szkoły i oboje  z mężem większość dnia pracujemy. Ja w moim zawodzie, jeśli gram dużo spektakli i koncertów, jestem w stanie wypracować znacznie wyższą pensję niż mój mąż jako trener sportowy. Oboje to rozumiemy i Marcin poświęca się często obowiązkom domowym. Sam na co dzień pracuje jako trener personalny i dietetyk, będąc jednocześnie czynnym zawodnikiem w kadrze Polski. W tym roku wywalczył tytuł podwójnego mistrza świata w kulturystyce klasycznej. To najwyższe trofeum, jakie może zdobyć sportowiec!

Jesteś z niego bardzo dumna  i doceniasz to, co robi.

Dumna z zawodowca, a zakochana  w cudownym mężu i ojcu! Chwała mu za to, że codziennie robi zakupy, świetnie gotuje, zajmuje się dzieckiem, prowadzi dom. I podziwiam naprawdę,  że nie uważa rozwieszenia prania, załadowania zmywarki czy odkurzenia domu za zajęcia niemęskie. Wręcz przeciwnie, często mówi: „Żono, bidulo, harujesz na całą rodzinę – podróż, dwa spektakle dziennie. Jak ja od ciebie miałbym oczekiwać, że jeszcze  w nocy będziesz mi tu latać z odkurzaczem?”.

Tak opiekuńczy mocarz jest stokroć bardziej męski niż pięciuset innych macho w wypasionych autach. Gdyby nie pomoc Marcina i jego absolutne oddanie rodzinie, nie byłabym  w stanie pracować tak intensywnie.

Jesteś szczęściarą.

Ogromną. I każdego dnia Marcinowi za to dziękuję! Dowartościowuje mnie i dzieci, doceniając wszystko, co robimy. Okazuje uczucia, nie uważając,  że mówienie „kocham was” kilka razy dziennie jest niemęskie. To jest właśnie najbardziej męskie. Dostałam naprawdę wielki prezent od losu! Dlatego sama też staram się być superżoną, supermamą i pielęgnować naszą miłość. Doceniam mojego męża na każdym kroku, wspieram go zawodowo  jako sportowca, promuję jego sukcesy.

Jako małżeństwo jesteście  wspaniałym wzorem dla córki.

Alisia wychowuje się w rodzinie, która nie zna histerii, agresji ani „cichych dni”. Nasz dom jest pełen pogody, ciepła i poczucia humoru. Najczęściej usłyszysz tu serdeczny śmiech, nasz  i dziecka. Żona i córki dostają od taty, męża kwiaty bez okazji.

Kiedy tylko  to możliwe, razem z Alikią i starszą córką Paulą, która już ma 22 lata, jeździmy razem wspierać tatę i kibicować mu na zawodach.

Czym jest dla Was dom?

Miłością i azylem, do którego zawsze wracamy jak na skrzydłach. Nauczycielka Alikii w szkole pokazała nam pracę plastyczną dzieci pt. „Dom”. Wzruszyło ją, że praca naszej córki  jako jedyna nie była tylko wyklejanką z kawałków gazet. Była pracowicie skomponowanymi wizerunkami uśmiechniętych ludzi: dzieci i dorosłych wyciętych z gazet...

Chronicie córeczkę przed światem?

Alisię uczymy również tego, że nie wszystko w życiu zawsze udaje nam się zrobić tak, jak byśmy chcieli. Że warto się starać, każdą rzecz zrobić jak najlepiej, ale nie wszystko zależy od nas. Ludzie niekoniecznie zawsze cię docenią. Ale to, że nie usłyszysz  dobrych słów, nie zobaczysz uśmiechu, wcale nie oznacza, że zrobiłaś coś źle albo masz się czuć gorszym człowiekiem. Kiedy nie powiedzie mi się  w pracy albo Marcinowi nie uda się zdobyć medalu – to rzadkość – specjalnie zwracamy na to uwagę, mówiąc Alisi: „Zobacz, kompletnie mi nie  wyszło”. I staramy się to traktować  z uśmiechem.

Jak ona wtedy reaguje?

„Nie martw się, mami, to nie była twoja wina, bardzo się starałaś. Następnym razem na pewno uda się lepiej”. Wymyślamy też coś, co pozwoli nam fajnie spędzić czas i zapomnieć o porażkach. Dużo rozmawiamy, starając się wyciągnąć konstruktywne wnioski.

Traktujecie Alisię po partnersku?

Zdecydowanie.

Alikia jest inteligentną i rezolutną dziewczynką.

Z sześcioletnią córką rozmawiam na wiele poważnych tematów. O tym, dlaczego chodzi się na „czarne marsze”, by kobiety miały prawo do badań i operacji prenatalnych. O tym, co to są operacje w łonie matki, co to jest autyzm, czym jest niepełnosprawność fizyczna, a czym upośledzenie intelektualne i jak takim ludziom możemy pomagać. O tym, że są na świecie różne religie i ludzie nie powinni prowadzić wojen o to, w których bogów chcą wierzyć... O tym, że wujek mieszka i żyje jak rodzina z wujkiem, nie mają żon i też mają prawo być razem szczęśliwi. Jej rozsądek  i dojrzałość w takich dyskusjach są poruszające i fascynujące.

Staramy się też z Marcinem uczyć ją odporności – nie tylko na życiowe niepowodzenia, ale i na wrednych ludzi. Pokazuję lub opowiadam jej przykłady tego, jak ktoś zachował się paskudnie. Po to, by wiedziała, że może być też na to w życiu narażona i jak powinna się wtedy zachować. W jaki sposób takich ludzi rozpoznać i jak ich od siebie izolować. Jeśli w szkole są dzieci, które zachowują się niemiło w stosunku do innych, nie powinna pozostawać wobec nich całkowicie bezbronna, tylko musi umieć odpierać atak.

Jesteś wymagająca wobec swojej córki czy raczej pobłażliwa?

W zdrowy sposób wymagająco-kochająca. Alikia jest dziewczynką radosną  i pogodną, ale też bardzo poukładaną. To ja bywam czasem roztargniona,  a ona mnie pilnuje: „Mami, miałyśmy dziś zrobić to i to”.

Lubisz to?

Kocham! (śmiech)

Wychowujesz Alisię tak, jak sama zostałaś wychowana?

Podobnie. Wspominam swoje dzieciństwo jako szczęśliwe, a rodziców kochających, ale wymagających w kwestiach nauki i kultury osobistej. Wychowywali mnie tak, bym wyrosła na silną dziewczynkę, była odpowiedzialna i zorganizowana, ale jednocześnie, bym nie miała dzieciństwa na siłę zabieganego jak korpoludek.

Obserwowałam Ciebie i Alisię podczas sesji. Łączą Was fantastyczne relacje.

A jakie miałyby być z ukochanym, wymarzonym dzieckiem, które jest  całym moim światem? Bawimy się jak wariaty, wygłupiamy, mamy swój abstrakcyjny świat. Opowiadamy sobie czasami jakieś „pierdolamenty”, z których się śmiejemy, wiedząc, że to wygłupy. Cieszę się, że moje dziecko ma tak totalne, urocze poczucie humoru.

Jak bardzo zmieniło Cię macierzyństwo?

Zawsze byłam bardzo rodzinna. Ale wychowywałam się jako jedynaczka  i nie miałam kontaktu z malutkimi dziećmi. Jako przyszła mama nie miałam więc kompletnie doświadczenia. Wiedziałam tylko, że kiedy pojawi się na świecie moje własne dziecko, będę je kochać nad życie. Ten etap oczekiwania był dla mnie kompletnie nieznanym światem: byłam pełna obaw, czy nie będę matką ciamajdą, „dwie lewe ręce”, jak szybko nauczę się fachowo oporządzać maleńkie dziecko, rozumieć jego sygnały... Nie sądziłam, że wejście w ten świat, zasymilowanie go nastąpi tak błyskawicznie, już pierwszej doby. Nagle okazuje się, że wszystko, czego się najbardziej bałaś, robisz tak, jakbyś robiła to całe życie. Wiem, że wiele mam jest zmęczonych nocnym wstawaniem do dziecka, ja nigdy nie byłam. Miałam wrażenie, jakbym  nagle stała się kobietą, która została stworzona po to, by być mamą i całkowicie się temu światu dziecka poświęcić. Wiesz, co dla mnie jest zjawiskiem niezwykłym i przecudownym? Że taka maleńka istotka – i dokładnie to samo twierdzi mój mąż Marcin – potrafi dać ci tak ogromną siłę. Do nieprzejmowania się problemami. Nagle stają się nieistotne, bo masz zupełnie inny priorytet w życiu. Zawsze byłam sumienna  w pracy, ale wyluzowana emocjonalnie. Ani pracy, ani relacji międzyludzkich nigdy nie traktowałam jak histeryk. Nie dawałam się wpuszczać w żadne rozgrywki ani intrygi. Zawsze traktowałam wszystko z poczuciem humoru, umiejętnie izolując się od ludzi wrednych. I uważam to za bezcenny skarb.

Kto Cię tego nauczył?

W dużej mierze moi rodzice, ale też  życie. Jeśli za blisko dopuściłabym do siebie w świecie zawodowym ludzi, którzy są cwani i nieszczerzy, zeżarliby mnie emocjonalnie.

Nie przejmuję się więc tymi, którzy próbują nas oceniać, odżegnują innych od czci i wiary choćby na podstawie ubrania, które ktoś na siebie włożył. Mnie to śmieszy! To jest miałkie, płytkie i kompletnie do niczego mi w życiu niepotrzebne.  Ja tego nie czytam, mam to głęboko  „w pompie”. I dzięki temu czuję się szczęśliwym człowiekiem!

Buduję swój świat z ludźmi, których kocham, cenię, darzę przyjaźnią. Mają taką energię jak ja: są pozytywni, rodzinni, oddani w przyjaźni, profesjonalni  w pracy.

Naprawdę nigdy się nie przejmowałaś krytycznymi uwagami  na swój temat ani ludźmi, którzy  je wygłaszają?

Kiedyś przejrzałam sobie raz, na czym polegają te portaliki dla frustratów i matołków opluwających tam cokolwiek i kogokolwiek. Skutecznie odcięłam to wszystko od siebie. Oczywiście nie wychowuję naszych dzieci w przeświadczeniu, że wredoty w ogóle nie ma. Staram się jednak, by nauczyły się z tego śmiać. I patrzeć na te wszystkie wredne szujki z politowaniem. Bo to toksyczni ludzie, którzy jadem zalewają swój własny umysł i pewnie im się  z tym bardzo chałowo żyje. Tego właśnie uczę Alisię i widzę, że chociaż ma w tej chwili sześć lat, już fajnie potrafi się od tego zdystansować.

Alisia jest bardziej podobna  do Ciebie czy do Marcina?

Po połowie do każdego z nas. I chwała Bogu, jak na razie widzę w niej te lepsze cechy moje i te lepsze Marcina.  Jest niesamowicie wytrwała zadaniowo – tak samo jak jej tata, który walczy jak lew o trofea sportowe. Jak tata, jeżeli wyznacza sobie zadanie, doprowadzi je do końca i lubi zostać za to doceniona. Niełatwo się poddaje, niełatwo jej się coś nudzi. Na szczęście nie odziedziczyła po mnie mojego gapowatego spóźnialstwa. Przyjaciele śmieją się nawet ze mnie i nazywają „Skrzynia biegów”. (śmiech)

(śmiech) To akurat zabawne określenie!

„Skrzynia biegów”, bo ja wszędzie  biegiem: z jęzorem na wierzchu, z wytrzeszczem oczu, potykając się o walizki, a i tak zawsze spóźniona. Alikia na szczęście jest zorganizowana jak Marcin. Ma też po nim ogromny talent do sportu. Poprosiła nas ostatnio, by ją zapisać na zajęcia z akrobatyki i gimnastyki.

W czym jest podobna do Ciebie?

Na pewno w poczuciu humoru, 24 godziny na dobę ma „banan” na twarzy. Cokolwiek by się działo, zawsze jest uśmiechnięta. Pomaga i wspiera dzieci słabsze, jest empatyczna, ma otwarte oczy, uszy i duszę na wszystkich dookoła. To może też dzięki temu, że wychowuje się z ukochanym psem. Bardzo umiejętnie i delikatnie postępuje ze zwierzętami.

Masz dużo cierpliwości do niej.

Oboje, i ja, i Marcin, mamy. A ona  do nas! (uśmiech)

To dlatego, że późno ją urodziłaś?

Myślę, że gdybym urodziła dziecko, będąc kobietą dużo młodszą, też byłabym rozsądną i odpowiedzialną matką. To chyba nie jest kwestia późnego macierzyństwa, chociaż Alisia urodziła się, gdy skończyłam 40 lat.

Wcześniej czterokrotnie byłam w ciąży i nie udało mi się urodzić dziecka. Alisia była wyczekiwana i wymarzona. Nigdy  nie straciłam nadziei.

Podziwiam Cię, że się nie poddałaś. Kto Cię wspierał?

Przede wszystkim Marcin. Moja rodzina. Dzieci mojego męża.

Marzyłaś o córce czy synu?

Cieszyłam się, że w ogóle mogliśmy  zostać rodzicami. Wiedziałam, że tak samo będę bardzo kochać syna, jak  i córkę.

Przypuszczam zresztą, że gdybyśmy mieli syna, byłby równie ciepłym, pogodnym i uczuciowym chłopcem jak Alikia. Bezwzględnie starałabym się jednak wychowywać go na stuprocentowego mężczyznę, a nie zniewieściałą fujarę, jak niestety wiele mamuś teraz wychowuje synów.  Później już dorosłych wycackanych, którzy przez mamusię mają w domku ugotowane, posprzątane, wyprasowane, są rozpieszczeni i do niczego im dziewczyna nie jest potrzebna. Budują swoje ego setkami selfie na Instagramie, w siłowniach okupują głównie lustra, obfotografowując swoją „rzeźbę”...

Mój mąż kpi z tej mody: to antyarchetypy sportowca! Oczywiście zdarza się i mnóstwo młodych wirtualodziewczyn... Foto – cyc, tyłek, cyc. I dzięki  temu miliony followersów na Insta!  Dla mnie to smutne i przerażające.

Kasiu, skąd u Ciebie takie przemyślenia?

Mówię to na podstawie rozmów ze starszą córką Paulą i jej koleżankami. Dziewczyny z fajnych, kulturalnych domów, wykształcone, uczuciowe, ładne, zadbane, inteligentne. Mają problem, by poukładać sobie życie, bo nie mogą spotkać fajnego partnera. Nie mam  nic przeciwko kochającym synom. Ale trzeba zachować zdrowy rozsądek.

Matka musi rozumieć, że syn to facet, który ma prawo do swojego życia, swojej miłości. Trzeba go uczyć, jak dziewczynę kochać, jak z nią budować wspólne życie, a nie z mamusią. Mężczyźni, którzy naprawdę potrzebują stałej relacji z dziewczyną, potrafią się naprawdę szczerze zakochać i ten związek szanować, to już wymierający  gatunek. Jeżeli gdzieś jesteście, chłopaki, to napiszcie do mnie na Facebooku, przywróćmy wiarę w wartościowych facetów moim młodszym  koleżankom!

To trochę znak czasu.

Dość smutny. To jest chyba jedyny aspekt, w którym boję się o moją  Alisię w przyszłości. W jakich czasach będzie żyła? Czy będzie w stanie  spotkać szczęśliwą miłość? Mam też  nadzieję, że będzie dorastała w Polsce europejskiej i nowoczesnej, a nie  w państwie kościelnym, pełnym podjudzania do wzajemnej nienawiści  i nietolerancji.